Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail

Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Aleteia

Mistrz olimpijski na 400 metrów, któremu wygrać pomógł sam Bóg

ERIC LIDDELL
AP/FOTOLINK
Udostępnij

Jako świecki misjonarz w Chinach uczył dzieci. Wychowywał w wyznawanych przez siebie wartościach. Prawdopodobnie mało który z jego podopiecznych wiedział, z kim ma do czynienia. Boga i drugiego człowieka kochał dalece ponad siebie. Po śmierć w obozie. Poznajcie Erica Liddella.

Jest zima roku 1924. W Paryżu za kilka miesięcy mają odbywać się ósme letnie Igrzyska Olimpijskie. Do startu w zawodach szykuje się kończący powoli studia dwudziestodwuletni Eric. Jest szybki niczym wiatr. Bije konkurencję o głowę. Jest przy tym niezwykle pokorny i… – ku zdumieniu wielu kolegów-biegaczy – bardzo pobożny. Na kilka miesięcy przed startem dowiaduje się, że kwalifikacje do biegu na jego koronnym dystansie 100 metrów mają odbywać się w niedzielę.

 

Niedziela dla Boga i rodziny

I tu dzieje się coś nieprawdopodobnego. Eric… odmawia startu w wyścigu, do którego przygotowywał się przecież tyle lat. Ma jednak argument. Twierdzi, że dla niego niedziela jest świętym dniem. Poświęconym Bogu i rodzinie. Nie weźmie udziału w biegu.

Na kilka miesięcy przed igrzyskami podejmuje więc decyzję o zmianie konkurencji. Teraz będzie przygotowywał się do biegu na dystansach 200 oraz 400 metrów. Te kilka miesięcy wystarczą, aby zdobył w nich odpowiednio brązowy i złoty medal. W biegu na 400 metrów ustanowi jednocześnie rekord świata. Odcinek 400 metrów przebiegnie w 47,6 sekundy.

Podczas finałowego biegu zostawia konkurencję daleko w tyle. Gdy dziennikarze zapytają go, jakim cudem udało mu się wygrać z taką przewagą, odpowie z wrodzoną sobie nieśmiałą radością w głosie: „To bardzo proste. Pierwsze 200 metrów biegłem tak szybko, jak tylko potrafiłem. Drugie 200 metrów: już z Bożą pomocą, biegłem jeszcze szybciej”.

 

Ostatni wyścig w życiu

Za kilka lat weźmie udział w jeszcze jednym wyścigu. Jak się później okaże: w swoim ostatnim. Już w obozie internowania w Chinach, gdzie okupujące kraj wojska japońskie umieszczą wszystkich, pozostałych w kraju białych. Staje w szranki z młodym kapitanem obozu. Bieg nie będzie już o olimpijski medal. O coś znacznie więcej. O możliwość transportu do obozu leków dla umierającego kolegi Erica.

Jeśli wygra, kapitan obozu wyłączy elektryczność w drucianym ogrodzeniu i przymknie oko na transport z zewnątrz leków dla przyjaciela Erica. Dla niego to ostatnia deska ratunku. Pozbawiony jakichkolwiek warunków do treningu, odwodniony i głodny. Osłabiony, chory i przemęczony przymusową syzyfową pracą w obozie Eric staje do pojedynku. Ma 42 lata. Jego wypoczęty, przygotowany i dobrze odżywiony rywal 20 lat mniej.

Eric biegnie boso. Wygrywa. Na koniec pada na zaśnieżoną metę, plując z wycieńczenia krwią. Nie przeszkodzi mu to, aby dalej organizować obozowe życie. Szukać dodatkowych źródeł pożywienia, nauczać dzieci (przed wojną pracował w Chinach jako nauczyciel i wychowawca), łagodzić spory, dawać nadzieję, modlić się. Pozostawać dobrym duchem wśród więźniów. Zwykle uśmiechniętym. I przebaczającym śmiertelnemu wrogowi. Także wówczas, gdy ten go oszuka, nie dotrzyma umowy, zabije przyjaciela. Dalej oddający go Bogu.

 

Nie opuścił obozu

Gdy za kilka miesięcy kapitan złoży mu propozycję wyjścia z obozu w ramach zorganizowanej przez Winstona Churchilla wymiany więźniów, Eric zrzeknie się tego przywileju na rzecz ciężarnej żony zmarłego przyjaciela. On sam zostanie. Pomimo tego, że w Kanadzie oczekuje go żona z trójką dzieci. Wolał oddać życie za drugiego. Ufał, że żona zrozumie.

Umrze w tym samym obozie w Weixian. Na pięć miesięcy przed kapitulacją Japonii.

Dziś właśnie o nim. O Ericu Liddell. Człowieku, którego historię i wybory warto wspomnieć, gdy będziemy się bić z myślami, czy iść po pietruszkę do sklepu w najbliższą niedzielę, czy jednak nie. Czy wziąć kolejne zlecenie na dzień święty, czy może lepiej spędzić ten czas w kościele na mszy, a potem z rodziną na wspólnym obiedzie. I gdy będziemy myśleć o tych, którzy nas po prostu nie lubią. Albo źle nam życzą.

Lepiej sprawdzić się jeszcze teraz. Zawczasu. Póki nie musimy stawać w trudniejszych sytuacjach.

 

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail