Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Aleteia

91. urodziny Franciszka Pieczki. Którą z jego ról lubisz najbardziej?

FRANCISZEK PIECZKA
EAST NEWS
Udostępnij

Franciszka Pieczkę pamiętamy jako członka dzielnej załogi czołgu „Rudy”, św. Rocha z klasztornej figury czy poczciwego Stacha z ławeczki w Wilkowyjach. Dobra wiadomość jest taka: Franciszek Pieczka – póki zdrowie mu pozwoli – nie zamierza rezygnować z pracy.

Franciszek Pieczka urodził się 18 stycznia 1928 roku w Godowie. „Wzrastałem i dojrzewałem w tej śląskiej miejscowości. Z domu rodzinnego wyniosłem wiarę i takie wartości jak honor, praca, uczciwość, lojalność… – mówił w wywiadzie dla Gościa Niedzielnego. – Nie dałbym sobie rady bez rodziny. Nie byłbym tym, kim jestem, gdyby nie rodzina. Ona kształtuje, hartuje i wyzwala siły do pokonywania trudności i czerpania z życia autentycznej radości”.

Przez wiele lat aktorskiej kariery Franciszek Pieczka pozostaje sobą. Człowiekiem skromnym i pełnym pokory. Ale też… przebojowym, co udowodnił np., kiedy po miesiącu nauki na Politechnice Gliwickiej postanowił zostać aktorem i potrzebował zgody ministerstwa.

Byłem młody i przebojowy. Bez umawiania się wparowałem do gabinetu ministra i go przekonałem. Potem trzeba było zdać egzamin do szkoły teatralnej, a tu już zaczął się rok akademicki. Zdawałem go w prywatnym mieszkaniu Aleksandra Zelwerowicza, który wówczas był dziekanem wydziału aktorskiego i miał niepisane prawo przyjęcia dodatkowo jednego studenta. Dostałem się! Kiedy powiedziałem o tym w domu, posypały się na mnie wszystkie śląskie pierony. Bo inżynier to porządny zawód, a aktor – w pojęciu mego ojca – będzie chodził głodny – opowiadał w wywiadzie dla „Tele Tygodnia” (2007).

 

Gustlik Jeleń, stary Kiemlicz, św. Roch

Zadebiutował na deskach teatrów Dolnośląskiego w Jeleniej Górze i Ludowego w Nowej Hucie. W 1954 roku po raz pierwszy pojawił się na ekranie. Jako… statysta w „Pokoleniu” A. Wajdy. „Graliśmy z Wiesławem Gołasem dwóch Niemców z patrolu. Naszym głównym zadaniem było sikać pod latarnię. Stojąc z karabinami uskutecznialiśmy naszą fizjologię” – wspominał.

Potem oglądaliśmy go w takich filmach jak: „Matka Joanna od Aniołów” (1961) „Rękopis znaleziony w Saragossie” (1964), „Żywot Mateusza” (1967), „Perła w koronie” (1971), „Blizna” (1976), „Paciorki jednego różańca” (1979). Jednak największą sympatię widzów w l.60  i 70. zyskał dzięki roli Gustlika Jelenia w serialu „Czterej Pancerni i Pies”.

 

 

Podziwialiśmy go również w „Weselu” A. Wajdy (rola Czepca), „Chłopach” J. Rybkowskiego (proboszcz), „Potopie” J. Hoffmana (stary Kiemlicz), „Ziemi obiecanej” A. Wajdy (fabrykant Müller) i „Quo vadis” J. Kawalerowicza (św. Piotr).

 

 

Często wcielał się w księży i mędrców. I najczęściej tak właśnie – pozytywnie – go kojarzymy. Czy słusznie?

Jestem aktorem charakterystycznym, moja transformacja do postaci filmowej jest bardzo duża. W polskich filmach wcielam się głównie w pozytywnych bohaterów. W niemieckich, w których też dużo grałem, byłem obsadzany jako szwarccharakter. Grałem np. chorobliwie zazdrosnego męża, który wynajmuje mieszkanie naprzeciw okien własnego domu, żeby móc podglądać, czy żona go zdradza czy nie. Ostatecznie moja postać w tym filmie strzela i morduje, w Polsce to byłoby nie do pomyślenia.

Tytuły produkcji, w których zagrał, długo jeszcze można by wymieniać. Ale nie sposób nie wspomnieć o jego udziale w filmach Jana Jakuba Kolskiego, który – będąc dzieckiem – obiecał Pieczce, że kiedyś zostanie reżyserem i go zatrudni. Słowa dotrzymał w „Jańciu Wodniku”, „Cudownym miejscu”, „Grającym z talerza”, „Historii kina w Popielawach”, „Jasminum” czy „Sercu, Serduszku”.

 

 

Po raz kolejny Franciszka Pieczkę zobaczyliśmy w filmie pt. „Syn królowej śniegu”. I mamy nadzieję, że jeszcze długo będzie ubogacał naszą kulturę. Sam tego nie wyklucza. Zapytany, czy czuje się spełniony, odpowiedział: „Ależ skąd. Nigdy nie ma się pełnego dosytu. Miewa się natomiast satysfakcję. I nadzieję, że nawet gdy zbliżasz się do dziewięćdziesiątki, może nowe wyzwania są jeszcze przed tobą” (gosc.pl).

 

 

 

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail