Aleteia

Żyjemy dla tej nocy! Bł. Carlos „Charlie” Manuel Cecilio Rodriguez [Wszyscy Świetni]

CARLOS MANUEL RODRIGUEZ
Udostępnij

Utrzymywał się z pracy biurowej, zachorował na raka – zupełnie jak wielu zwykłych ludzi żyjących obok nas. A jednocześnie wlał w to zwykłe życie światło, które pociąga.

Gdy zamykasz oczy na pokusę, upewnij się, że nie są tylko przymknięte – bł. Carlos „Charlie” Manuel Cecilio Rodriguez.

 

Jako człowiek od zawsze zmagający się z dolegliwościami układu pokarmowego, szczególną więź czuję ze świętymi, którzy – podobnie jak ja – zastanawiali się pewnie, czy Stwórca na pewno nie mógł uczynić procesu odżywiania się człowieka nieco mniej podatnym na dolegliwości i powikłania. Z opisywanych w hagiografiach objawów wnoszę, że taki np. święty Dominik oraz święty brat Albert cierpieli chyba na ostre formy zespołu jelita drażliwego.

Błogosławiony Carlos „Charlie” Manuel Cecilio Rodriguez, pierwszy Portorykańczyk (i pierwszy świecki z Karaibów) wyniesiony na ołtarze, żył stosunkowo niedawno (1918-1963), miał więc szansę zostać zdiagnozowany przez gastrologów dokładnie i poprawnie. Gdy zaczynał naukę w liceum okazało się, że cierpi na wrzodziejące zapalenie jelita grubego, a ta koszmarna choroba zdemolowała jego plany na życie. Szkołę średnią i pierwszy rok studiów przeciągnął jakoś na nauczaniu indywidualnym, po pierwszym roku koledżu (gdzie zdobywał najlepsze oceny), musiał się jednak poddać.

 

Chodząca katolicka encyklopedia

To, że nie był w stanie wpisać się w rytm formalnej edukacji, nie zahamowało jednak jego pasji do poznawania świata na własną rękę. Czytał w hurtowych ilościach książki naukowe, filozoficzne, religijne, poświęcone sztuce. Nauczył się grać na fortepianie i organach, stał się specjalistą od Mozarta, Beethovena i chorału gregoriańskiego.

Utrzymywał się z pracy biurowej w rolniczej stacji badawczej portorykańskiego uniwersytetu. Cały swój czas wolny poświęcał jednak na dzielenie się z ludźmi tym, co uważał za najważniejsze. Charlie był chodzącą katolicką encyklopedią.

Organizował wykłady i pogadanki, sam wydawał nieregularnik poświęcony katolickiej liturgii, kulturze i sprawom społecznym. Prowadził zajęcia z katechizmu, zakładał kółka dyskusyjno – kształceniowe, organizował też regularnie wyjazdy w piękne okoliczności przyrody, gdzie ludzie mieli okazję nie tylko wysłuchać jego – podobno megazajmujących i wygłaszanych z pasją, wiedzą i autorytetem, którym nie mógłby przyćmić niejednego nosiciela koloratki – ale również dobrze zjeść, pobawić się wspólnie, odpocząć.

 

Liturgista pasjonat

Konikiem Charliego była liturgia. Wiedział o niej wszystko. Jego brat – który został benedyktynem – twierdził, że jego kapłańskie powołanie poczęło się w nim właśnie wtedy, gdy słuchał, co o Świętych Tajemnicach mówi Charlie. Nasz święty stawał na rzęsach, by jak najwięcej współsióstr i współbraci wiedziało, w czym uczestniczy (wtedy mszę świętą odprawiano jeszcze po łacinie), objaśniał wszystkie obrzędy, zachęcał do tego by mszy nie tylko „słuchać”, ale czynnie brać w niej udział.

Jego małą obsesją było to, by najważniejszy liturgiczny obchód w całym kościelnym roku, Liturgia Paschalna, znów odprawiany był wtedy, kiedy powinien, czyli po zmroku w Wielką Sobotę. Gdy na początku lat 50. XX wieku papież Pius XII przywrócił pierwotny obyczaj (w Polsce wciąż idzie to opornie – w wielu parafiach zamiast w nocy odprawia się ją o np. 18.00, procesja rezurekcyjna idzie nie po nocnej Liturgii, a połączona jest z poranną mszą, tzw. Rezurekcją, do czego przyzwyczaili się wierni) – Charlie nie posiadał się z radości.

 

Żyjemy dla tej nocy!

To jego najsłynniejsze zdanie: „Żyjemy dla tej nocy!” widnieje na jego nagrobku. Cytował je beatyfikujący go (w 2001 r.) papież Jan Paweł II. A gdyby tak uwierzyć Charliemu, kościelnemu hiperaktywiście z Portoryko, który zrozumiał, że my, chrześcijanie, tak naprawdę nie mamy nic innego do powiedzenia światu (i świat na żadne inne nasze mądrości nie czeka), niż tylko to: „Nie ma śmierci! Chrystus zmartwychwstał!”?

Ja, piszący te słowa, zjadłem pewnie dotąd kilogramy komunii świętej. Czy zmieniło to moje życie, prześwietliło paschalną tajemnicą, która dzieje się w każdej Eucharystii? Czy świeci mi się od niej czoło? Czy ze spotkań ze mną ludzie wychodzą nie mądrzejsi (od tego mają uniwersytety), a z większą nadzieją, szczęśliwsi?

 

Trzynasty to szczęśliwy dzień

Ta Noc ma moc pokonać wszystkie inne nasze ziemskie noce. Charlie Rodriguez o nich też wiedział całkiem sporo. Gdy przekroczył czterdziestkę, dolegliwości jelitowe zaczęły się nasilać. Wkrótce okazało się, że na podglebiu chronicznego zapalenia rozwinął się nowotwór. Po radykalnej resekcji guza, założeniu stomii, dołączyła się anemia, ropnie, nawracające odwodnienie.

Na łożu śmierci Charlie „zaliczył” też pełnoobjawową „noc ducha”, o której tyle wiedzieli uznawani przezeń za osobistych przyjaciół klasycy karmelitańskiej duchowości: święci Jan od Krzyża i Teresa z Avila. Jego jedyną modlitwą było wtedy powtarzanie słowa, w którym jest wszystko: „Boże”. Jednemu z odwiedzających przyjaciół powiedział: „Trzynasty to szczęśliwy dzień!”. Nikt za bardzo nie wiedział, o co chodzi, aż ów trzynasty nadszedł i okazał się ostatnim dniem ziemskiej drogi Carlosa Manuela Rodrigueza.

Warto poprosić go, by pomodlił się razem z nami o potrzebny cud. Może to akurat będzie ten, którego Carlos potrzebuje, by być odtąd czczony w całym katolickim świecie, kanonizowany?

Czy źle byłoby mieć również w Polsce w kalendarzu świętego, który przypomina, że gdy patrzy się od strony Boga – zmierzch to świt, a zabobonnie przez niektórych unikany (w samolotach niektórych linii lotniczych nie ma np. trzynastego rzędu foteli) symbol pecha, może okazać się furtką do czystego szczęścia?

 

Jest to tekst Szymona Hołowni z cyklu realizowanego dla Aletei, zatytułowanego: Wszyscy Świetni – Wszyscy Święci. Codziennie (zapraszamy na profil FB). Więcej nieoczywistych historii świętych znajdziesz w książce „Święci pierwszego kontaktu”.