Aleteia

Co ma wspólnego małżeństwo ze wspinaczką? Bóg chce nas przez nie przeprowadzić

Paul Schlemmer/Stocksy United
Udostępnij
Komentuj

Lubię porównywać związkowe realia do wysokogórskiej wspinaczki. W górach pogoda może zmienić się w jeden kwadrans. Jak w życiu: wysoka wygrana, śmierć bliskiej osoby, dwie kreski na teście ciążowym.

Mówi się, że małżeństwo to ekstremalny sport, który może wykończyć najbardziej zakochaną parę. Dlatego coraz więcej młodych żyje na kocią łapę, albo tkwi w narzeczeństwie, albo panicznie boi się pojawienia dziecka, albo żyje w przekonaniu, że sformalizowanie związku będzie początkiem końca. I mają rację.

 

Małżeństwo zmienia wszystko

Bo z dnia na dzień stajemy się odpowiedzialni już nie tylko za swoją wieczność, ale również za wieczność osoby, której włożyliśmy na palec obrączkę. A to wystarczający powód, by mieć pewność, że… wszystko zmienia się na lepsze.

Ksiądz Jan Twardowski pisał, że do nieba wejdziemy parami. Ale jak to zrobić, kiedy zdaje się, że ta wcale nieróżowa codzienność, chce nas rozdzielić? Bo dynamicznie zmieniająca się rzeczywistość nie ułatwia otwarcia na nowe życie, a wręcz zachęca, by zamknąć serca na cztery spusty i nie pozwolić Bogu dojść do głosu (przecież wiemy, że On miewa nieziemskie pomysły!).

Bo dzień za dniem przeżywany razem pod jednym dachem, ze świadomością, że foch i spakowanie walizki nie wchodzi w grę, wyostrza zmysły na najmniejsze błędy drugiej strony. I to, co niegdyś odpuszczaliśmy sobie mrugnięciem oka i kwiatkiem z dopiskiem „przepraszam”, teraz jest sprawą życia i śmierci.

Bo rutyna i problemy, które już nie są „moje i twoje”, ale „nasze” skutecznie ostudzają libido. Bo, bo… Czy zatem w tak niesprzyjających „warunkach atmosferycznych” można przeżywać to ekstremalne wyzwanie małżeńskie, jako coś najlepszego, co mogło nas spotkać?

 

Odpowiedzialność za cudze życie

Lubię porównywać związkowe realia do wysokogórskiej wspinaczki. W górach pogoda może zmienić się w jeden kwadrans. Jak w życiu: wysoka wygrana, śmierć bliskiej osoby, dwie kreski na teście ciążowym. Góry uczą pokory, poskramiania egoistycznych ambicji na rzecz towarzysza drogi. Jak w małżeństwie. Czasem trzeba zwolnić i tego ukochanego człowieka wziąć pod rękę, dopingować, bo przybity kryzysem zawodowym, chorobą albo czymkolwiek innym, traci siły. Góry uczą sztuki komunikacji i rozeznania. Tak też każdego dnia trzeba się dostrajać, upewniać wzajemnie w uczuciach i podejmować decyzje dla „naszego” dobra.

Góry uczą odpowiedzialności za cudze życie. Bo nie ma większej miłości od tej, gdy życie swoje oddajesz za przyjaciela swojego (por. J15,13). Uczą wdzięczności za przebytą drogę, a nie cel podróży.

Bo kto wie, gdzie znajdziemy się za te dwadzieścia lat? Tak naprawdę w swoich rękach mamy nasze „dzisiaj”. To najlepsza lekcja, by zostawić przeszłość, przestać uciekać w przyszłość, a zacząć żyć tym, co teraz. I wreszcie tak i w małżeństwie, jak i w górach nieustannie trzeba sobie przypominać, że do tego tanga trzeba trojga! Że Bóg jest tym, który chce nas w tym tańcu prowadzić. Że nie zdrzemnie się Ten, który nas strzeże (por. Ps121). Że to życiowe załamanie pogody, ten nagły uczuciowy chłód, ta droga mokra od łez i mgła, która dezorientuje, to być może najlepsza okazja – od dawien dawna – by zatrzymać się, ogrzać wspólnym objęciem i razem otworzyć Biblię. Być może to szansa na nowe. A wówczas nawet w tak niesprzyjających „warunkach atmosferycznych” będziemy pewni, że małżeństwo to najlepsze, co mogło nas spotkać!

 

Udostępnij
Komentuj
Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail