Aleteia

Ks. Krzysztof Grzywocz. Czerpał z życia pełnymi garściami i dawał ludziom całego siebie

POLICEVALAIS.CH
Udostępnij
Komentuj

„Wydaje mi się, że ci którzy pięknie żyją czasem teraźniejszym, noszą też w sobie spokój na chwilę własnej śmierci” – opowiada o przyjacielu ks. Krzysztof Wons.

16 sierpnia wieczorem ks. Krzysztof Grzywocz wysłał do swojego wieloletniego przyjaciela ks. Krzysztofa Wonsa ostateczną wersję książki „W duchu i przyjaźni”. Jest to zapis jego konferencji, jakie wygłaszał w latach 2000-2014 w Centrum Formacji Duchowej w Krakowie. Następnego dnia rano odprawił mszę świętą i udał się na wyprawę w swoje ukochane góry. Wyprawę, z której nigdy już nie powrócił.

 

Kiedyś swojemu bratu powiedział: „W razie wypadku w górach, szukajcie mnie, nie mojego ciała”. Przeczuwał, że góry mogą go zabrać?

Myślę, że ci którzy chodzą wyczynowo po górach, a ksiądz Krzysztof zaliczał się do tego grona, mają w sobie dużą świadomość ewentualnego ryzyka. Widzą, że nie wszyscy z tych gór wracają. Jeśli chodzi o ks. Krzysztofa, to ja miałem takie przeczucie, że on był człowiekiem zawsze przygotowanym na nagłe odejście z tego świata. Żył chwilą, tu i teraz.

Często powtarzam, że w gramatyce życia codziennego mamy największy problem z czasem teraźniejszym. Wspominamy to, co było wczoraj, planujemy, co będzie jutro. A ks. Krzysztof potrafił się skupić na dzisiaj. Zatrzymać. Zamyślić. Nigdy nie widziałem, żeby się śpieszył. Celebrował moment.

Wydaje mi się, że ci którzy pięknie żyją czasem teraźniejszym, noszą też w sobie spokój na chwilę własnej śmierci. Stąd może taka myśl u niego, którą się podzielił ze swoim bratem.

 

Czy są jakieś przypuszczenia, co się mogło wydarzyć wtedy w górach?

Było kilka akcji poszukiwawczych i żadna nie przyniosła odpowiedzi na to pytanie. Nie znaleziono nawet najmniejszych śladów, co może wskazywać (ale mówię to tylko czysto hipotetycznie), że mogło się wydarzyć coś bardzo nagłego.

Ktoś kto profesjonalnie chodzi po górach, nawet w obliczu zagrożenia, zostawia za sobą jakieś ślady, np. rzuca coś ze swoich rzeczy. Głowa człowieka z górskim doświadczeniem w chwilach kryzysowych mobilizuje się do jakiegoś działania. A po ks. Krzysztofie nie znaleziono nawet najmniejszego śladu…

Niedawno pewna pani, którą prowadził duchowo, podzieliła się ze mną swoim bólem. Powiedziała, że ból i żal ją ogarnia, na myśl, że ks. Krzysztof, który tak kochał spotykać się z drugim człowiekiem, prawdopodobnie odchodził w zupełnej samotności. Pomyślałem jednak, że czuł bliską obecność Boga. Mógł cierpieć w samotności, ale nie był osamotniony.

 

Zaginął w górach, które tak bardzo kochał.

Tak, wyczynowo się wspinał, miał zaprzyjaźnioną grupę taterników. Powtarzał, że bycie na świeżym powietrzu „wewnętrznie integruje człowieka, nastraja”.  Był bardzo wysportowany. Zapamiętam go jako osobę, która potrafiła czerpać z życia pełnymi garściami. Integralnie to wszystko przeżywał. Był człowiekiem żywiołowym, krewkim. A z drugiej strony niezwykle refleksyjnym, zadumanym.

 

Kolejną jego miłością była literatura i sztuka.

On jak poszedł do muzeum, to pięknie potrafił delektować się sztuką. Powtarzał, że np. koncert w filharmonii bardzo uszlachetnia człowieka. Zwracał uwagę na piękno, zachęcał, aby otaczać się rzeczami wartościowymi, dbać o swoje najbliższe otoczenie, bo to są takie drobiazgi, które bardzo zmieniają nasze życie.

A jeśli chodzi o literaturę, to powiedzieć, że był oczytany to za mało. On był w niej rozsmakowany. Kochał poezję. Często nawiązywał do literatury i sztuki w swoich rozważaniach i konferencjach. Tam szukał inspiracji. Odpowiedzi na różne pytania.

 

We wstępie do książki możemy przeczytać, że spotkania z ludźmi, zaraz po modlitwie były dla niego sensem życia.

Spotkanie z drugą osobą było dla niego czasem spotkania z samym Bogiem. Miał niesamowity dar zatrzymywania się na człowieku, potrafił słuchać. Po konferencjach przychodzili do niego ludzie, którzy chcieli z nim porozmawiać, podzielić się refleksjami. A on zawsze miał dla nich czas. Nawet konferencje, które wygłaszał, prowadził w taki sposób, że ludzie mieli wrażenie, że on się z nimi po prostu spotyka.

Potrafił się zamyślić, zadumać, zażartować. Wpadał w ton gawędziarski. Podawał przykłady z własnego życia. Zabawne, bo bardzo nie lubił występów przed kamerą. Raz jeden udało mi się go namówić na rozmowę przed kamerą. Wystarczyło cierpliwie, delikatnie go prosić, a najlepiej wytłumaczyć, że to będzie po prostu spotkanie dwóch przyjaciół, którzy ze sobą rozmawiają. Wtedy się zgodził.

Kiedyś, pamiętam, zapraszając mnie w odwiedziny, powiedział do mnie: „Przyjedź do mnie, spotkamy się jak człowiek z człowiekiem”. I myślę, że to powiedzenie świetnie go opisuje.

 

Ks. Krzysztof znany jest z rekolekcji o uczuciach. Żartował nawet, że skoro powstała encyklika Wiara i rozum, powinna pojawić się również Wiara i uczucia. Tak ważną, a niedocenianą rolę pełnią w naszym życiu emocje.

Nasza cała znajomość zaczęła się od tej tematyki. W 1997 roku pierwszy raz się z nim skontaktowałem telefonicznie i poprosiłem o napisanie artykułu o uczuciach na modlitwie. Od 2000 roku zaczął przyjeżdżać do Centrum Formacji Duchowej z konferencjami. Pamiętam, że przy czwartym spotkaniu sam wyszedł z propozycją tematu „uczuć niekochanych”.

I z niezwykłym uczuciem o tych uczuciach opowiadał. Nawiązywał często do św. Tomasza z Akwinu, przypominając, że Bóg do człowieka woła od zewnątrz – czyli przez cały świat, który nas otacza, oraz od wewnątrz, czyli przez świat naszych uczuć. A ten świat bardzo słabo znamy, często źle go interpretujemy.

Do dziś zainteresowanie tą serią konferencji jest niezwykle żywe. Planowaliśmy kolejną sesję formacyjną, tym razem poświęconą „uczuciom kochanym”. Miała się odbyć w naszym Centrum w dniach 6-8 października 2017…

 

Ks. Grzywocz kojarzony jest również jako „ten kapłan od depresji”.

Pierwsze spotkanie, jakie się u nas odbyło poświęciliśmy duchowości i depresji. Nazwaliśmy tę konferencję „Ból ludzkich zranień i droga do przebaczenia”. Sesja była zatytułowana prawdziwie i przyjaźnie, z empatią.

Pamiętam, że kiedyś podeszła do mnie mama chłopaka, który cierpi na depresję. Powiedziała mi, że jej syn ciągle słucha tych konferencji, bo działają na niego niezwykle kojąco…

Ks. Krzysztof lubił mierzyć się z trudnymi tematami. Unikał zero-jedynkowych odpowiedzi. Powtarzał, że w świecie nie brakuje dobrych odpowiedzi, brakuje dobrych pytań. Wygłaszając konferencje sam stawiał dużo pytań i nieraz z pokorą odpowiadał, że nie zna odpowiedzi.

 

Jak Ksiądz radzi sobie ze stratą przyjaciela? Znaliście się 20 lat.

Pomaga mi myśl, że cokolwiek się wydarzyło, jest w rękach Boga. Od informacji o jego zaginięciu odbierałem niemało telefonów i e-maili od ludzi, którzy bardzo przeżywali jego stratę.

Uderzyła mnie rozmowa z pewną siostrą zakonną, która nigdy osobiście nie miała okazji spotkać się z ks. Krzysztofem, znała go tylko z konferencji. Mówiła mi, że przeżywa dużą stratę, płakała jak po stracie kogoś niezwykle bliskiego.

Myślę sobie, że w tym jego proroczym stwierdzeniu, żeby w razie wypadku w górach szukać jego, a nie jego ciała jest pewne wskazanie, prośba przyjaciela. Nie ma go z nami cieleśnie, ale jest duchowo: w nauczaniu, które zostawił, a nade wszystko w licznych przyjaźniach. Wielu ludzi bardzo go kochało, bliskich, znajomych i tych, którzy go jedynie słuchali i czytali.

Wydaliśmy księgę pamiątkową – zbiór niemal wszystkich sesji formacyjnych, które przeprowadził w naszym Centrum. Opatrzyliśmy ją tytułem ostatniej sesji, jaką u nas przeprowadził: „W duchu i przyjaźni”. Wydaliśmy tę księgę po to, aby nadal się z nim spotykać „w duchu i przyjaźni”.

Te słowa są jak przedłużenie jego prośby. Szukajmy go po śladach jego człowieczeństwa i kapłaństwa. Będziemy go dalej poznawali, a on będzie się cieszył ze spotkań z nami.

Ks. dr Krzysztof Wons SDS – od 1997 r. jest dyrektorem Centrum Formacji Duchowej Salwatorianów w Krakowie.

 

 

Udostępnij
Komentuj
Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail