Aleteia

Chiara Corbella Petrillo. Kiedy dowiedziała się, że umiera, poszła z mężem na spacer [Wszyscy Świetni]

Udostępnij
Komentuj

To byłoby jednak coś: mieć na ołtarzach chyba pierwszą świętą, w której biografii są nie tylko fotki pełne zadumy, ale również te w kostiumie kąpielowym. O której świętości jej syn zdąży może jeszcze opowiedzieć w szkole.

Przestałam próbować zrozumieć. Gdybym nie przestała – zwariowałabym. Gdyby to się wydarzyło miesiąc wcześniej – nie dałabym rady. A dziś – daję radę. Każdy dzień ma swoją łaskę. Dzień po dniu, ja mam tylko robić jej miejsce.
– Chiara Corbella Petrillo do przyjaciółki po tym, jak – straciwszy dwoje dzieci zmarłych zaraz po urodzeniu i urodziwszy zdrowego syna – dowiedziała się, że sama ma nowotwór w zaawansowanym stadium rozwoju.

 

Chiara Petrillo zmarła (w wieku 28 lat) pięć lat temu, w czerwcu 2012 r. Przyjaciele Chiary i jej rodzina, w porozumieniu z diecezją rzymską, powołali już stowarzyszenie, które ma zainicjować jej proces beatyfikacyjny.

Chiara Corbella i Enrico Petrillo

Chiara Corbella urodziła się w 1984 r. w Rzymie. W 2002 r. podczas pielgrzymki do Medjugorje poznała swojego przyszłego męża, Enrico Petrillo, który właśnie rozstał się ze swoją dziewczyną i – podobnie jak Chiara – stawiał sobie miliony pytań o przyszłość.

Ich początki nie były łatwe. Chiara była niecierpliwa, chciała żeby świat, ludzie i sytuacje były idealne, Enrico miał swoje własne kłopoty: kompleksy, zranienia, wycofania. Oboje mieli silną intuicję, że są sobie przeznaczeni, zanim jednak wzięli ślub, non stop spierali się, obrażali, rozchodzili, wracali.

Mądrze prowadził ich w tym wszystkim znajomy obojga, który z czasem stał się kierownikiem duchowym pary, młody franciszkanin, o. Vito D’Amato. To on wytłumaczył im, że najprostszą metodą ułożenia się z osobą inną niż my sami jest odpuszczenie sobie oczekiwania, że będzie taka, jak my.

Miłość to decyzja, że chcesz z kimś – uwaga: takim jakim jest – przejść ziemskie życie. Tych parę lat małżeństwa nauczyło Chiarę i jej męża, że jedyne, do czego wyznana przed ołtarzem miłość daje ci prawo, to troska o to, żeby ten, którego kochasz osiągnął możliwie największe szczęście – trafił do nieba.

Pierwsze dziecko: Maria

Chiara trafiła do nieba. Dzięki Bogu, dzięki sobie, ale i dzięki Enrico. Który, gdy po raz pierwszy Chiara zaszła w ciążę, a wczesne USG wykazało, że dziecko, dziewczynka, urodzi się z brakiem sklepienia mózgu i części mózgu, a więc pewnie nie przeżyje doby, przyjął tę wiadomość tak, że nie można było zrobić tego lepiej:

Ona jest naszą córką. Będziemy jej towarzyszyć tak długo, jak tylko będziemy w stanie.

Chiara uświadomiła sobie, że zna kogoś, kto przerobił w życiu dość podobną sytuację. Matkę Jezusa, która też z pewnością miała w głowie mętlik, próbując analizować wszystkie możliwe reakcje Józefa, któremu powie, że jest w nieoczekiwanej ciąży. Ze szczególnym dzieckiem, które zanim zmieni losy świata, wywróci do góry nogami ich prywatny świat. I które – podobnie jak dziecko Chiary – umrze na oczach własnej matki.

Mała Maria w łonie mamy robiła wszystko, co mogła, by żyć. Rosła, uczyła się współistnienia z organizmem mamy, odżywiała się, ruszała. Chiara mówiła:

Jak mogłabym stanąć jej na drodze? Zdecydowałam, że będę podtrzymywać w tym moją córkę, dopóki tylko będę mogła.

Chiara zdecydowała się na poród siłami natury, który przebiegł bez komplikacji. Chiara i Enrico tulili swoją córeczkę, całowali, mówili do niej, ubrali ją w piękne ciuszki, ojciec Vito ją ochrzcił. Zrobili to, co Bóg – kochali. Enrico mówił:

Nie ma ważniejszej rzeczy niż pozwolić człowiekowi urodzić się, tak by mógł być kochany.

Oczywiście, że nie było wyłącznie różowo. Przyjaciele Chiary relacjonują, jak bardzo ją i jej męża raniło nie tylko boksowanie się z Opatrznością, ze swoim własnym lękiem, zmęczeniem, ale przede wszystkim mierzenie się z „dobrymi radami” otoczenia.

Pojawiły się więc „dobre dusze” snujące przypuszczenia, że Maria nie wykształciła całości mózgu pewnie dlatego, że Chiara miała w sobie jakieś psychiczne blokady. Albo że może ktoś rzucił na nich urok i trzeba go szybko odczynić. Chiara, jeszcze zanim jej brzuch zaczął być widoczny, wiedziała, jak skończy się ta historia, nie było jej więc łatwo słuchać nawet życzliwych komentarzy ludzi na ulicy, rzucających: „A który to miesiąc? A chłopczyk czy dziewczynka? Najważniejsze, żeby było zdrowe!”. „A co, jeśli nie będzie zdrowe?” – miała ochotę odpowiadać.

Drugie dziecko: Davide

Badania genetyczne wykazały, że choroba Marii to czysty przypadek, nie ma przesłanek, by kolejne ciąże miały być zagrożone. Kolejna ciąża Chiary, trzecie z kolei USG i znów – strzał w serce. Syn nie ma nóg.

Chiara i Enrico po pierwszym szoku przygotowują się do zostania rodzicami niepełnosprawnego dziecka: Enrico staje się ekspertem od dziecinnych protez, para zaczyna kombinować nad ułatwieniami, jakie trzeba będzie zorganizować w mieszkaniu. Czwarte USG odziera ich nawet z tej nadziei: Davide nie ma nerek, ma zdeformowane płuca, pęcherz, narządy wewnętrzne są w takim stanie, że on też nie ma żadnych szans na przeżycie.

Podczas gdy Chiara i Enrico próbują jakoś poukładać sobie w głowie to, co się dzieje, „życzliwi” znów zaczynają swoje lamenty i śpiewki, tym razem atakując z innej strony: „Na pewno za słabo modlicie się o cud”. Czy Jezus wisząc na krzyżu zaznał cudownego uzdrowienia? Czy w Palestynie, przez którą przeszedł uzdrawiając, nie zostało jeszcze wielu chorych? Bóg to nie automat ze słodyczami. Zaufanie, że On wie lepiej – jeśli mamy nie zwariować – musi wyprzedzić nasze starania o cud.

Davide przyszedł na świat w ciszy. Był pięknym dzieckiem. Chiara tuliła go powtarzając, że jest jej synkiem, jej największą miłością. Ojciec Vito ochrzcił go, tato pomógł go ubrać, założył mu na szyję franciszkański krzyżyk, a gdy Davide odszedł, zaniósł jego ciało do szpitalnej kostnicy.

Dwie godziny po porodzie Chiara została wypisana do domu. Z butelką napoju izotonicznego w garści szła spacerem do domu, dyskutując z mężem o tym, czy to się dzieje naprawdę: czy naprawdę właśnie poznali swojego syna, czy naprawdę był tak ślicznym dzieckiem, jakim go zapamiętali. Chiara zapisała w dzienniku:

Jeśli Davide mógłby mówić, powiedziałby pewnie jedno zdanie: „Jestem wspaniały!”.

Kolejny pogrzeb, znów zamieniony w opowieść o zmartwychwstaniu. Kolejny wiersz taty napisany do syna. Kolejny raz świecące pustkami ławki. Bo co można powiedzieć ludziom, którzy dwukrotnie w ciągu dwóch lat odprowadzają na cmentarz swoje dzieci?

Gdyby tylko ci nieobecni wiedzieli, że słowa to najczęściej ostatnia rzecz, na którą czeka wiszący na krzyżu człowiek. Gdyby tylko ci, którzy znów otoczyli Chiarę i Enrico słowami, które nie powinny paść („Tyle przeszliście, darujcie sobie marzenia o dziecku, mówimy to dla waszego dobra”, „Nie rozumiem, jak można tak się trzymać po takiej tragedii, musicie poszukać wsparcia u psychologa, to nie jest naturalna reakcja”), wiedzieli kiedy należy się zamknąć…

Trzecie dziecko: Francesco

Trzecia ciąża. Na szczęście okazało się, że dziecko jest zupełnie zdrowe. Chłopczyk jeszcze zanim przyszedł na świat otrzymał imię Francesco. Jeszcze w pierwszym trymestrze Chiara zauważyła jednak, że ma na języku aftę, która nie poddawała się żadnym maściom czy lekom.

Dalsze badania wykazały, że to rak, który zdążył już rozsiać się po okolicy, głowie i szyi. Lekarze zalecili radykalne usunięcie zmian, ze względu na ciążę musieli jednak podzielić zabieg na dwie części. Pierwsza, wykonana natychmiast, kosztowała Chiarę ogromny ból, ze względu na jej stan niemożliwe było zbyt silne znieczulenie. Drugą odwlekała, jak tylko mogła, chcąc by jej syn przyszedł na świat w momencie, gdy będzie już zdolny do samodzielnej egzystencji.

Lekarze, bliscy, prawie wszyscy namawiali ją, by zgodziła się na cesarskie cięcie w trzydziestym drugim tygodniu, ona jednak walczyła jak lwica, by dać jej synowi choćby parę, paręnaście dni więcej. Liczyła o ile przybiera na wadze każdego dnia, powtarzała, że to właśnie matka może dać swojemu dziecku przede wszystkim: życie.

Golgota Chiary

Francesco urodził się bez komplikacji w trzydziestym siódmym tygodniu. Chiara zaraz trafiła na stół operacyjny, a ból jaki wywiązał się po zabiegu był nie do opisania. Kolejny rok jej życia był Golgotą. Z kulminacją chyba nie w momencie śmierci, a wydania wyroku, gdy badanie PET wykazało, że rak jest już w całym organiźmie, a stan pacjentki jest terminalny.

Chiara zniosła wiadomość lepiej niż Enrico. Oboje zeszli do szpitalnej kaplicy, gdzie powtórzyli razem swoją przysięgę małżeńską. Po czym poprosili przyjaciół, by na chwilę zajęli się Francesco, a sami – wciąż objęci – po prostu poszli przed siebie bulwarem nad brzegiem Tybru.

Chiara wiedziała, że najlepszym, co może zrobić dla Francesca jest oswajanie go z życiem bez niej u boku. Można wyobrazić sobie, jak koszmarnie trudne było to dla młodej mamy, która wreszcie, po takich przejściach chciała cieszyć się dzieckiem.

Ojciec Vito – który jak sam przyznawał przy małżeństwie Petrillo uczył się i swojego kapłaństwa i po prostu chrześcijaństwa – mówił w jakiejś homilii, że „udręczone ciało Chiary, podobnie jak umęczony Chrystus, pokazuje, że człowiek nie żyje wcale dlatego, że oddycha, ale dlatego że kocha”. Chiara okresowo przestawała móc mówić.

Przed śmiercią zdążyła jeszcze zorganizować pielgrzymkę do Medjugorje, gdzie zaczęło się jej małżeństwo z Enrico. Na spontaniczne ogłoszenie odpowiedziały tłumy, ostatecznie poleciało prawie 200 osób. Każdy z uczestników pielgrzymki na miejscu dostał od Chiary i Enrico różaniec i obrazek Maryi.

Jej przyjaciele, Simone Troisi i Cristiana Paccini, autorzy biografii („A Witness to Joy”), od których dowiedziałem się o Chiarze, pisali:

Tam zrozumieliśmy, że wszyscy jesteśmy terminalnie chorzy, to tylko kwestia czasu. Chiara po prostu wyprzedziła nas, jak matka.

Pochowano ją w ślubnej sukience

Można wylać wszystkie łzy, czytając jak gasnąca Chiara, mimo ogromnego bólu, gromadziła wokół siebie ludzi, i – zamiast wysysać z otoczenia życie (jak to często ma miejsce w przypadku ludzi przeoranych cierpieniem), rozdawała je na prawo i na lewo. Ludzie ze spotkań z nią wychodzili zbudowani, nie zdewastowani. Uspokajała bliskich: „OK, pomodliłam się o cud, żebyście nie mówili, że się nie modliłam”.

Chwilę przed śmiercią upewniała się tylko, czy na pewno każdemu z obecnych w pokoju powiedziała po kilka razy jak bardzo go kocha. Enrico rozesłał do znajomych SMS o treści:

Lampy są zapalone, czekamy na Oblubieńca.

Kto tylko mógł – pędził do wiejskiego domu rodziców Chiary, gdzie od paru miesięcy mieszkała. Ojciec Vito odmawiał na głos Psalmy 120-134, które odmawiali pobożni Żydzi pielgrzymujący do Jerozolimy, gdy zbliżali się do celu drogi. Enrico do końca trzymał Chiarę za rękę, szepcząc słowa Psalmu 4:

Spokojnie zasypiam, kiedy się położę, bo tylko ty jeden, Panie, pozwalasz mi spać bezpiecznie.

Na cmentarz odprowadzały ją tłumy: mnóstwo księży, kardynał. Pochowano ją w ślubnej sukience, z bukietem lawendy w ręce. Na tym pogrzebie było odwrotnie niż na innych: Enrico na prośbę żony kupił mnóstwo małych roślinek, które po mszy każdy z uczestników mógł wziąć ze sobą do domu, by pielęgnować, celebrować życie.

Czy jestem gotowy?

Mam nadzieję, że Kościół pozwoli Chiarze być pierwszą od dawna świętą dokładnie taką, jak my. Którzy – nawet jeśli nie będzie się nas namawiać do aborcji, nie stracimy dzieci i nie zachorujemy na raka.

Jak kania dżdżu potrzebujemy kogoś, kto będzie nam powtarzał, że przeciwieństwem strachu nie jest odwaga, lecz wiara. Że dokładnie każdego dnia, patrząc na wschodzące słońce, trzeba myśleć o tym, że za parę godzin – nieproszone – zamknie kolejny rozdział naszego życia, i że w każdej chwili trzeba umieć odpowiedzieć sobie na pytanie: czy jestem gotowy? A co, gdyby to dziś miał być rozdział ostatni? Że żadna euforia nie trwa wiecznie, ale na krzyżu też nie wisi się wiecznie. Że nikt nie ma za mało czasu. Że nie ma takiego nieszczęścia, z którego nie mógłby wyjść czysty kryształ.

Kurczę, to byłoby jednak coś, mieć na ołtarzach chyba pierwszą świętą, w której biografii są nie tylko fotki pełne zadumy, ale również te w kostiumie kąpielowym. O której świętości jej syn zdąży może jeszcze opowiedzieć w szkole.

Czytając (w serwisie aleteia.pl) wywiad z Enrico przeprowadzony z okazji otwarcia procesu Chiary, widzę, że nie jest mu łatwo, ale przecież nie można mieć cienia wątpliwości, że on w tym wszystkim, co razem przechodzili, też był święty. Podczas gdy jej czas się zamknął, jego jest jednak wciąż otwarty, on wciąż musi podejmować decyzje, pisać kolejne rozdziały życia.

Niezależnie od tego, jak sobie to wszystko ogarnie, ja będę mocno trzymał za niego kciuki i wierzył, że zobaczę ich jeszcze kiedyś na ołtarzach razem. A jeśli nie zdążę tu – że spotkam ich kiedyś w niebie (oczywiście, gdy wpuszczą mnie tam na krajoznawczą wycieczkę organizowaną przez czyśćcowe biuro podróży).

Chiara na parę tygodni przed śmiercią zastanawiała się, jaki prezent mogłaby zostawić synkowi na jego pierwsze urodziny. Zostawiła list. W jego trzech ostatnich zdaniach jest wszystko, czego człowiek potrzebuje do życia: nadzieja, prawda i miłość:

On pokaże ci ścieżkę, a ty – po prostu zaufaj sobie. To naprawdę jest warte każdego bólu. Kochamy Cię. Mama i tata.

 

Tekst jest fragmentem rozdziału o Chiarze Corbelli Petrillo z książki „Święci pierwszego kontaktu”.

Jest to tekst Szymona Hołowni z cyklu realizowanego dla Aletei, zatytułowanego: Wszyscy Świetni – Wszyscy Święci. Codziennie (zapraszamy na profil FB). Więcej nieoczywistych historii świętych znajdziesz w książce „Święci pierwszego kontaktu”.

 

Udostępnij
Komentuj
Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail