Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail

Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Aleteia

Dlaczego nie warto być perfekcjonistą

JOLA SZYMAŃSKA
fot. Anna Nycz
Udostępnij

W dzisiejszym felietonie nie znajdziecie zbyt wielu odkrywczych myśli czy błyskotliwych porównań. Ten felieton to słowa przetrwania.

Jestem perfekcjonistką. Jest to jedna z najbardziej uciążliwych wad, jakie noszę na swoim karku. Łączy się z nim – jak to często bywa – permanentne niezadowolenie z samej siebie. Bo zawsze zrobię coś „niewystarczająco dobrze”.

Wiedziałam o tym chyba od zawsze. Jeżeli na czymś mi zależało, potrafiłam stanąć na uszach, byle dać z siebie wszystko. Na wakacjach uczyłam się do matury lub robiłam kursy językowe, w ferie realizowałam kolejne staże. Nawet po poważnej operacji potrafiłam siedzieć obolała na wykładach i robić notatki.

 

Nie-bezpieczna wiara

Wbrew pozorom wymaganie od siebie perfekcji to właśnie szukanie bezpieczeństwa. Szukanie zasad i wymagań, które dadzą pewność, że zmierzamy w dobrym kierunku.

I wierzcie lub nie, dopiero ostatnio olśniło mnie, że… swój bezsensowny perfekcjonizm, podgrzewany potrzebą kontroli i szukaniem bezpieczeństwa, przeniosłam nawet na Boga. W pewnym momencie miałam wrażenie, że moje postanowienia wielkopostne służą dyscyplinie, a nie relacji, a modlitwa przypomina bardziej złożony z wielu elementów program lojalnościowy niż rozmowę. Ale czułam się bezpiecznie, bo realizowałam „plan”.

Często życzymy sobie „pokoju wewnętrznego” albo „spokojnych świąt”. Ale moje poczucie bezpieczeństwa nie bazowało na żadnym z nich. Było szczytnie wyglądającym lekiem na lęk. Zaciskaniem oczu i wmawianiem sobie, że będzie dobrze, bo jestem posłuszna zasadom. Aż… okazało się zwyczajnie bez sensu.

 

Niekończąca się wątpliwość

Nie modlę się tyle co kiedyś, ale już się o to nie obwiniam. Czasem zastanawiam się, czy Bóg istnieje, ale potem trafiam przypadkiem na słowa ks. Tomáša Halíka („Wiara jest odważnym, ryzykownym krokiem naszej wolności poza ciasny krąg tego, co jest zagwarantowane dowodami”). I pozwalam sobie myśleć, że wiara to pytanie. Tylko i aż. Niekończące się wątpliwości i cierpliwość.

Czuję, że moje religijne kryzysy zbliżają się ku końcowi, ale  nie wrócę do miejsca, z którego wyszłam. Może długo jeszcze moja wiara nie będzie emocjonalna, ale rozsądna i domowa. Spokojna. Pogodna, bo wreszcie nie przestraszona. Wyrażająca się w nieidealnych poszukiwaniach i kulejącej praktyce. Normalna, zdrowa i skupiona na pytanie Boga o sens, a nie na realizowaniu pobożnych planów.

 

I kropka

Przy tej okazji pprzypomniała mi się Halina Bortnowska, która zachęca dziennikarzy w ostatnim wywiadzie dla „Pisma” (01/2018) do „stawiania znaków zapytania tam, gdzie chciałoby się postawić kropkę”. Bo kropka kusi. Szczególnie perfekcjonistów.

Tym bardziej cieszę się, że z niej wyrastam. Czego i Wam życzę.

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail