Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail

Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Katolicki portal bez polityki. Wesprzyj nas!

Aleteia

3 książki, które pomagają mi stać się lepszą mamą

MATKA Z CÓRKĄ
Megan Lewis/Unsplash | CC0
Udostępnij

Mówi się, że książki nie nauczą nas tego, jak być rodzicem. To prawda. Nie da się przeprowadzić transplantacji na tekście i ożywić go cudowną mocą w rodzinnej rzeczywistości. Rodzicielstwo to podróż w pełni autorska i bez dokładnych współrzędnych, jednak są myśli, które warto dopuścić do głosu, zainspirować się nimi, wziąć pod uwagę.

Już na „przedpoczątku” macierzyństwa odkryłam, że istnieje literatura predysponująca do miana rodzicielskiego must have, z tym jednym wyjątkiem, że zamiast pomóc – przeszkadza. Za takie książki uważam wszystkie pozycje wprowadzające rodzica w stan podgorączkowy, a relację z dzieckiem sprowadzające do mniej lub bardziej wyrafinowanej tresury. „Twoje dziecko musi spać o tej i o tej godzinie, ważyć tyle i tyle, rozwijać się tak i tak”.

 

Co każda mama wiedzieć powinna…

Jeżeli tak jak ja przechodzisz przez literacką selekcję pierwszy raz, mogłaś/mogłeś już nie raz naciąć się na arcyprzekonujące tony głosów takich czy innych pań lub panów, ostrzegających Cię, że najważniejszą ze wszystkich spraw na świecie jest zgodność masy Twojej pociechy z siatką centylową albo umiejętność mówienia słowa „dziękuję” w każdej nadającej się ku temu okazji. W książkach tych nacisk kładziony jest na tzw. efekt u dziecka – musimy je wychować, nauczyć, ogarnąć. Prawdą jest jednak, że ogarnąć powinniśmy najpierw siebie.

Gdybym miała wymienić książki, które pomagają mi rozwijać się jako mamie, i to na samym początku tej drogi, wymieniłabym trzy. Prawie wszystkie zostały mi polecone przez sprawdzone źródła, czyli zwyczajnych rodziców pragnących świadomiej iść drogą, która rozpościera się wprost pod ich stopami. Są to książki, które skupiają się na nas, na rodzicach, na zrozumieniu siebie i na przemianach, które możemy dokonywać w swoim sercu i myśleniu, aby prawdziwiej i bardziej dojrzale kochać nasze dzieci.

 

1. Totalne objawienie, czyli „Bez lęku” Moniki Staszewskiej

Książkę tę przeczytałam dzięki zachętom dwóch koleżanek, młodych mam, Kasi i Moniki. „Bez lęku” to zapis rozmowy z Moniką Staszewską, położną, doradczynią laktacyjną i mamą, przez wiele lat wspierającą rodziców w przeróżnych wyzwaniach, za pomocą czegoś na wzór „telefonu zaufania”.

Ta książka stała się dla mnie totalnym objawieniem i czymś na wzór transparentnego drogowskazu dla mojego macierzyństwa. Nie jest to typowy poradnik z rozdziałami na temat tego, jak przejść przez pierwszy, drugi czy kolejny etap rodzicielstwa. Z góry zaproponowane nam są tylko dwie części, z którym pierwsza nazywa się Lęk, a druga – Miłość. Wystarczy dwóch słów, aby opowiedzieć o rodzicielstwie, jak o przygodzie, w której możemy poczuć się najbardziej pewnie, gdy zaufamy sobie, dziecku i Bogu bardziej niż oczekiwaniom, które nakłada na nas społeczeństwo czy rodzina.

„Bez lęku” otrząsnęło mnie z przymusu działania, szybkiego i zapobiegawczego. Uprzytomniło mi, że jako rodzic nie muszę od razu wszystkiego wiedzieć, że choć w niejednym temacie jestem debiutantką, mam w sobie całą paletę sprawczości, aby pomóc dziecku w takim czy innym problemie.

To jedyna książka, która w tak przekonujący, prosty i przyjazny sposób pokazała mi, że jako mama, wcale nie muszę zamartwiać się o moje dziecko. Że mogę się nie bać o to wszystko, co może je spotkać. Że miłość to nie ochrona przed życiem. Że ona daje otwarcie na nie.

Może właśnie najbardziej ze względu na mądry i łagodny ton całej tej opowieści, warto zamienić wszystkie poradniki i środki uspokajające na tę jedną książkę!

 

2. Jako rodzice potrzebujemy nawrócenia, czyli „Wychowanie bez nagród i kar. Rodzicielstwo Bezwarunkowe”, Alfie Kohn

Może to odważna teza, ale uważam że świat jeszcze nie dojrzał do tego, aby uznać prawa dzieci na równi z prawami, które przyznajemy osobom dorosłym. Wciąż jeszcze powszechne jest usprawiedliwianie rozmaitych kar (i nagród!) względem małych ludzi, a czasem nawet podciąganie takich metod pod tzw. wzór do naśladowania. Jako dorośli rościmy sobie prawo do posiadania dzieci, tymczasem rzadko kiedy myślimy o tym, jakiego rodzica chciałoby moje dziecko. Innymi słowy, pragniemy miłości, nie zastanawiając się nad tym, jakiej miłości potrzebuje druga strona.

To było jedno z pierwszych moich macierzyńskich odkryć – miłość do mojego dziecka to nie tylko fale ciepłych uczuć, które pojawiają się we mnie raz mocniej, raz słabiej. Miłość to decyzja. Ja tej miłości muszę się dopiero nauczyć. Jeszcze dla pokolenia naszych rodziców i wychowawców miłość warunkowa była uważana za normę w budowaniu relacji rodzic-dziecko, a wszelkie objawy odstąpienia od skoncentrowania się na zachowaniu dziecka uważano – w najlepszym przypadku – za pobłażanie. Noszę w sobie ogromne pragnienie pójścia nową drogą, dlatego właśnie sięgnęłam po „Wychowanie bez nagród i kar”.

Alfie Kohn, z zamiłowania ojciec i badacz wewnętrznej motywacji, rozbraja rodzicielskie umysły ze zręcznością sapera – dzieci wciąż muszą zadowalać swoich rodziców poprzez spełnianie wymagań i oczekiwań, od których zależy potem obdarzanie ich troską, czułością i miłością lub zupełne odmawianie miłości. Wychowanie bez nagród i kar rozprawia się z tym roszczeniowym podejściem i proponuje rodzicom coś, co sprawi, że zamiast kochać „za coś”, wybiórczo, warunkowo, kochamy dzieci ponieważ są naszymi dziećmi, ludźmi powierzonymi naszym skrzydłom. Bez względu na ich pomyłki, słabsze dni, trudne emocje.

To, co najcenniejsze w myśli Alfiego Kohna, to konstruktywna zachęta nas, rodziców do stopniowej i gruntownej przemiany naszego myślenia i działania. Dla mnie to, najprościej rzecz ujmując, wezwanie do nawrócenia.

 

3. Miód na rodzicielskie wątpliwości, czyli „Moje dziecko nie chce jeść. Poradnik nie tylko dla rodziców niejadków”, Carolsa Gonzalesa

Temat jedzenia jest chyba pierwszym, najważniejszym „tematem do ogarnięcia” po urodzeniu dziecka. Interesują się nim wszyscy – od pediatrów po teściowe. Każdy czuje, że spoczywa na nim odpowiedzialność, aby „nauczyć” dziecko prawidłowo jeść. Prawidłowo, czyli tyle ile trzeba.

Najwięcej oczekiwań spoczywa oczywiście na rodzicach. Balansujemy między teorią a życiem. Często brakuje nam fachowego i mądrego wsparcia. W temat jedzenia wkrada się niepokój, a wiadomo – on nigdy nie jest dobrym doradcą. Książka Carlosa Gonzalesa jest prawdziwym antidotum na presję, którą fundują nam głowy chcące wtłoczyć nasze dzieci w odpowiednie słupki i diagramy. Jej siłą jest przede wszystkim to, że solidnie i głęboko nas uświadamia.

Autor książki, pediatra i ojciec trojga dzieci, tłumaczy o co chodzi w schematach żywienia i dlaczego najlepiej jest zaufać w tych kwestiach swojemu dziecku. Wyjaśnia potrzeby dziecka karmionego piersią oraz odpowiada, czego nie robić, gdy podajemy dziecku posiłki. W tej książce istnieje rozdział pt. „Po co jemy?” i po przeczytaniu go, wcale nie uważam tego za przesadę. Dzieci dają nam szansę powrócić do rzeczy pierwszych.

Książkę polecam szczególnie tym, których męczy niekończąca się litania pytań z cyklu „Ile zjadło?” lub „Kiedy wreszcie będzie jeść tyle ile trzeba?”. Pół żartem, pół serio uważam że za samo wysłuchanie tego typu pytań powinno dawać się nam, rodzicom, pieniądze. W pół roku stalibyśmy się milionerami.

 

Czytaj także: Matka to nie ofiara, a macierzyństwo to nie cierpiętnictwo

Czytaj także: Magda Frączek: Kim jest dziecko?

Czytaj także: List otwarty do Rodziców pełnoletnich dzieci

 

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail