Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail
Aleteia

Św. Thomas More: Żył z pasją, umierał pewien, że to nie koniec [Wszyscy Świetni]

TOMASZ MORUS
Udostępnij

W drodze na szafot sir Thomas dał podobno jeszcze popis iście angielskiego humoru. Miał prosić kata, by pomógł mu wejść na stopnie, „bo zejdę sam”. Podwinął także bujną brodę, by uchronić ją przed ścięciem („ona przecież nie obraziła króla”).

Jednym z największych problemów naszych czasów jest to, że zbyt wielu ludzi pokończyło szkoły, a zbyt mało zdobyło wykształcenie – św. Tomasz More.

 

Thomas More – były Lord Kanclerz Anglii, były spiker Izby Gmin i królewski doradca, jeden z najbliższych współpracowników Henryka VIII – zginął we wtorek, 6 lipca 1535 roku. Ścięto go na londyńskim Tower Hill.

W drodze na szafot sir Thomas dał podobno jeszcze popis iście angielskiego humoru. Miał prosić kata, by pomógł mu wejść na stopnie, „bo zejdę sam”. Podwinął także bujną brodę, by uchronić ją przed ścięciem („ona przecież nie obraziła króla”).

Bezpośrednią przyczyną egzekucji była odmowa złożenia przysięgi na Akt Supremacji, przeprowadzony w parlamencie ukaz Henryka VIII, który formalnie wyłączał Kościół angielski spod zwierzchnictwa Rzymu. Od tej pory jego głową miał być każdy następny król Anglii.

Królewska intryga i Akt Supremacji

More miał nieszczęście trafić w sam środek historii jak z polityczno-erotycznego thrillera. Król Henryk, który w 1521 roku otrzymał od papieża zaszczytny tytuł Obrońcy Wiary (za napisanie propapieskiej broszury), teraz postanowił, że sam zostanie Głową Kościoła. A to ze względu na kobietę.

Katarzyna Aragońska, jego pierwsza żona (nawiasem mówiąc, wdowa po bracie, który zmarł mając lat 15 podobno nie zdążywszy małżeństwa skonsumować), nie zapewniła męskiej sukcesji tronu, a Henryk i tak miał już ognisty romans z jedną z dworskich panien Anną Boleyn. Henryk wymyślił więc, że przed sądem zezna, iż wymusił poprzednią papieską dyspensę (od ożenku ze szwagierką, „nieskonsumowaną”, dlatego dyspensa w ogóle była możliwa), małżeństwo jest więc nieważne, i to otworzy mu drogę do legalizacji potomstwa spłodzonego z metresą. Poziom komplikacji, przy którym „Moda na Sukces” wysiada.

Misterny plan wziął jednak w łeb. Klemens VII zaoponował, a rozjuszony Henryk uznał, że papież nie jest już zwierzchnikiem wiernych w Anglii. Watykan odpowiedział ekskomuniką, Henryk przeforsował więc Akt Supremacji z dodatkowymi ustawami. Wynikało z nich, że wszyscy, którzy będą mieli w tej sprawie inne zdanie, powinni zostać powieszeni (żeby się dusili, ale nie umarli), pozbawieni jelit i wykastrowani (organy te na oczach nieszczęśnika się paliło), następnie poćwiartowani i ścięci, co w komplecie stanowiło karę przewidzianą za zdradę stanu.

More w 1530 r. nie podpisał listu angielskich wielmożów do papieża z prośbą o anulowanie małżeństwa z Katarzyną, a w 1532 r. ostatecznie złożył urząd kanclerza (próbował też rok wcześniej, gdy żądano od niego, by przysiągł wierność królowi jako Głowie Kościoła). Nie stawił się na ślub Henryka z Anną Boleyn (choć przesłał młodej parze miły liścik z życzeniami zdrowia). Teraz został poproszony o ostateczną deklarację lojalności. Odmówił.

Sąd, w którym zasiadała m.in. połowa rodziny panny Boleyn, skazał go na śmierć. Król w akcie łaski dla swojego dawnego zausznika zezwolił, by wyrok wykonano po prostu przez ścięcie. Dekapitacji dokonano przy aplauzie żądnej rozrywek gawiedzi, a głowę sir Thomasa zatkniętą przez miesiąc na londyńskim moście odzyskała później jego córka.

Niedoszły mnich, dobry ojciec

W 1935 r. papież Pius XI ogłosił go świętym Kościoła katolickiego. Od 2000 roku, zgodnie z wolą Jana Pawła II Thomas More jest w nim patronem polityków.

Choć patronem ekumenizmu nigdy pewnie nie będzie. Anglikanie zwyczajowo wieszają na nim psy, przekonując, że stał za całą serią procesów, po których na stos powędrowali pierwsi angielscy protestanci (zdaniem niektórych byli tacy, których Morus torturował w swej piwniczce osobiście).

Bredniom tym zdecydowanie przeczą niemal wszystkie świadectwa (w tym choćby pióra jego przyjaciela, słynnego filozofa Erazma z Rotterdamu), dowodzące, że More był jednym z najbardziej pogodnych i spokojnych ludzi, jakich znali.

W młodości chciał zostać mnichem, spędził nawet kilka lat w opactwie kartuzów. Doszedł jednak do wniosku, że księdzem byłby złym, wciąż jednak ma szansę być całkiem dobrym mężem. Ożenił się więc co prędzej z siedemnastoletnią Jane Colt, która okazała się być miłością jego życia. Zmarła po sześciu latach, a More skrępował się świętym węzłem ponownie, tym razem z Alice Middleton, bogatą wdową po kupcu bławatnym, jak głoszą ówczesne plotki, damą może nieco zrzędliwą, ale sumienną i oddaną.

More miał czwórkę swoich dzieci, wychowywał też córkę Alice z pierwszego małżeństwa. Cała rodzina mieszkała w pięknym domu w podlondyńskim Chelsea, gdzie oczy gości cieszył nie tylko imponujący i doskonale utrzymany ogród, ale i cała hodowana przez More’a i rodzinę menażeria: psy, króliki, łasice, a nawet małpki. Poza polityką, pracą (był dobrym urzędnikiem – w ciągu trzech lata kanclerstwa zlikwidował dwunastoletnie biurowe zaległości), pisaniem (traktaty polityczne, teologiczne polemiki z protestantami, wiersze, mnie najbardziej poruszył pisany w więzieniu „Traktat o smutku, znużeniu, strachu i modlitwie Chrystusa zanim go pojmano” z obszernym passusem na temat uciekającego w prześcieradle z Ogrodu Oliwnego golasa), More miał jeszcze jedną pasję – numizmatykę.

Bardzo dbał o rodzinę, często pisał i mówił, że nie ma dla niego ważniejszej rzeczy niż codzienna rozmowa z dziećmi, narady z żoną, z ich relacji wnieść można, że zapewnił swoim dzieciom wychowanie niemal bezstresowe, dbał o ich edukację. Był ozdobą towarzystwa na przyjęciach. Na podstawie dostępnych świadectw można z dużym prawdopodobieństwem stawiać tezę – Thomas More był równym facetem.

Patron zabieganych

Jasne, że po uszy zaplątanym w historię swojej epoki. Dziś, bogatsi o setki lat doświadczeń i kohabitacji z protestantami, wiemy już, że nie zjadają oni katolikom dzieci i nie zamierzają podstępnie zniszczyć Kościoła świętego od środka. More’a reformacja, odłączenie się wielkiej grupy chrześcijan od Kościoła – przerażało.

Nie był też jednak ślepy na to, co było przyczyną całego zamieszania. More wiedział, że protestanci odeszli między innymi dlatego, że Kościół katolicki przeżerała wówczas korupcja, rozpasanie seksualne, prywata. Jednak zamiast robić rozłam, wolał reformować. Czuł, że to jego Kościół, jak umiał – chciał go zmieniać i bronić. Ostrymi paszkwilami traktował niemoralnych duchownych, tępił jak się dało argumentację protestantów.

Lord Kanclerz może być doskonałym patronem dla każdego zabieganego człowieka w XXI wieku. W życiu większości z nas prawdopodobnie nigdy nie będzie wielkich cudów. Z pewnością być może jednak harmonia.

More, choć sprawny, nie był pewnie największym politykiem swoich czasów. Na urząd trafił przede wszystkim dlatego, że Henryk był przekonany, iż to właśnie jego zaufany kompan przeprowadzi sprawę jego kościelnego rozwodu. Król ufał mu zaś bezgranicznie nie tylko ze względu na jego kompetencje, on po prostu świetnie się z Morem bawił (tak chętnie używał go w charakterze najpewniejszego i totalnie bezinteresownego „czasoumilacza”, że More chcąc czasem jadać kolację z rodziną musiał zacząć udawać smutasa).

Hagiografowie ekscytują się tym, że More codziennie chodził na mszę, w dni pokutne używał też pokątnie włosienicy. Skupieni na księgowaniu pobożnych praktyk, nie mają już sił, by opowiedzieć ludziom, jaki spokój musiał panować w duszy człowieka, który żył z pasją, a umarł pewien, że to jeszcze nie koniec.

More to patron, który przypomina nam z góry, że słowa Jezusa skierowane do Dobrego Łotra („Dziś będziesz ze mną w raju”) współczesny człowiek może powtarzać codziennie.

 

Jest to tekst Szymona Hołowni z cyklu realizowanego dla Aletei, zatytułowanego: Wszyscy Świetni – Wszyscy Święci. Codziennie (zapraszamy na profil FB). Więcej nieoczywistych historii świętych znajdziesz w książce „Święci pierwszego kontaktu”. 

 

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail