Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail

Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Katolicki portal bez polityki. Wesprzyj nas!

Aleteia

1 stycznia jest co dzień! Upadki to tylko przystanki na drodze do realizacji marzeń

UŚMIECHNIĘTA KOBIETA
Pexels | CC0
Udostępnij

Większość z nas robi postanowienia noworoczne. I większość zarzuca je gdzieś pomiędzy lutym a marcem (w najlepszym przypadku). A przecież nie musi tak być!

Pierwszego stycznia siadamy wygodnie z notesami w ręku i snujemy plany. Smarujemy żwawo w naszych notesach postanowienia, co, kiedy i jak zamierzamy zrealizować. Wiele z tych zamierzeń to po prostu wypadkowa tego, jakimi ludźmi chcielibyśmy być.

Będę zdrowiej się odżywiać.

Będę bardziej aktywna fizycznie.

Będę czytać więcej książek (i tracić mniej czasu w internecie).

Często to także bardzo ambitne i konkretne plany dotyczące zmiany pracy, nauczenia się nowego języka czy zobaczenia wybranego miejsca na świecie, o którym od dawna się marzy.

 

Czy w tych planach jest coś złego?

Oczywiście, że nie!

Bo nie chodzi o to, by – z chwilą zapisania w notesie tych wszystkich celów – stać się dla siebie samej sędziną tyleż surową, co sprawiedliwą, która od kreski będzie wyliczać wszystkie nadprogramowo zjedzone kalorie czy wieczory spędzone na kanapie w towarzystwie Netflixa.

Nie chodzi przecież o to, by katować samą siebie tym, co miałyśmy zrobić, a co nam się nie udało. To niewłaściwa optyka, której jedynym efektem może być wpędzenie się w kompleksy.

Dlaczego zatem warto zapisywać swoje cele/marzenia czy postanowienia noworoczne (choć osobiście wolę unikać tego ostatniego terminu, ale o tym za chwilę)?

Głęboko wierzę w to, że słowo pisane ma moc.

W końcu verba volant, scripta manent (słowa ulatują, pisma pozostają).

 

W poszukiwaniu lepszej wersji samej siebie

Słowo napisane ukierunkowuje bardziej na to, co chcesz osiągnąć, a czasem zwyczajnie przypomina o tym, do czego zmierzasz (uwierz mi, że w rzeczywistości zabieganej matki-Polki całkiem łatwo zapomnieć o tym, co chce się osiągnąć, bo przecież w pierwszej kolejności najłatwiej jest zrezygnować z samej siebie). Wyznaczanie sobie w życiu celów jest ważne, bo stanie w miejscu to tak naprawdę cofanie się.

A teraz o tym, dlaczego uwielbiam robić plany, ale nie nazywam ich postanowieniami noworocznymi. Po pierwsze, bo „postanowienia” źle się kojarzą – jako pewna nieodwołalna obligacja – skoro postanowiłaś, musisz zrealizować, nie ma odwrotu. A przecież w ciągu roku (ba, miesiąca!) tyle się zmienia!

A po drugie – bo właśnie słowo „noworoczne” osadza nas tylko w tym krótkim okresie. I jednocześnie daje powera też na dość krótko – w końcu większość z nas dość szybko porzuca te wszystkie dzielnie spisywane w okolicy sylwestra cele (jak wynika ze statystyk, jedynie 5 proc. osób udaje się wytrwać w postanowieniach). Bo kto w marcu czy kwietniu pamięta jeszcze o Nowym Roku?

 

Postanowienia działają długofalowo

Większość tych postanowień, które sobie wyznaczamy, to tak naprawdę działania długofalowe, ani na miesiąc, ani nawet na rok. Powiedziałabym, że często to zadania na całe życie 😉  

Poza tym, warto pamiętać o jednej ważnej sprawie – 1 stycznia jest każdego dnia! To nie jest tylko jeden magiczny dzień w roku, kiedy zmieniamy kartkę z kalendarza i mamy moc zacząć na nowo być – no właśnie, kim? Lepszą wersją samej siebie? Niestety (albo „stety”!), to tak nie działa.

Warto zatem przyjąć, że magiczną grubą kreskę, którą oddzielamy nowy rok od starego, możemy stawiać każdego dnia, bo wciąż możemy zaczynać od nowa, powstawać z upadków mniejszych lub większych (nawet jeśli zjadłaś ciastko z czekoladą, polane lukrem i cukrem, a rowerek kurzy się od 3 dni, choć obiecałaś sobie aktywność fizyczną co dzień;)).

Na koniec zdradzę Ci trzy moje „triki” – sposoby na całkiem sensowne planowanie i wchodzenie w rzeczywistość nowego roku bez przytłoczenia nadmiarem ambitnych celów do realizacji, ale za to z wielką energią wynikającą z marzeń, które chcę zrealizować.

 

Bo marzenia same się nie spełniają. Je trzeba spełniać.

1. Warto zacząć nieco wcześniej (albo później) – nie łudząc się, że sama data 1 stycznia da nam w cudowny sposób powera, żeby wskoczyć w adidasy i podreptać na siłownię. Dlatego ja na przykład zaczęłam swój „fitness program” już na początku grudnia, dzięki czemu Nowy Rok powitałam 6 kg mniejsza – dzięki temu dostałam mega kopa do kontynuowania „noworocznego” postanowienia.

2. Nasze kalendarze zapełniamy masą spotkań, ważnych wydarzeń i dat – już w styczniu można poczuć się zmęczonym przeglądając kalendarium na najbliższe miesiące. Ale czy ktoś zapisuje miłe rzeczy, które warto zapamiętać? Zapisywanie dobrych chwil (naprawdę drobiazgów, a nie tylko tego, że nauczyłaś się 100 nowych słów po francusku albo przebiegłaś 8 kilometrów), pozwala docenić takie momenty, docenić dobre rzeczy, które co dzień nam się przydarzają. Drobiazgi, jak przepuszczenie w długaśnej kolejce do kasy czy komplement od obcej osoby w autobusie, uprzyjemniają szarą codzienność.

3. Na koniec roku, zwykle w Sylwestra, siadam sobie z kubkiem kawy i moim – wtedy już wypełnionym po brzegi – kalendarzem z poprzedniego roku i… przeglądam. Napawam się satysfakcją z tego, ile rzeczy się udało (bo na tym, a nie na porażkach się koncentruję). Widzę, w którym miejscu byłam rok wcześniej. I czuję wielką wdzięczność za to, w jakim punkcie życia jestem teraz. I tego także Tobie życzę!

Czytaj także: Dzięki tym 5 rzeczom przestałem postanawiać i zacząłem realizować

Czytaj także: Jak być szczęśliwym? To prostsze niż myślisz

Czytaj także: Chcesz poprawić swoją samoocenę? Mamy na to 4 sposoby!

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail