Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail

Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Katolicki portal bez polityki. Wesprzyj nas!

Aleteia

Sprawdź, czy chorujesz na „selfiozę”

MĘŻCZYZNA ROBI SELFIE
Shutterstock
Udostępnij

Żyjemy w świecie emocjonalnych chwilówek, które procentują uznaniem lub wygnaniem. Wydaje się nam, że do syta karmimy siebie nawzajem swą cyfrową obecnością.

Mądre telefony?

Każdy z nas jest wyjątkowy i niepowtarzalny. Nie bez przyczyny wszyscy mamy tego samego Ojca, a Ten nie stwarza niepotrzebnych i wybrakowanych dzieci. Choć te dzieci bez przerwy patrzą w lusterko (funkcja w smartfonie), bo pokracznie i uporczywie dążą do doskonałości, do wiecznie poszukiwanego ideału.

Statystyczni autorzy zdjęć typu selfie mają określoną wizję samych siebie, objawiając się światu jako specjaliści od swojego publicznego smartwizerunku. W internetowym chaosie udostępniamy obrazkowe historyjki – fotoreportaże naszej codzienności. 

Uparcie i koniecznie chcemy każdego dnia cokolwiek powiedzieć innym o sobie. Do spisu przeróżnych przypadłości i chorób XXI wieku można więc śmiało dopisać nowe zjawisko – selfiozę. Brzmi niegroźnie… Potrzeba zdjęć, by ją wykryć – ale nie tych rentgenowskich! Przenoszona z ręki do ręki drogą telefoniczną.

Może już ktoś szuka na nią szczepionki… A wystarczyłoby chyba jedno, by jej uniknąć – zalogować się do rzeczywistości!

Czytaj także: Życie online – polskie nastolatki w sieci

 

Twoje oczy moimi oczami. Patrz tylko na mnie! 

Sieć nieustannie puchnie od lekkich i przyjemnych, ale i nierzadko depresyjnych autorefleksji tych, którzy są znani z tego, że są znani z internetowych zdjęć. Podążając tropem fejmu, torpedują nas na fejsach i instagramach ustawkowymi fotkami typu: ja i moja „rzeczywistość”.

Bez pukania wchodzimy do otwartych na oścież portali. Przecież mój dom jest twoim domem! Twoje oczy są moimi oczami! Patrzę na siebie tak, jak patrzy na mnie Bóg? Głodne oczy, spragnione żywej obecności Człowieka, lecz nieustannie żebrzące o ikonkę z podniesionym kciukiem. A każdy kciuk jak wyrok „smartjury”.

Można spróbować wyobrazić sobie Jezusa, który właśnie skończył swe kazanie, siadł na tej górze i w napięciu czeka na komentarze zgromadzonego wokół ludu, na karteczki z napisem „Lubię to…”. Aprobata lub hejt! Muszę być nieustannie aktywny w sieci.

Czytaj także: Jola Szymańska: 5 typów katolików na Facebooku

 

Nie mam teraz czasu, gdyż jestem online

Uczyniliśmy z naszego życia wielki i niekończący się talent show. Publikujemy scena po scenie, kadr po kadrze nasze autoportrety z niebanalnym tłem wydarzeń. Koniecznie musimy chwycić publikę za serce, powalić na kolana obserwatorów o często odmiennej od naszej emocjonalności.

Pewien mądry Ksiądz mawia: „Nie przejmuj się opiniami tych, którzy nie zadali sobie trudu, by wejść w Twoją wrażliwość. Nie otwieraj się nieustannie przed byle kim!”. Cały wirtualny świat musi nas zauważyć i potwierdzić to kliknięciem.

Uzależniamy się od swoich profili – przed erą smartfona był tylko lewy i prawy, niekoniecznie z dziubkiem! Zaczynamy przypominać eksponaty w galeriach handlowych – wszak stworzył nas Artysta! Wystawiamy swoje życie na widok publiczny, jak się wystawia dzieło sztuki na licytację. Kto da więcej? Czego? A jeśli nie da, to już nienawidzi, tylko ignoruje, czy jest kandydatem do skreślenia z listy przyjaciół? Kto da więcej… miłości? Miłości samego siebie…?

 

Dopadła nas nowa choroba – selfioza

Selfioza to rodzaj cierpienia wynikającego z niemożności zaspokojenia głodu emocji, uczuć i braku prawdziwej bliskości drugiego człowieka. Selfioza staje się częścią współczesnej kultury, a kultura jest dziś nawiązywaniem relacji natury cyfrowo-estetycznej.

Robimy słodkie miny do bliżej niezdefiniowanego Ty i to Ty ma nas rozpieszczać swą nieustanną admiracją w sieci. „Fejsowi” znajomi wiedzą, w czym idziemy na randkę i czy kolor pomadki na ustach narzeczonej pasuje do pokrowca na telefon narzeczonego. „Fejsowi” znajomi wiedzą o mnie wszystko, ale nie znają mnie. Ja siebie nie znam.

Codziennie Bóg mówi mi : Jesteś wartościowy… Ja ciebie chcę! Jednak Bóg nie da kciuka do góry, a człowiek dziś definiuje samego siebie na podstawie ilości lajków i hejtów na swoim profilu. Mamy 15 lat i nie wiemy, kim jesteśmy. Przeżyliśmy już 30, 40, 50 lat i nadal nie wiemy, kim jesteśmy. Nie zdążyliśmy o to zapytać ani siebie, ani Pana Boga. Liczymy odpowiedzi na nasze posty, wierzymy na słowo, wierzymy na lajka naszym podglądaczom. Tymczasem, żaden followers, żaden człowiek nie zastąpi nam Boga.

Czytaj także: Selfie czy pozowany portret? Instagram czy album rodzinny? Fotografie, które zmienią Twoje spojrzenie

 

W świecie emocjonalnych chwilówek

Pewna nauczycielka przed swą pierwszą w karierze zawodowej wywiadówką usłyszała z ust mamy uczennicy:  „Nie jest ważne, co pani do nas będzie mówić. Ważne, jak pani wygląda, jakie wywrze pani wrażenie…”.

Jesteśmy głodni wrażeń, pierwszych wrażeń, zafiksowani na punkcie komentowanych informacji na swój temat. Dekorujemy sobą kolejne strony kultury typu fast. Żyjemy w świecie emocjonalnych chwilówek, które procentują uznaniem lub wygnaniem. Wydaje się nam, że do syta karmimy siebie nawzajem swą cyfrową obecnością.

Czasem fajnie zerwać z pulpitów jak z luster wszystkie cyfrowe łapki w górę, łapki w dół, by wrócić do swojego ja, które lubi, czuje i dotyka ludzi w realu.

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail