Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail

Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Aleteia

Dobry maharadża. Polskie dzieci nazywały go ojcem

Jam sahib Digvijaysinhji, DOBRY MAHARADŻA
Udostępnij

Jam sahib Digvijaysinhji, w Polsce zwany po prostu „dobrym maharadżą”, do dzieci pozbawionych rodziców mówił: „Nie uważajcie się za sieroty. Jesteście teraz Nawanagaryjczykami, ja jestem Bapu, ojciec wszystkich mieszkańców Nawanagaru, w tym również i wasz”.

Przed wojną mieszkał w Szwajcarii, a jego sąsiadem był Ignacy Paderewski, z którym toczył długie dyskusje na temat losów Polski. W Wielkiej Brytanii poznał Władysława Sikorskiego, a za jedną ze swoich ulubionych książek uznał „Chłopów” Reymonta. Kiedy w 1941 r. Stalin wydał zgodę na ewakuację z terenu ZSRR polskich sierot „dobry maharadża” nie wahał się ani przez chwilę.

 

Dobry maharadża przygarnia dzieci

Dzieci były skrajnie wygłodzone, chore i przerażone. Maharadża polecił wybudować dla nich, w pobliżu swojej letniej rezydencji, małe miasteczko z sześćdziesięcioma domami i powiewającą w centralnym miejscu biało-czerwoną flagą. Dzieci (a było ich około sześciuset), wycieńczone długą podróżą ciężarówkami, maharadża witał osobiście i prosił, aby od tej pory nazywały go po prostu ojcem.

Miasteczko miało być zorganizowane na wzór obozów harcerskich, po porannej gimnastyce i apelu z twarzami zwróconymi w stronę ojczyzny, przychodził czas na naukę. Dziecięce osiedle zyskało miano „Małej Polski”. Nauczycielkami były kobiety ocalone z sowieckich łagrów, którym udało się przedostać do Indii. Pilnych uczniów nagrodami obsypywał sam maharadża – zapraszał ich do pałacu i obdarowywał wielkimi ilościami słodyczy.

 

Jam sahib Digvijaysinhji. Duży człowiek

„Bardzo duży, wiecznie uśmiechnięty człowiek” – jak zapamiętali go najmłodsi – lubił przechadzać się po ulicach miasteczka, rozmawiać z jego mieszkańcami, pytać o to, czego się boją, z czego się cieszą i o czym marzą. Uczestniczył we wszystkich wystawianych przez dzieci przedstawieniach, szczególnie przypadły mu do gustu jasełka. Chętnie przyglądał się też polskim tańcom ludowym i wielokrotnie dziękował za podarowany jego synowi na piąte urodziny strój krakowski.

W czasie poświęcenia harcerskiego sztandaru zapewniał: „Zawsze będę wierny i lojalny wobec Polski, zawsze będę sympatyzował z przyszłością waszego kraju. Jestem pewien, że Polska będzie wolna, a wy powrócicie do waszych szczęśliwych domów, do kraju wolnego od ucisku”.

 

Przyjaciel Polski

Nie oczekiwał żadnych nagród, czy wyrazów wdzięczności. „Pragnąłem w jakiś sposób przyczynić się do polepszenia ich losu. Zaoferowałem im gościnę na ziemiach położonych z dala od zawieruchy wojennej. Może tam, w pięknych górach, nad brzegami morza, dzieci będą mogły powrócić do zdrowia, może uda im się zapomnieć o wszystkim, co przeżyły i nabrać sił do przyszłej pracy, jako obywatele wolnego już kraju” – tak tłumaczył swoje zaangażowanie w rozmowie z Władysławem Sikorskim.

Nie tylko hojnie wspierał Polaków ale także nakłonił do tego innych maharadżów i różne wpływowe środowiska w Indiach, które dorzuciły się do zbiorczego funduszu pomocowego. Dzięki temu wspólnymi siłami udało się uratować około pięciu tysięcy dzieci.

 

Trudne pożegnanie

Pod koniec wojny w miasteczku pozostało około dwustu dzieci. Nowe władze zażądały ich powrotu do kraju, a maharadża bardzo pragnął uchronić je od pobytu w komunistycznym sierocińcu. Te, które chciały zostać, a nie miały nikogo, kto by się nimi w Polsce zaopiekował zostały więc adoptowane przez zarządzającego miasteczkiem księdza Franciszka Plutę, brytyjskiego Jeffreya Clarka i samego maharadżę.

Pożegnanie z pozostałymi dziećmi przyszło mężczyźnie z wielkim trudem. Przyjechał na dworzec i każde z nich przytulał, z każdym chciał zamienić choć kilka słów. Po latach wspominały, że płakał rozstając się z nimi, pewnie przeczuwał, że już nigdy więcej ich nie zobaczy.

Dziś w Balachadi, na miejscu byłego miasteczka, stoi pomnik z wyrytymi słowami: „Bądź pozdrowiona ziemio daleka, ziemio przyjazna, ziemio ludzka, dobra ziemio”.

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail