Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail

Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Katolicki portal bez polityki. Wesprzyj nas!

Aleteia

Hipnoporód – hit czy kit?

HIPNOPORÓD
Shutterstock
Udostępnij

O hipnoporodzie zrobiło się głośno, gdy w brytyjskich mediach pojawiła się informacja, że księżna Kate jest zainteresowana tym sposobem łagodzenia bólu. Czy royal baby wykreuje „modę na metodę”? A przede wszystkim co właściwie kryje się pod tą tajemniczą nazwą?  

„Obarczę cię niezmiernie wielkim trudem twej brzemienności, w bólu będziesz rodziła dzieci” (Rdz 3,16)

Mamy elektryczne samochody, system głosowego zarządzania domem, a od 1846 roku poważną anestezjologię. Nadal jednak niemal każda rodząca doświadcza mniejszego lub większego bólu porodowego. Temat powraca jak bumerang, tym razem pod wpływem księżnej Kate. Rodzina królewska nie pierwszy raz kształtuje „porodowe trendy”.

 

Prawo do rodzenia bez bólu

To właśnie królowa Wiktoria, przyczyniła się do walki o prawo kobiet do rodzenia bez bólu. W 1853 roku, „królowa, najwyższe wcielenie purytańskiej czystości, podczas porodu swojego ósmego dziecka, księcia Leopolda, uznała bóle porodowe za argument mocniejszy niż wszystkie biblijne cytaty i zażądała chloroformu”*.

Cóż, księżna Kate nie ma raczej szans zapisać się na kartach historii medycyny, ale niewątpliwie to dzięki niej o hipnoporodzie zrobiło się głośno również w Polsce. Czy royal baby wykreuje „modę na metodę”? A przede wszystkim co właściwie kryje się pod tą tajemniczą nazwą? Zacznijmy od początku.

 

Walka z bólem

Idealny środek znieczulający powinien skutecznie redukować nieprzyjemne odczucia, jednocześnie nie wstrzymując akcji porodowej, nie zaburzając świadomości i kontroli ciała kobiety, oraz nie działając negatywnie na mamę i dziecko. Podsumowując – idealny środek znieczulający nie istnieje.

Najbardziej skuteczne i popularne znieczulenie farmakologiczne to „zastrzyk do kręgosłupa”, iniekcja zewnątrzoponowa. Ma swoje działania niepożądane (np. bóle głowy), czasem spowalnia poród (choć bywa, że przyspiesza), nie zawsze daje swobodę ruchu. Do jego podania niezbędny jest anestezjolog (co szczególnie w mniejszych ośrodkach nie jest wcale oczywiste), a także pokonanie magicznej granicy około 4 cm rozwarcia macicy. Do tych 4 cm droga bywa wyboista, a trwa czasem kilka, a nawet kilkanaście godzin.

Natomiast ulga po iniekcji jest prawie natychmiastowa. Z mniej inwazyjnych, farmakologicznych środków, pozostają do dyspozycji również analgetyki wziewne. Niestety ich działanie sprowadza się czasem do „otumanienia” mamy. Ci którzy nie decydują się na farmakoterapię, korzystają z bezpieczniejszych, „domowych” sposobów naszych babek i prababek. Może to być aromaterapia, masaż, zmiana pozycji, ciepłe okłady lub wanna pełna wody. Bardziej zaawansowane technicznie metody uwzględniają elektrostymulator (TENS). Wszystkie one są pomocą, nie redukują jednak bólu tak spektakularnie jak znieczulenie zewnątrzoponowe.

 

Po co hipnoza?

Gdzieś pomiędzy tymi grupami znajduje się autohipnoza. W Polsce metoda jest stosunkowo świeża, niemniej jednak dostępna. Zdobywa coraz więcej zwolenników, widzących w niej bezpieczną i uznaną alternatywę dla farmakologicznej anestezji, również w trakcie niewielkich operacji czy terapii. Hipnoporód jest szerokim pojęciem, obejmującym szereg programów (np. Łagodny Poród, Cud Narodzin), pomocy (np. psychoterapia), a może nawet wspomóc przy zajściu w ciążę (fertility hipnotherapy) czy laktacji (gdy głównym powodem problemów są blokady psychiczne).

 

Hipnobirthing. Magia czy nauka?

Być może słyszeliście o narodzinach dziecka, którego mama podczas porodu była w śpiączce. Nie przeszkodziło jej to urodzić, a analizujący tę sytuację, wyciągnęli dalsze wnioski.

Poród dzieje się samoczynnie, więc bardziej niż pomóc, należy mu nie przeszkadzać, i tego właśnie ma nas nauczyć autohipnoza. A przeszkodą jest głównie strach i napięcie, które potęgują doznania bólowe.

Im bardziej się boisz, tym bardziej napinasz mięśnie. Im dłuższy i mocniejszy jest ich skurcz, tym bardziej są niedotlenione, co z kolei potęguje odczucie bólu i spowalnia naturalny przebieg porodu.

Nauczenie kobiety panowania nad lękiem, umiejętności wyciszenia organizmu, wprowadzenia się w stan głębokiego relaksu oraz prawidłowego oddychania na różnych etapach porodu, to główne założenia hipnobirthing.

Nie są to czary, nirvana czy zaburzenia świadomości, choć w pewnym sensie poczucie czasu i percepcja kobiety są odmienne, gdyż jest maksymalnie skoncentrowana na swoim celu i doznaniach, których jest moderatorem. Odniesienie do hipnozy wynika właśnie z tego pełnego skupienia się na pracy, jaką wykonuje nasze ciało, na oddechu oraz wizualizacji ruchów dziecka w momencie nadchodzącego skurczu. To może sprawiać wrażenie nieobecności, natomiast w rzeczywistości kobieta jest przytomna i całkowicie świadoma tego, co się dzieje, choć w dużym wewnętrznym skupieniu.

Pogodzenie umysłu z dziejącym się procesem, by nie utrudniać go poprzez zbędne napięcie, wydaje się z wszech miar słuszne. Współpraca, opanowanie i świadomość rodzącej pomaga urodzić w jak najspokojniejszych i najbardziej komfortowych warunkach dla mamy i dziecka.

*cytat z książki Jurgena Thorwalda, „Ginekolodzy”
Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail