Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail

Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Aleteia

Helena Kmieć. To miał być jej ostatni wyjazd. Potem chciała założyć rodzinę

EAST NEWS
Udostępnij

„Po śmierci Heleny weszłam do jednego z kościołów w Boliwii. Zobaczyłam duży obraz Jezusa Miłosiernego z napisem: Jezu, ufam Tobie. W języku polskim…” – mówi Anita Szuwald, wolontariuszka, która wyjechała na misję do boliwijskiej Cochabamby razem z Heleną Kmieć.

9 lutego 2018 roku Helena Kmieć obchodziłaby swoje 27 urodziny.

 

Ewelina Gładysz i Przemysław Radzyński: Spędziłaś z Heleną dużo czasu. Byłyście razem 24 godziny na dobę.

Anita Szuwald: Cieszyłam się, że w końcu ją bliżej poznam. To był człowiek czynu. Jak trzeba było coś zrobić, to ona się nie wahała. Było ciągłe działanie. Mimo zmęczenia można było na nią liczyć. W Boliwii udało mi się z nią porozmawiać na ważne dla mnie tematy. Aż się wzruszyłam, że mi zaufała. Jej łzy i moje łzy. Doświadczyłam tego.

 

Po jej śmierci pojawiło się sporo informacji o jej świętości, o niezwykłości jej zwyczajnego życia. Czy Ty możesz coś o tym powiedzieć?

Helena była wyjątkową osobą. Ale gdy ja słyszę słowo „święty”, to dla mnie znaczy „normalny” – w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Pewnie większości osoba święta kojarzy się z kimś odległym, dla mnie Helena była bliskim człowiekiem – kobietą, przyjaciółką – taką, która była dla ludzi, ale miała też swoje uczucia, emocje, przeżycia, jak każdy z nas. Była normalnym człowiekiem, który dla drugiego człowieka dawał z siebie tyle, ile potrafił.

 

Czy było w niej coś wyjątkowego, co zahaczałoby o świętość?

O to właśnie chodzi w świętości, że ona powinna wyrażać się w normalności. Człowiek święty to człowiek niekoniecznie głośny, ale taki, który jest wśród ludzi – pomaga im, wspiera. Nie patrzy tylko na siebie. Mimo natłoku wielu różnych spraw Helena zawsze znajdowała czas dla drugiego człowieka.

 

A było w Helenie coś, czego w pozytywnym sensie byś jej zazdrościła? Czy coś Cię w niej inspirowało?

Myślę, że jej talenty – śpiew, którym potrafiła się dzielić z innymi i który doskonaliła w szkole muzycznej. A przy tym była bardzo skromna i cicha, ale w takim pozytywnym sensie – jak coś trzeba było powiedzieć, to powiedziała i zawsze robiła to z uśmiechem i z żartem.

 

Czy coś w jej zachowaniu Cię kiedyś zaskoczyło?

Helena szybko podejmowała decyzje. Pamiętam, że gdy siostry w Boliwii proponowały nowe zajęcia, to ja nie zdążyłam pomyśleć, przeanalizować propozycji, a Helena już się zgadzała. To było tak: „Okej, zróbmy to”. Przychodziły jej do głowy pomysły, na które sama bym nie wpadła.

 

Ona robiła tam jakieś żarty? Prowokowała jakieś śmieszne sytuacje?

Przebywałyśmy na ogół z siostrami, więc żarty były raczej sytuacyjne, które dziś opowiedziane nie będą zrozumiałe i śmieszne.

 

Czy Helena była tam szczęśliwa?

Mówiła, że jest fajnie. Było też po niej widać, że jest bardzo zadowolona.

 

Nie tęskniła za Michałem?

Tęskniła, ale… misja w Boliwii była pragnieniem jej serca. To miał być jej ostatni wyjazd. Potem chciała wrócić i zakładać rodzinę z Michałem. To miał być koniec. Obie stwierdziłyśmy, że ciągle gdzieś jeździmy, więc trzeba się w końcu uspokoić, usiąść na miejscu. Mówiłyśmy, że jak wrócimy do domu, skupiamy się na życiu rodzinnym, na pracy.

Ten czas był bardzo dobry. Przez dwa tygodnie o nic się nie pokłóciłyśmy, a przebywałyśmy ze sobą 24 godziny na dobę. Początkowo chciałyśmy nawet spać w jednym pokoju, już miałyśmy przenosić łóżka. Ale siostry zasugerowały, że będziemy spędzać razem całe dnie, więc jest prawdopodobne, że będziemy mieć siebie dosyć. Może chociaż na noc warto mieć swój pokój? Tak wyszło, naturalnie. Jedna z nas poszła do jednego, druga do drugiego pokoju. Żadna z nas nie podejmowała tego tematu.

Cały wyjazd, aż do „tego” momentu, kojarzy mi się jako jedna wielka radość, od rana do wieczora śmiech. Mimo zmęczenia nie mogłyśmy się powstrzymać od śmiechu.

 

Anito, czy Ty doszukujesz się sensu w historii, która była i Twoim udziałem?

Czy szukam sensu? Zostawiłam to w Boliwii. Po śmierci Heleny weszłam do kaplicy u sióstr, usiadłam, otworzyłam Pismo Święte. Dostałam Słowo z Księgi Mądrości: „Ocena przedwczesnej śmierci sprawiedliwego”: A sprawiedliwy, choćby umarł przedwcześnie, znajdzie odpoczynek (Mdr 4,7-18).(…) Taką dostałam odpowiedź od Pana Boga.

Zadawałam Mu wiele pytań. Już wam mówiłam, że po śmierci Heleny weszłam do jednego z kościołów w Boliwii. Zobaczyłam duży obraz Jezusa Miłosiernego z napisem „Jezu, ufam Tobie”, w języku polskim.

 

Jak to odebrałaś?

To było dla mnie bardzo mocne. To była dla mnie kolejna odpowiedź. „Wbij sobie to do głowy. Zaufaj Mi!”. Przestałam pytać.

Któregoś dnia sprawowano mszę świętą za Helenę pod przewodnictwem biskupa. Byli polscy księża. Kościół pełen ludzi, gdzie na ogół jest ich garstka. Potem poszłyśmy na kolację z siostrami. Pierwszy raz mogłyśmy na spokojnie porozmawiać. Doświadczyłam wtedy pokoju w sercu, mimo tego wszystkiego co się tam działo. To był taki pokój, że wiedziałam, że on jest od Boga. Wszystkie siostry tego doświadczyły i ja też. Może dla kogoś to jest dziwne… Po ludzku to jest trudne do opowiedzenia, są emocje, ból, smutek, ale tak głęboko w sercu czułam pokój.

Po śmierci Heleny wydarzyło się też wiele małych cudów. Na przykład ten, że akurat ja żyję. Na początku trudno było mi to zaakceptować. Ale widzę w tym wszystkim cud. Inaczej patrzę też na życie. Tak bardziej… Nie wiem…

 

…świadomie?

Świadomie. Ale te wydarzenia zbliżyły mnie też z moją rodziną. Oni mocno przeżyli ten czas. Moja bratanica ma sześć lat. Gdy przyjechałam do Polski, złapała mnie i powiedziała, że już mnie nie wypuści. Więcej rozmawiam teraz z rodzicami i bardziej doceniam czas spędzany z nimi.

 

Kiedy mówiłaś o wyjeździe do Boliwii, używałaś słowa „powołanie”. Teraz odczytujesz je na nowo?

Często się nad tym zastanawiam. Co ja mam teraz z tym zrobić? Jaka jest moja droga? Co teraz zrobić z pragnieniem, które miałam? Czułyśmy się tam bezpieczniej niż tutaj. To przecież w Europie co chwilę są zamachy. Powrót z Boliwii był dla mnie trudny. Zastanawiałam się, co dalej. Mam wrócić do pracy? Mam jakby nigdy nic pracować? Nadal nie do końca to wszystko rozumiem. Muszę w sobie wiele poukładać. Ciągle przeżywam tamte wydarzenia, ale wiem też, że Bóg jest i że ma dla mnie najlepszy plan. Chcę Mu ufać.

 

Rozmowa jest fragmentem wywiadu pochodzącego z książki „Helena. Misja możliwa” (Wydawnictwo Salwator). Książka zawiera 24 rozmowy z bliskimi Heleny Kmieć, wolontariuszki zamordowanej w zakonnej ochronce w Boliwii 24 stycznia 2017 roku, które przeprowadzili Ewelina Gładysz i Przemysław Radzyński.

 

 

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail