Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail

Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Aleteia

William Prestigiacomo, finalista „The Voice of Poland” o muzyce, Bogu i rodzinie

WILLIAM PRESTIGIACOMO
YouTube
Udostępnij

On nie znał polskiego. Ona szukała męża. On napisał do niej na Facebooku, ale ona odpisała po roku. Jak to się stało, że po kilku miesiącach internetowej znajomości zostali narzeczeństwem? Historia Karoliny i Williama Prestigiacomo, finalisty „The Voice of Poland”.

„Bóg dał mi wizję: jestem na północy Europy, z blond kobietą, w pięknym, dużym domu i podróżuję po całym kraju” – opowiadają Karolina i William Prestigiacomo, finalista „The Voice of Poland” w wywiadzie dla Aletei.

 

Karolina i Maciej Piechowie: Czy „The Voice of Poland” było Twoją pierwszą przygodą ze sceną?

William Prestigiacomo: Tak, to był przełom. Przed programem śpiewałem jedynie w domu, ale moje siostry są piosenkarkami i rodzina uważała, że ja śpiewam najgorzej, dlatego nie myślałem o tym poważnie. Potem zacząłem śpiewać w kościelnym chórze (od 16 do 21 roku życia). Jednak zawsze chciałem tworzyć własną muzykę i utwory niekoniecznie religijne. Moje piosenki są dedykowane Bogu, bo chcę śpiewać dla ludzi spoza kościoła, by pokazać im, że Bóg ich kocha. Pierwszy raz o śpiewaniu zawodowo pomyślałem podczas „The Voice…”. Po ślubie zamieszkaliśmy z Karoliną w Polsce, szukałem pracy. Po roku bezowocnych poszukiwań moja żona powiedziała, że może to znak, że według niej mam coś zrobić z muzyką. Myślałem, że jestem za stary (miałem wtedy 33 lata).

 

„The Voice of Poland” to był przełom w życiu

Poznaliście się we Włoszech?

WP: Karolina przyjechała na Erasmus do Palermo. Zobaczyliśmy się pierwszy raz w kościele, w którym śpiewałem.

Karolina Prestigiacomo: W Palermo koleżanka zabrała mnie do kościoła na kurs Alpha, czyli takie spotkania świeckich, na których rozmawia się o wierze. Tam poznała mnie ze swoimi znajomymi, w tym z Willem. Napisał do mnie na Facebooku, ale na Erasmusie nie miałam internetu, więc jego wiadomość odczytałam dopiero po roku. Will miał zdjęcia z dziećmi i z siostrą, a ja myślałam, że to jego żona i dzieci. Przestraszyłam się, że pisze do mnie żonaty mężczyzna i… nie odpisałam. Po dwóch latach William znów napisał, był zaskoczony, że tym razem odpowiedziałam. Zapytał, czy mamy zmianę czasu w Polsce. Pomyślałam, że nawet nie wie, gdzie leży Polska. Wysłałam mu mapę i skończyłam rozmowę.

WP: To był włoski żart, którego Karolina nie zrozumiała (śmiech).

KP: Kolejnym razem napisał do mnie rok później. Wtedy akurat szukałam relacji, byłam bardziej gotowa na tworzenie czegoś na stałe.

WP: W tamtym momencie życia prosiłem Boga: „Boże, jeśli dzisiaj, tej nocy nie dasz mi znaku, to nie wiem co zrobię”. Byłem załamany. Tej nocy Karolina odpisała.

KP: Zaczęliśmy rozmawiać i Will zaprosił mnie do siebie.

WP: Wiedziałem, że to znak od Boga.

KP: Zapytał mnie, czego szukam w życiu, a ja odpowiedziałam, że męża.

 

Will i Karolina Prestigiacomo: historia niezwykłej miłości

WP: Trzy godziny po mojej rozpaczliwej prośbie skierowanej do Boga, Karolina odpisuje i mówi, że szuka męża. Musimy być wdzięczni Zuckerbergowi, bo to przez Facebooka się poznawaliśmy. Nigdy wcześniej nie czułem takich emocji.

KP: Spotkaliśmy się po trzech miesiącach we Włoszech.

WP: Widzieliśmy się cztery razy zanim podjąłem decyzję o zaręczynach. Oświadczyłem się po 8 miesiącach bycia parą. Miałem 33 lata, miałem poczucie, że to mój czas. Byłem pewien, że to jest mi pisane, że to ta jedyna. Dlatego to wszystko działo się szybko.

Karolina, Ty też żądałaś od Boga znaku?

KP: Pochodzę z tradycyjnej, katolickiej rodziny, chodziłam do Kościoła i często doświadczałam znaków od Boga. Dwa miesiące przed poznaniem Williama nie spotykałam się z nikim i nie szukałam nikogo. Zwykle jest tak, że będąc samotnymi, szukamy kogoś, żeby nie być samemu, a ja pierwszy raz tak miałam, że chciałam być sama. Byłam szczęśliwa, udzielałam się w kościele, śpiewałam, nie brakowało mi niczego. Napisałam w dzienniku „Mój mężu, jeżeli przeczytasz to kiedyś, to przytul mnie” i to było dwa dni przed tym, jak Will do mnie napisał. Dlatego odpowiedziałam mu, że szukam męża – w takim sensie, że nie szukam już innej znajomości, tylko pragnę małżeństwa i założenia rodziny.

 

Jeśli nie widzisz wideo kliknij TUTAJ

 

Szukanie męża, Facebook i znak od Boga

Nie przeszkadzało Ci, że Will nie jest katolikiem?

KP: Od razu napisałam: „Jestem katoliczką i nigdy nie zmienię swojej wiary”. On odpowiedział, że wcale tego nie chce. To mnie zdziwiło, bo wcześniej miałam nieciekawe doświadczenia. William jest otwarty, chodzimy razem do kościoła. To też dla mnie znak. Zgadzamy się co do rzeczy najważniejszych – oboje jesteśmy przeciwni aborcji, jesteśmy pro-life, stosujemy metodę NPR.

WP: Od początku wiedzieliśmy, ile dzieci chcemy mieć.

KP: Czwórkę!

WP: Od razu mieliśmy imiona. I na razie jest tak, jak wymyśliliśmy – pierwsza córeczka Abigail, drugi Jasiu, płci trzeciego jeszcze nie znamy.

Nie baliście się? Przecież to dwa różne kraje, tyle kilometrów, różnica kulturowa.

WP: Decyzja opierała się na wielkiej wierze. Czułem, że to jest kobieta dla mnie. Wiele razy modliłem się, pytając: „Boże, Ona jest dla mnie, czy nie?”. Relacja na odległość jest trudna. Nie wiesz, co się wydarzy, a kiedy Skype przestaje działać, masz ochotę eksplodować. Czasami nie mogliśmy się porozumieć, rozmawialiśmy po angielsku, a nasz angielski jest jak afrykański angielski.

KP: Tak naprawdę dogadaliśmy się dopiero po dwóch latach małżeństwa (śmiech).

WP: Choć nie zawsze było łatwo. W 2010 roku, w Palermo, przechodziłem kryzys relacji z Bogiem. Śpiewałem w chórze, ale czułem, że to nie jest moje miejsce. Pytałem: „Gdzie powinienem być?”. Nie czułem, że Palermo to mój dom. Modliłem się do Boga: „Jaki jest Twój plan na moje życie?”. Wiecie, co dostałem? Wizję, w której byłem na północy Europy, nie wiedziałem dokładnie gdzie, nie znałem wtedy Karoliny, nie wiedziałem nic o Polsce. W tej wizji byłem z blond kobietą, w pięknym, dużym domu i podróżowałem po całym kraju. Myślałem, że mam być pastorem, ale nigdy nie planowałem opuszczać Sycylii. Dla mnie ta wizja była szalona, ale jak tylko dostałem od Boga wskazówkę, zapragnąłem ją zrealizować!

 

William Prestigiacomo: Mam wspaniałą rodzinę!

Czy to, co się wydarzyło, byłoby możliwe bez Boga?

WP: Na pewno nie. Zawsze starałem się robić to, czego Bóg ode mnie wymaga. Gdybym robił wszystko po swojemu, nie byłoby mnie tu i nie byłbym szczęśliwy. Mam wspaniałą rodzinę i moje marzenie o byciu muzykiem staje się rzeczywistością.

Marzysz o sławie?

WP: Kiedyś na modlitwie powiedziałem Bogu, że chciałbym być muzyczną gwiazdą, ale sama sława nie jest moim celem. Wiele razy w Kościele słyszałem, że nie jest dobrze być sławnym dla samej sławy. Dlaczego tak wielu celebrytów ma problemy z narkotykami, samobójstwami, rozwiązłością seksualną? Myślą, że sława to szczyt, najlepsze, co mogą mieć. Jeśli będę sławny, to po to, by nieść Boga poza Kościół, wszędzie, gdzie to możliwe. Kiedyś modliłem się: „Boże, pragnę być sławny, ale nigdy nie chcę stracić Ciebie. Jeśli będąc tam miałbym Cię stracić w przyszłości, wolę być nikim”.

 

Jeśli nie widzisz wideo kliknij TUTAJ

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail