Aleteia

Jak tam po ślubie?

fot. Anna Nycz
Udostępnij
Komentuj

Próbuję odpowiedzieć na proste, poślubne pytanie, aż tu nagle... z pomocą przychodzi mi Wyspiański.

Ponieważ miesiąc temu wyszłam za mąż, często słyszę pytania o ślub, wesele, małżeństwo. Nie wiem, jak odpowiadać. Że super, fajnie, że najlepiej? Może to faktycznie jakiś pomysł.

Ale spacerowałam sobie wczoraj po „Wyspiańskim” – wystawie w krakowskim Muzeum Narodowym, i przypomniało mi się „Wesele”. To w Bronowicach, które kojarzą mi się bardziej z tramwajową pętlą niż dawną, podkrakowską wsią.

 

Polsko-ludzka scena

Wyspiański w całym swoim dramatyczno-poetycko-społecznym geniuszu sfinalizował historię tańcem chochołów. Uwielbiam tę scenę. Króluje w moim prywatnym rankingu jako najbardziej polsko-ludzka scena w historii literatury. No, może zaraz obok dulszczyzny i gombrowiczowskiego upupiania.

Bo ślepe wiwaty i bezmyślne okrzyki rozochoconego towarzystwa, to smutny, ale dziwnie popularny obrazek. Nie tylko na weselach.

 

Taniec młodej pary?

Wiecie, z czym najbardziej mi się kojarzy? Z młodą parą, klaszczącą wszystkim wokół. Dopasowującą się do oczekiwań innych. Z dzieciakami, które biorą ślub, ale ciągle chcą być „posłuszne rodzicom”. Uśmiechają się, nadskakują, są z siebie dumne, bo żyją tak, jak się tego od nich oczekuje.

I nie chodzi tylko o wesele dla rodziców, alkohol dla rodziców i zapraszanie ciotki Heleny, której nikt nie pamięta, ale 26 lat temu zaprosiła rodziców na ślub córki. Chodzi choćby o przenoszenie reguł rodziców do własnego domu, o przejmowanie ich upodobań i awersji – nie dlatego, że je podzielamy, ale dlatego, że nauczono nas, jak „powinno się” na nie patrzeć. I intuicyjnie jest nam z nimi po drodze.

 

Czy ślub coś zmienia?

Po ślubie masa takich rzeczy poukładała mi się w głowie. Może dlatego, że te kilkadziesiąt minut w kościele faktycznie zmienia perspektywę. Dopiero po wszystkim dotarło do mnie, że mamy naszą własną, nową rodzinę. Że nikt nam tego nie zabierze. Że będzie dobrze.

Przestałam się torturować potencjalnymi oczekiwaniami ludzi wokół. Pogodziłam się z tym, że nie potrafię czytać w ludzkich myślach i nie staram się już przewidywać cudzych potrzeb. Nie jestem w stanie, wykańcza mnie to i nie mam na to czasu. Wolę go poświęcić na rozmowę z tymi, którzy chcą rozmawiać.

 

Mój życiowy sukces

Małżeństwo zaskakuje mnie swoją oczywistością i normalnością. Tak, jakby było naturalną koleją rzeczy. Jakbym od zawsze płynęła jasną, prostą trasą w jasnym, prostym kierunku.

To poczucie normalności jest dla mnie największym życiowym sukcesem. Wreszcie czuję, że jestem na swoim własnym miejscu i na naszych własnych zasadach.

Tak właśnie jest mi po ślubie.

 

Udostępnij
Komentuj
Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail