Aleteia

On zdradził, a ona się nie poddała. Potem wspólnie zawalczyli o swoje małżeństwo. Świadectwo

Shutterstock
Udostępnij
Komentuj

Wiedziałam, że mam dwa wyjścia. Albo pójść za dumą i zranieniem, wnosząc o rozwód, albo być wierną miłości, którą ślubowałam przed ołtarzem i nawet gdy nasze małżeństwo zaatakowała „choroba” zdrady, to i w tej chorobie chcę być wierna, kochać i walczyć o miłość. Modliłam się i walczyłam.

W tegorocznym Adwencie skupiamy się na temacie wierności swojemu powołaniu: do małżeństwa, do kapłaństwa lub życia konsekrowanego, do wymagającego zawodu lub do określonej służby. W cyklu „Wytrwaj w powołaniu” pokazujemy autentyczne historie ludzi, którzy mimo kolosalnych przeszkód nie poddali się i zawalczyli lub nadal walczą, by nie zdradzić drogi, na którą posłał ich Bóg.

 

Dawid Gospodarek: Jak się zaczęła Wasza wspólna droga?

Paweł: Tak naprawdę to chyba Monika ją zaczęła…

Monika: Podczas pielgrzymki maturzystów na Jasną Górę usłyszałam, że dobrze jest modlić się o dobrego męża za przyczyną św. Józefa. I od tamtego czasu chyba aż do ślubu codziennie modliłam się, żeby mi jakiegoś porządnego faceta św. Józef znalazł.

 

Ale chyba mąż Ci nie spadł z nieba?

M: Dosłownie nie, ale nie miałam wątpliwości, że to właśnie ma być Paweł.

P: Poznaliśmy się podczas integracyjnego wyjazdu w duszpasterstwie akademickim, to naprawdę była miłość od pierwszego wejrzenia. Zobaczyłem piękną dziewczynę, radosną, była bardzo empatyczna, ale najbardziej chyba ujęła mnie tym, że mnie chwaliła.

M: Mama mi zawsze powtarzała, że facetów trzeba chwalić. Paweł mi też jawił się jako ideał. Wyższy ode mnie tak, że nawet w obcasach patrzę mu w oczy spoglądając w górę. Ścisły umysł, wybrał studia techniczne. Miał dużą wiedzę historyczną, długo potrafił opowiadać o różnych wydarzeniach, i to językiem żywcem z Sienkiewicza! W dodatku był bardzo szarmancki i czuły.

P: Z tego integracyjnego wyjazdu wróciliśmy jako para, ale w duszpasterstwie już się nie pojawiliśmy.

 

I po paru miesiącach ślub?

M: Aż tak szybko nie poszło. Po prostu byliśmy razem, cieszyliśmy się sobą. Czas bardzo szybko mijał. Ale po dwóch latach pomyślałam, że jeszcze rok i Paweł będzie inżynierem. Ja miałam pięcioletnie jednolite studia, ale już zarabiałam. Uznałam, że to idealny czas na narzeczeństwo i ślub.

P: I znowu sięgnęła po stare, sprawdzone metody…

M: Tak, po prostu spontanicznie zaczęłam odmawiać nowennę do św. Józefa, żeby mi się Paweł oświadczył w najlepszym dla nas czasie.

P: I oświadczyłem się dokładnie ostatniego dnia nowenny. Oczywiście, nie wiedząc, że Monika znowu na mnie nasłała tak wielkiego patrona…

 

Ale jak to – nagle pomyślałeś: o, kupię pierścionek?

P: Nie, pierścionek już od jakiegoś miesiąca miałem schowany u przyjaciela. Od dawna planowałem się oświadczyć. Ale się wszystko tak ładnie nam zbiegło.

M: Nie chciałam wprost ruszać tematu ślubu, żeby nie odczuwał żadnej presji…

P: Wolałaś o tę presję dla mnie modlić się do Józefa!

 

Dwa lata romantycznej znajomości, 1,5 roku narzeczeństwa, ślub. Piękna historia!

M: Tak, to wszystko naprawdę było piękne. Byłam najszczęśliwszą kobietą na ziemi. Miałam dobre małżeństwo, rok szybciej udało mi się skończyć studia, znalazłam pracę o jakiej marzyłam, zaczęłam kolejne szkolenia…

P: Ja też nie wiem, czy widziałem dookoła siebie szczęśliwsze osoby niż ja. Świetnie nam się z Moniką układało. Podczas studiów magisterskich zacząłem programować. Szybko byliśmy w stanie, też dzięki pomocy rodziców i wsparciu gości weselnych, kupić sobie dom.

 

Stworzyliście świetne warunki dla dzieci.

M: Przyznam, że myśl o dzieciach odkładaliśmy aż do czasu, kiedy kupimy i urządzimy dom. Z dzisiejszej perspektywy uważam, że to nie było potrzebne.

P: Było pewnie rozsądne, ale widzimy już, że to zamknięcie na dzieci jakoś nas też od siebie odsunęło. Ciężko mi to konkretniej opisać.

 

Gdy wykańczaliście dom, dostałeś nową pracę.

P: Tak! To było dla mnie duże wydarzenie. Po pierwsze, nie starałem się o nią, po prostu doceniono moje osiągnięcia. Po drugie, mogłem rozwijać się nie tylko w dziedzinie swoich zainteresowań, ale też w zarządzaniu grupą, co dawało mi dużo radości. I dumy, bo sam byłem dużo młodszy od osób, z którymi pracowałem. Wreszcie, co też oczywiście ważne, odczuwalnie wzrosły moje zarobki.

M: Bardzo się cieszyłam tym sukcesem Pawła i starałam się go wspierać. Praca, kolejny zaoczny kierunek studiów, różne dodatkowe zaangażowania. Było go coraz mniej. Mnie zresztą też, poza tym często nie radziłam sobie z problemami i emocjami ludzi, z którymi pracowałam, i te kwestie męczyły mnie też w domu.

 

Dopiero zbliżał się pierwszy kryzys?

P: Oj nie pierwszy, już wcześniej zdarzały się nam oczywiście bardziej czy mniej poważne spory, czasem jakieś ciche dni. Ale Monika jako świetny psycholog potrafiła zawsze to wszystko dobrze i mądrze rozwiązać.

M: Razem to rozwiązywaliśmy!

 

Idealne małżeństwo!

P: Tak było. Aż w nowej pracy zakochałem się. Tak po prostu. Sam byłem zaskoczony tymi emocjami. Szybko znaleźliśmy wspólny język, idealnie się rozumieliśmy, już po 3 tygodniach znajomości wyznawaliśmy sobie miłość. To było niesamowicie ekscytujące, czułem się młodszy, pełen energii i zapału, bardziej męski…

 

Zapomniałeś, że masz żonę?

P: Nie, ale jakoś zupełnie wtedy o Monice nie myślałem. Zresztą tamta dziewczyna miała narzeczonego, z którym mieszkała od paru lat. Zacząłem prowadzić podwójne życie, przy czym w życie z Moniką już aż tak nie byłem w stanie się angażować…

 

Kiedy zauważyłaś, że coś jest nie tak?

M: O tym, że ktoś w życiu Pawła mógł się pojawić, myślałam już zanim znalazłam dowody. To widać w zachowaniu, w zaangażowaniu emocjonalnym, a raczej jego braku. Nagle pojawili się jacyś nowi „koledzy”, z którymi jeździł spędzać wieczory. Więcej czasu poświęcał pracy, ale mimo tego zapracowania miał dość energii, żeby trzy razy w tygodniu jeździć na siłownię, mimo że wcześniej nie przychodziło mu do głowy takie dbanie o siebie. Oznak było sporo, najpierw je odrzucałam, bo przecież codziennie patrzył mi w oczy, chodziliśmy do kościoła, rozmawialiśmy. Potem wszystko się zbyt nasiliło, aż wreszcie trafiłam na ich SMS-y. Byłam w szoku. Przeżyłam jakiś atak, jakby paniki, nie mogłam oddychać, miałam wrażenie, że przestaje mi bić serce. Jak się uspokoiło, to chciałam, żeby wróciło, żeby to mnie bolało i zagłuszyło ból mojej zranionej i odrzuconej miłości. Nie wiedziałam, co z sobą zrobić, czułam na zmianę rozpacz i złość, ból i agresję. Rozchorowałam się, dostałam tydzień wolnego.

 

Powiedziałaś Pawłowi, że wiesz?

M: Nie, nie chciałam nic robić w takich emocjach. Musiałam się uspokoić, potrzebowałam czasu. Na szczęście miałam też mądrą przyjaciółkę i księdza, którzy mnie wspierali.

P: Mi wtedy do głowy nawet nie przyszło, że Monika może coś wiedzieć, że może tak cierpieć, że to wszystko przeze mnie. Byłem pewny, że moje kłamstwa i historyjki są wystarczające, co ciekawe, nie czułem nawet na bieżąco jakichś wyrzutów sumienia, nie miałem wrażenia, że postępuję nieetycznie. Te emocje związane z zakochaniem jakoś dziwnie przytłumiły mi racjonalne patrzenie na te rzeczywistości.

M: Parę dni po upewnieniu się, że jest inna kobieta, gdy już się uspokoiłam, zapytałam Pawła wprost o to. I udawał zaskoczonego podejrzeniem, mówił, że to absurd, że ma koleżanki, ale to normalne. Wiedziałam, że kłamie, nie mogłam już tych kłamstw słuchać i już nie poruszałam tego tematu.

 

Poddałaś się?

M: Wiedziałam, że mam dwa wyjścia. Albo pójść za dumą i zranieniem, wnosząc o rozwód z jego ewidentnej winy, albo być wierną miłości, którą ślubowałam przed ołtarzem i nawet gdy nasze małżeństwo zaatakowała „choroba” zdrady, często śmiercionośny dla relacji nowotwór, to i w tej chorobie chcę być wierna, kochać i walczyć o miłość. Modliłam się i walczyłam.

P: Widziałem, że Monika się stara. Że gotuje, sprząta, rozmawia, proponuje jakieś wspólne spędzanie czasu, wspólne rozrywki. Wtedy też dopiero zaczęła do mnie dochodzić myśl o tym, jak bardzo ją skrzywdziłem. Ale tu emocje już mi wygasły, a z tamtą dziewczyną cały czas były podsycane, zaczęliśmy planować wspólną przyszłość. Nawet jeśli mi przychodziła czasem jakaś myśl, że może jednak Monika, to uświadamiałem sobie, że jestem za bardzo zaangażowany w tamtą relację, że już się nie da.

 

Co było punktem zwrotnym?

P: Pobił mnie mój kolega z pracy. Widział, co się dzieje, wyzwał mnie od najgorszych, ja nie pozostałem oczywiście dłużny, doszło do rękoczynów. Chyba nawet pierwszy go uderzyłem. Ale on był w tym lepszy. I jak taki pobity wracałem do domu, zacząłem myśleć o tym, co mi mówił ten facet. Że rzeczywiście przysięgałem miłość i wierność aż do śmierci. I że nie przysięgałem podtrzymywania zakochania, ale że będę codziennie chciał dobra dla Moniki i naszej relacji. Nie miałem pojęcia, co robić, czułem się zagubiony. Bałem się iść do spowiedzi, duma nie pozwalała mi na psychologa. Ale w końcu uznałem, że pójdę, bo sam sobie nie radzę. Z gabinetu psychologa wyleciałem jak poparzony, wzbudził we mnie tyle złości. Ale, jak już ochłonąłem, zaczęło dochodzić do mnie, co próbował mi pokazać. Prawdę o mnie, która mnie tak zabolała. Że jestem niedojrzały, nieodpowiedzialny, niewierny, nie umiem kochać.

 

To wystarczyło, żeby wrócić do Moniki z kwiatami?

P: Skąd, byłem zbyt dumny, a może raczej tchórzliwy. Minęło jeszcze trochę czasu, doszła sucha kalkulacja co do tamtej dziewczyny – że skoro ona się ze mną spotyka mimo że ma narzeczonego, i mimo że wie od początku o moim małżeństwie, to ta relacja nie ma żadnych perspektyw.

 

Co zrobiłeś?

P: Najpierw rozstałem się z tamtą dziewczyną. Zacząłem się też starać o przesunięcie mnie do innego działu w pracy, ale w końcu ona się przeniosła. Potem po prostu porozmawiałem z Moniką. Przygotowywałem się chyba aż za długo. Zdecydowałem, że o wszystkim jej powiem, nie wiedziałem, że ona wie. Pierwszy raz od tylu lat tak płakałem. Uświadamiając sobie, jak przeze mnie cierpiała, i też jak bardzo mnie kocha. Doszło do mnie, że tu naprawdę mam największe szczęście, że tak niewiele brakowało, żeby to zniszczyć.

 

Minęło już kilka lat, co się zmieniło?

P: Tym, co najbardziej chyba wpłynęło na jakościową zmianę, było postanowienie wspólnej modlitwy. Wcześniej tego nie robiliśmy, mimo że wierzymy. Ja się mało modliłem, to dla mnie było krępujące. Ale nauczyliśmy się razem modlić.

M: Ten kryzys, który dla mnie był naprawdę ogromnym cierpieniem, czego pamiątką jest kilka siwych włosów, jakby pozwolił odkryć nam na nowo, czym jest miłość i małżeństwo. No i wreszcie pojawiły się dzieci.

P: One są kolejną pozytywną rewolucją w naszej relacji.

 

Macie jakieś rady dla małżeństw?

M: Módlcie się razem, chociaż raz w tygodniu. To trudne, szczególnie na początku, ale naprawdę sprzyja wzajemnej bliskości.

P: Przynajmniej raz w roku, np. w rocznicę ślubu, odnawiajcie przysięgę i rozmawiajcie o tym, co ona dla was znaczy.

 

Dla zachowania anonimowości bohaterów tego świadectwa imiona i niektóre szczegóły opowieści zostały zmienione.

 

 

Udostępnij
Komentuj
Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail