Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail
Aleteia

4 rzeczy o Bogu, których nauczyły mnie „Opowieści z Narnii” C. S. Lewisa

OPOWIEŚCI Z NARNII, ŁUCJA
Kadr z filmu
Udostępnij
Komentuj

Pan Jezus mówił do ludzi w przypowieściach, w których Bóg był właścicielem winnicy, dobrym pasterzem, siewcą, człowiekiem zapraszającym na ucztę. U Lewisa jest lwem Aslanem – synem Władcy Zza Morza.

„Opowieści z Narnii” po raz pierwszy przeczytałam w wieku dziewięciu lat. Wtedy były dla mnie po prostu świetnie napisanymi, wciągającymi książkami przygodowymi. Od tamtej pory wracałam do nich wielokrotnie i choć akcję znałam już na pamięć, to za każdym razem odkrywałam coś nowego – coś o Bogu albo o człowieku. Bajkowe obrazy i porównania zapadały mi w pamięć i serce nawet bardziej niż to, co C. S. Lewis pisał dla dorosłych.

 

C. S. Lewis i „Opowieści z Narnii”

W książce „Lew, czarownica i stara szafa” Edmund – jeden z czworga rodzeństwa – zdradza pozostałych i (omamiony obietnicami zostania królem) idzie do Białej Czarownicy, aby donieść jej o pojawieniu się w Narnii Aslana. Szybko okazuje się, że został oszukany, a Czarownica traktuje go jak niewolnika. Ostatecznie udaje mu się połączyć z powrotem z bratem i siostrami, ale najważniejsza kwestia pozostaje nierozwiązana.

Zgodnie z pradawnym prawem sprawiedliwości, głowa zdrajcy należy do Czarownicy. Ta przybywa do Aslana i żąda wydania jej Edmunda, jako swojej prawowitej zdobyczy, aby móc go zabić. Sprawiedliwości musi stać się zadość, ale Aslan proponuje coś, czego Czarownica się nie spodziewała – swoje życie za życie zdrajcy. Pozornie jest to jej tryumf, ale w „Opowieściach z Narnii”, podobnie jak w Ewangelii, śmierć nie ma ostatniego słowa.

Sprawiedliwość jest dobra, ale istnieje coś, co znajduje się ponad nią – miłość. To ona sprawia, że karą za zdradę jest śmierć, ale nie śmierć zdrajcy, lecz Sprawiedliwego, który w ten sposób zmusza śmierć do cofnięcia swoich wyroków.

 

Szczęścia nie można ukraść

Digory znajduje się w Narnii w momencie jej stwarzania. Aslan zleca mu misję przyniesienia cudownego jabłka, z którego ma wyrosnąć drzewo chroniące wszystkich mieszkańców tej krainy. W zaczarowanym ogrodzie chłopiec spotyka Czarownicę, która słodkim głosem przekonuje go, że powinien ukraść jabłko i zanieść owoc swojej chorej matce, która dzięki temu natychmiast ozdrowieje i będzie żyła wiecznie.

Czując się ze swoją decyzją okropnie Digory ostatecznie oddaje nienależące do siebie jabłko Aslanowi, ale musi go spytać o jedną rzecz: czy gdyby ukradł jabłko, jego matka by wyzdrowiała?

Tak, wszystkie rzeczy działają zgodnie ze swoją naturą. Jabłko by ją uzdrowiło, ale nie przyniosłoby szczęścia, ani tobie, ani jej. Nadszedłby taki dzień, w którym oboje chcielibyście cofnąć czas, gdyż stałoby się jasne, że lepiej byłoby umrzeć w tej chorobie

– słyszy w odpowiedzi.

Ostatecznie Aslan uzdrawia matkę Digorego – w ustalony przez siebie samego sposób. Cel sam w sobie może być dobry, ale nie przynosi radości, jeśli jest osiągany złymi środkami. Szczęścia nie można sobie ukraść.

 

Samotność Boga

W każdej części cyklu Aslan jest majestatycznym, budzącym podziw, ale przy tym „nie do końca oswojonym” lwem. Ten, przed którego rykiem drżą armie, okazuje się też jednak kimś bardzo czułym – i czułości potrzebującym. Do Julii mówi „córeczko”, Łucję zachęca, żeby przytuliła się do jego grzywy, pozwala dzieciom na szaloną przejażdżkę na swoim grzbiecie.

Noc przed tym, kiedy ma zostać złożony w ofierze zamiast Edmunda, prosi Zuzannę i Łucję, aby po prostu z nim posiedziały. Ich pocałunki przynoszą mu ulgę.

Może Bóg też czasami czuje się samotny i pragnie, abyśmy po prostu z Nim posiedzieli?

 

Najpiękniejszy koniec świata

Pierwsi chrześcijanie czekali z radością na koniec świata, bo łączyli go z upragnionym przyjściem Pana. W średniowieczu i późniejszych wiekach tendencje zupełnie się odwróciły, a „dzień radości” zamienił się w „dzień gniewu”.

W ostatniej części „Opowieści z Narnii” przeczytałam – jak dotychczas – najpiękniejszą wizję końca świata i tego, co nastąpi potem. Nie ma tu opisu stojących na chmurach zastępów aniołów grających na harfie, pomiędzy którymi człowiek czułby się trochę nie na miejscu.

Nie musisz opłakiwać Narnii, Łucjo. Wszystko, co się liczy ze starej Narnii – wszystkie kochane stworzenia – zostało wciągnięte przez Drzwi. Masz rację, ta jest trochę inna, tak jak prawdziwa rzecz jest inna od swego cienia lub jak życie na jawie różni się od snu

– czytam.

Bóg szanuje nasze człowieczeństwo i raczej nie planuje nas zmienić w skaczące po chmurkach anioły. Chce nam dać najprawdziwszy, najpiękniejszy świat.

 

To tylko strona tytułowa

W „Opowieściach z Narnii” można doszukać się wielu odniesień biblijnych, bo też sam C.S. Lewis był człowiekiem głęboko wierzącym. Po nawróceniu odnalazł Boga kochającego i bliskiego – i tak też starał się przedstawiać Go w swoich książkach. Dawał nadzieję swoim czytelnikom – może ci starsi potrzebowali jej jeszcze bardziej niż dzieci.

„Ostatnią bitwę”, w której opisuje ziemską śmierć bohaterów, koniec narnijskiego świata i spotkanie z Aslanem zakończył słowami:

Całe ich życie w tym świecie i wszystkie przygody w Narnii były zaledwie okładką i stroną tytułową; teraz rozpoczynali wreszcie Rozdział Pierwszy Wielkiej Opowieści, jakiej nikt jeszcze na ziemi nie czytał – opowieści, która trwa wiecznie, w której każdy rozdział jest lepszy od poprzedniego.

Jeśli nie widzisz wideo, kliknij TUTAJ

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail