Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Aleteia

„Przeżyłam, bo byłam kochana” – ocalała z Auschwitz Liliana Segre daje świadectwo

Liliana Serge
Udostępnij

Przez prawie czterdzieści lat milczała. Przeżyła piekło, wyszła za mąż, urodziła troje dzieci. Teraz wzywa młodych, by czerpiąc ze swojej wewnętrznej siły przeciwstawiali się nienawiści i obojętności.

 

 

Nic z tego nie rozumiałam. Myślałam, że skoro tam jestem, musiałam zrobić coś złego. Zastanawiałam się, czy wszystko zmieniło się przeze mnie.

Wywiad udzielony Caterinie Padolini, opublikowany na łamach „Republica” 26 czerwca 2003 r.

 

Liliana była małą dziewczynką, kiedy usłyszała od ojca, że po wakacjach nie będzie już mogła wrócić do szkoły. Był rok 1938. Uchwalono ustawy rasowe. We Włoszech Żydzi stanowili mniejszość. Rodzina Liliany, typowa zlaicyzowana mieszczańska rodzina żydowska (ojciec – oficer w stanie spoczynku, walczył w czasie I wojny światowej i był dumny z bycia Włochem), nawet nie podejrzewała, że wystarczy samo pochodzenie, by paść ofiarą szalonej nienawiści i zginąć.

 

Odebrane dzieciństwo

A to był dopiero początek. Ale to właśnie wtedy Lilianie zostało odebrane dzieciństwo. Czekała ją obojętność, porzucenie i nieludzkie okrucieństwo. W swoich opowieściach nieustannie oscyluje między tym, co nie do pomyślenia, a tym, co rzeczywistość narzuciła jako prawdę. Wspomina Birkenau, barak numer dwa:

(…) Francuzki, które były tam już od dwóch tygodni, wyjaśniły, dokąd nas przywieziono i skąd pochodził ten wszechobecny smród spalenizny: to smród palonych ciał, bo tutaj zagazowują, a potem spalają w piecach. Patrzyłyśmy na siebie z niedowierzaniem i myślałyśmy, że to jakieś wariatki. Co one mówią, jakie palenie ludzi. Pokazały nam komin w głębi obozu, mówiąc, że to tam właśnie palą ludzi i że to się nazywa krematorium. Nie chciałyśmy im wierzyć, ale potem wytłumaczyły nam, dlaczego śnieg wokół jest szary i że to popiół. I że stałyśmy się niewolnicami i wystarczy, że odpowiemy nie tak, jak trzeba i my też pójdziemy do gazu.

„Świadectwo Liliany Segre”, opr. Silvia Romero, © DEP

 

 

Przywracanie pamięci

Pani Liliana ma dziś 87 lat i kiedy prezydent Republiki Włoskiej Sergio Mattarella oznajmił jej telefonicznie, że otrzymała godność dożywotniego senatora, też nie chciała uwierzyć. Co prawda, planowała wyjazd do Rzymu na Dzień Pamięci Ofiar Holokaustu, ale kiedy po drugiej stronie słuchawki usłyszała „Dzień dobry, mówi Mattarella”, odpowiedziała „Proszę chwilę zaczekać, muszę usiąść…”.

Liliana Segre od początku lat dziewięćdziesiątych spotyka się z młodzieżą i opowiada swoją historię. Przywraca pamięć o minionych wydarzeniach w sercu cywilizowanej Europy, mają świadomość, że pokolenie, które ocalało z tamtych lat, już odchodzi.

W jej słowach nie ma nienawiści, ducha zemsty (choć mówi, że nie przebaczyła). Przebyła długą drogę, przeżyła coś na kształt nawrócenia, dzięki któremu przestała odczuwać nienawiść i stała się, jak sama się nazywa, człowiekiem pokoju.

 

Przedsionek piekła

Ale pamięta. Pamięta, jak wtedy, gdy na niebie gromadziły się coraz ciemniejsze chmury, wielu włoskich Żydów szykowało się do wyjazdu. Ale nie jej ojciec. On został w Mediolanie. Nie wierzył, by we Włoszech mogły się wydarzyć tak straszne rzeczy jak w Niemczech. Kiedy ostatecznie zdecydowali się na ucieczkę do Szwajcarii, ale zostali odesłani, podobnie jak 28000 włoskich Żydów. Ojciec, Liliana i jej dwoje krewnych trafili do obozu, z którego po dwóch latach miała wrócić tylko ona.

Najpierw był pobyt w więzieniach: w Varese, Como, wreszcie w więzieniu San Vittore w Mediolanie. I choć wiele wypłakała, cieszyła się, że może być z tatą.

Na pytanie, co pozwoliło jej przeżyć, odpowiada bez wahania: miłość. Nie miłość idealna, tylko konkretna: miłość jej taty (a jak ona go kochała!) i dziadków.

– Ciągle zadaję sobie pytanie, jak ta dziewczynka mogła przeżyć. Widzę siebie z ogoloną głową, stopami poranionymi od marszów śmierci …

– I jaka jest odpowiedź?

– Miłość. Byłam otoczona wielką miłością: dziadków, mojego taty, przedobrego i łagodnego człowieka. Ciągle czerpię z tej miłości. Ona jest jak magiczna skóra, która chroni mnie od całego zła tego świata. Potem odnalazłam miłość dzięki mężowi.

Corriere della Sera, 20 stycznia 2018

 

Numer, który jest hańbą dla tych, którzy go wytatuowali

Ostatnie gesty prawdziwego człowieczeństwa pamięta z więzienia San Vittore. Kiedy wraz z 604 innymi Żydami szła do transportu, więźniowie żegnali ich, błogosławili, rzucali rękawiczki, pomarańcze, cokolwiek mieli. Odjechali z Dworca Mediolan Główny, z peronu 21.

Podróż była więcej niż przedsionkiem piekła. Odtąd nikt już nie powie jej „kochanie”, „skarbie”… Koniec. Skończyła się też wymiana spojrzeń, cisza (ileż powiedzieli sobie w tej ciszy, Liliana i tata, wiedząc, że jadą na śmierć), gesty miłości między nią i jej ojcem. Ręce musiały się rozpleść: kobiety na jedną stronę, mężczyźni na drugą. Wtedy widziała go ostatni raz. Był wśród tych, który rozstrzelano od razu.

A ona odtąd stała się numerem 75190 wytatuowanym na lewym ramieniu. Teraz nosi go z dumą, ponieważ to niezatarta hańba dla tych, którzy go wytatuowali.

 

Jak żyć w takich warunkach? Jak to znieść? Człowiek jest bardzo silny. Doświadczyłam tego. Miałam ledwie 13 lat, nie miałam w sobie nic szczególnego. Może tyle, że byłam rozpieszczona, w domu trzymano mnie z dala od wszelkich problemów. W każdym z nas jest ogromna siła i powinniśmy uczyć się z niej czerpać. Młodzież powinna wierzyć w tę siłę. (…) Każdy z nas jest całym światem i jeśli chce, może zrobić ze swojego życia arcydzieło. Ale zwykłe, normalne życie, jeśli będzie uczciwe i dobre, też będzie arcydziełem. My wybraliśmy życie (…).

 

Nie sposób nie usłyszeć tu echa słów świętego Jana Pawła II. Liliana Serge wspomina, że przypominał jej ukochanego dziadka. Jemu też drżały dłonie.

Samą siebie nazywa babcią tych wszystkich dziewcząt i chłopców, którzy co roku przychodzą słuchać jej opowieści. Czuje się też babcią samej siebie z tamtych lat. Patrzy wstecz z niedowierzaniem (znowu!): jak to możliwe, że mi się udało?

Dlatego, jak powiedziała w wywiadzie udzielonym agencji ANSA 19 stycznia, uważa, że jej rola polega tylko na tym, że jest „kimś, kto opowiada o tym, czego był świadkiem…”.

 

 

Artykuł pochodzi z włoskiej edycji portalu Aleteia

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail