Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail

Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Aleteia

Jak jeść, żeby czuć się dobrze? 5 zasad świątecznej diety wg mentora żywieniowego

KOBIETA Z CIASTKIEM
Lumina/Stocksy United
Udostępnij

Zastanawiasz się, jak zdrowo przetrwać Boże Narodzenie? Mamy dobrą wiadomość: świętuj – to ty ustalasz zasady.

Co roku, gdy zbliża się świąteczny czas i unoszący się wszędzie zapach korzennych przypraw zapowiada szaleństwo bożonarodzeniowego stołu, jak bumerang powraca to samo dręczące nas pytanie: jak przeżyć święta i… nie przytyć?!

Jedni podejmują wyzwanie adwentu bez słodyczy (by „zasłużyć” na świąteczne obżarstwo), inni rozpaczliwie poszukują zdrowych wersji tradycyjnych przepisów (które ostatecznie i tak nie wytrzymują konkurencji babcinej kuchni), jeszcze inni z góry zakładają dietetyczną porażkę i postanawiają poprawę… po Nowym Roku. O tym, jak zdrowo przeżyć święta i prawdziwie się w nich rozsmakować rozmawialiśmy z Martą Pawłowską – mentorem żywieniowym i chrześcijańskim coachem zdrowia.

 

Postne strategie przedświąteczne

Marta Klimek: Wiele z nas do tradycyjnego świętowania przygotowuje się, przyjmując strategię postną: „W Adwencie poszczę, nie jem słodyczy – w święta sobie odbiję”. Co Pani na to?

Martą Pawłowską: To kompletna bzdura. Jeżeli chcemy schudnąć, to mówmy otwarcie, że chcemy schudnąć, nie ubierajmy w to Pana Boga. To nie jest dla nas postem. Zróbmy sobie post od telewizji, chodźmy na roraty, uśmiechnijmy się czasem do nielubianej sąsiadki – róbmy coś, co jest dla nas trudne. Nie chowajmy się za „Adwent bez alkoholu, Adwent bez słodyczy” – po co to komu? To nie jest Boże. Nie robię tego dla Pana, robię to dlatego, żeby schudnąć.

I żeby móc sobie odbić w święta.

I potem odbijam sobie tym makowcem – „Jaka to ja byłam dzielna!”. Kto tu jest bogiem: ja czy Pan Bóg?

Jak w takim razie zaplanować świąteczną dietę?

Świętujmy. To działa: świętujmy i jednocześnie ustalmy sobie pięć zasad. W Adwencie często się wyrzekamy, pościmy i potem przyjeżdża świąteczna lokomotywa, która zupełnie nas rozjeżdża. A po świętach trzeba przecież jeszcze dojeść.

I opróżnić spiżarnie z resztek świątecznych ciast.

Dokładnie. Potem jest sylwester i Nowy Rok. Potem Trzech Króli. W zasadzie to za tydzień jedziemy na ferie… I potem okazuje się, że jest 15. stycznia i plus 5 kilo. Dlatego warto wyznaczyć sobie pięć własnych zasad, których będziemy przestrzegać. Na przykład: zasadą może być to, że przez święta – między 20. grudnia a 10. stycznia – nie jem pieczywa. Ale jem inne rzeczy. Albo nie jem makaronu, piję dziennie dwa litry wody…

 

Świąteczna dieta? Zdecyduj sama

Rozumiem, że to mają być zasady, które same sobie narzucimy?

Tak, to mają być zasady wybierane przez nas. Możemy przestrzegać ich same albo przyjąć je w rodzinie. Celem tych zasad jest to, żebyśmy wyznaczyli sobie pewne zdrowe normy, a jednocześnie umieli świętować. Możemy zrezygnować z sosów albo przyjąć, że połowę każdego talerza będą zajmować warzywa. Nawet jak jem te świąteczne pierożki, to niech połowę talerza zajmują warzywa.

Albo niech każdej odrobinie alkoholu towarzyszy jedna duża szklanka wody. Czyli wypijam z całą radością kieliszek wina, kieliszek ajerkoniaku czy nalewki, ale potem, zanim wypiję drugi, muszę wypić dużą szklankę wody. Zasadą może być to, że słodkie jem raz dziennie albo tylko tyle, ile zmieści się na mojej dłoni – to jest już jakiś miernik. Możemy też postanowić, że w dni świąteczne będziemy spacerować przez godzinę dziennie. Czy jest +5 stopni, czy -15 – codziennie godzinny spacer.

Chodzi o to, żebyśmy świętowali, ale trzymali się kilku swoich zasad. Jedna z moich podopiecznych praktykuje na przykład pięć dni warzywnych na pięć dni świętowania.

I taki układ jest zdrowy?

Tak, bo w dni świąteczne zbieramy dużo nadwyżek, więc dlaczego nie wprowadzić pewnych dni postnych? Chodzi o to, że jednemu będzie lepiej tak, drugiemu tak. Jeżeli ktoś jedzie na święta do przysłowiowej babci, gdzie stoły uginają się od jedzenia, to bardzo trudno jest jeść mniej i jeść zdrowo. Wtedy na przykład nie jedzmy pieczywa, pijmy wodę i wyznaczmy sobie dni warzywne – pięć na pięć. To jest bardzo indywidualne i działa.

 

Nie zapychajmy się, lecz delektujmy

Gdy sami wymyślimy sobie zasady, łatwiej się ich trzymać. A czy na świątecznym stole można znaleźć coś zdrowszego?

Polska kuchnia generalnie jest kuchnią tłustą i ciężką. Sama kapusta kiszona jest lekkostrawna, ale jak do kapusty dołożymy grzyby, tłuszcz, mięso – danie staje się już ciężkie. Raczej trudno mówić o potrawach, które są zdrowsze. Barszcz będzie zdrowy, jeśli będzie postny. Jeżeli do niego dołożymy pięć uszek – wszystko jest OK. Ale jak dołożymy 20 uszek – to już gorzej. Jeśli pierogi wrzucimy tylko na wrzątek, będą lepsze, zdrowsze niż odsmażane. Jeśli już smażymy, smażmy na patelni beztłuszczowej. Tak możemy „odchudzić” nasze świąteczne potrawy. Do sernika nie musimy nakładać bitej śmietany. Zjedzmy jeden kawałek, a do tego sałatkę owocową zamiast kolejnych trzech kawałków.…

które stoją na stole i kuszą.

A my siedzimy, przyrastamy do tych krzeseł przy zastawionych jedzeniem stołach, nakładamy kolejne rzeczy i tylko zmieniamy talerze. Świetnym zabiegiem jest więc to, żeby na stole, przy którym jemy, to wszystko nie leżało przez cały czas. Jeśli odstawimy półmiski dalej i żeby sobie nałożyć, trzeba będzie wstać i pójść do kuchni – rzadziej będziemy sięgać po dokładkę. Natomiast, jeśli już jesteśmy u babci, na stole stoi sześć różnych ciast i babcia mówi, że koniecznie trzeba spróbować wszystkiego, weźmy nóż i nałóżmy sobie ¼ każdego kawałka, a potem weźmy jeszcze cały kawałek tego, które smakowało nam najbardziej. Nie zapychajmy się, tylko delektujmy się tym, co najbardziej nam smakuje.

I nie ma w tym nic złego? Przecież wszystko, co nam smakuje musi być niezdrowe.

Niech nam smakuje. Karmmy się tym. My bardzo często gubimy gdzieś smak, również smak w życiu. A smak powinien nam towarzyszyć we wszystkim. Ważne jest, żeby smakowała nam rozmowa, żeby smakował nam film, żeby smakował nam spacer. Ale jak nam coś smakuje, nie musimy jeść tego tonami.

To jest mistyka małych smaków. Kawy nie musimy wypić litr, wystarczy filiżanka. Smakujmy, sprawdzajmy, co nam smakuje i delektujmy się tym. Zarówno tym, co jest na stole, jak i w relacji z drugim człowiekiem. W święta pamiętajmy przede wszystkim właśnie o spotkaniu z drugim człowiekiem. Jedzenie jest ważne, ale drugi człowiek jest ważniejszy. Nie wiemy, czy w kolejne święta się spotkamy. Makowiec będzie – mniej lub bardziej przypalony, barszcz będzie – mniej lub bardziej ostry. Ale danej osoby może nie być. I to jest bezcenne. Cała reszta jest mniej istotna.