Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail
Aleteia

Kolęda jest trudna i dla wiernych, i dla księdza. Jak wykroczyć poza schemat?

EAST NEWS
Udostępnij
Komentuj

Nalewa mi i sobie kieliszek. Siedzimy, rozmawiamy paląc papierosa i sącząc jarmużówkę. Opowiada mi o swojej żonie, która zmarła już cztery lata temu. Przynosi mi albumy ze zdjęciami...

Wizyta duszpasterska, czyli tzw. „kolęda” ma zazwyczaj swój ustalony schemat: biały obrus na stole, krzyż, świece, woda święcona, modlitwa, poświęcenie domu, chwila rozmowy. Różnie ten czas przeżywają parafianie, ale i księża różnie sobie z tym radzą.

 

Trudna formuła kolędy

Osobiście nie odpowiada mi powszechna formuła kolędy: dostaję kilkadziesiąt kart parafialnych i muszę odwiedzić kilkadziesiąt mieszkań w ciągu jednego popołudnia, a to sprawia, że mogę być w danym miejscu tylko kilka minut. Parafianom trudno jest się otworzyć w tak krótkim czasie przed, bądź co bądź, obcym człowiekiem, którego widują w kościele.

Księdzu jest też trudno, bo nawet jeśli widzi ludzi w kościele, to w większości ich nie zna, a na pewno nie zna na tyle, że od razu zacząć rozmawiać konkretnie o ich życiu. Często więc kolęda przeradza się w jakąś formę formalnej wizyty, podczas której żadna ze stron nie czuje się naturalnie i swobodnie, i nie dochodzi do autentycznego spotkania duszpasterza i parafian.

Ale wcale nie musi tak być. Od kilku lat co roku na moim Facebookowym profilu publikuję moje kolędowe doświadczenia pod hasłem: „Z pamiętnika kolędnika”. Oto kilka sytuacji, które pokazują, że wizyta duszpasterska wcale nie musi być sztampowa.

 

Czasem trzeba wykroczyć poza schemat

W jednym z mieszkań przyjmuje mnie mężczyzna. Puszcza kolędę z bumboxa jako podkład do modlitwy. Siadamy przy okrągłym stoliku. Pan pyta mnie, czy się napiję herbaty. Przynosi też sernik, makowiec i piernik. Pyta: „Pali ksiądz?”. Odpowiadam: „Raczej nie, ale śmiało, niech się pan nie krępuje”. Sięga po papierosy, ale wychodzi nagle do kuchni i przynosi Camele, mówiąc: „Dam księdzu lepszego”. No to zapaliłem.

Po chwili mówi: „Mam jeszcze trochę jarmużówki z Bułgarii, niech ksiądz spróbuje, jest rewelacyjna”. Nalewa mi i sobie kieliszek. Siedzimy, rozmawiamy paląc papierosa i sącząc jarmużówkę. Opowiada mi o swojej żonie, która zmarła już cztery lata temu. Przynosi mi albumy ze zdjęciami, pokazuje najpierw poświęcony żonie. Potem drugi album i trzeci. Te już ze zdjęciami z podróży jego i syna: Anglia, Bułgaria, Słowacja, Mazury. I ten mężczyzna, którego dopiero co poznałem, pokazuje mi wszystkie zdjęcia jak lecą.

Wiadomo, że zdjęcia z wakacji, to ktoś siedzi w majtkach, tu żona z papierosem na działce, tu jakieś głupie miny. Na jednym zdjęciu widać, jak trzyma rękę na piersi jakiejś syrenki. Spoglądam na niego, uśmiecham się znacząco, a on: „E, nie liczy się, to tylko rzeźba”. Śmiejemy się. A on mi tłumaczy kolejne zdjęcia, opowiada, gdzie to było, co się działo. Normalnie jakbym był u wujka, który pokazuje mi rodzinne albumy. Nic przede mną nie zakrywa. Czuję, że naprawdę się spotkaliśmy, że traktuje mnie jak swojego. Tym razem potrzeba było wykroczyć poza schemat i zapalić razem papierosa, żeby przełamać oficjalną rutynę.

 

Gest gościnności bardzo pomaga

Kiedyś przyjmowało mnie małżeństwo, mąż deklarował się jako niewierzący. Początkowo raczej chłodna atmosfera, ale po chwili pani zaproponowała coś do picia, więc poprosiłem o wodę. Zrobiła na szybko jakieś kanapeczki i zatrzymałem się na chwilę u nich.

I tak wywiązała się rozmowa, o podróży do Ziemi Świętej, potem w ogóle o podróżowaniu. Kiedy wychodziłem atmosfera była zdecydowanie ciepła i życzliwa.

W ogóle staram się nie odmawiać, kiedy ktoś chce mnie poczęstować wodą, ciastkiem, kanapką. Ten drobny gest pozwala zatrzymać się na chwilę. To wcale nie musi być wielka gościna, zwykła szklanka wody potrafi przełamać jakieś bariery i sprawić, że ludzie się otwierają, zaczynają mówić o sobie.

 

Dzieci wiedzą lepiej

W rozbrajaniu atmosfery dobre są dzieci. Podczas odwiedzin u pewnej rodziny, w czasie rozmowy nagle 8-letnia Julia pyta: „Ej, a poświęcisz mi mój pokój?”. I to jest naturalność i bezpośredniość dziecka, której nam, dorosłym trzeba się uczyć.

W innym mieszkaniu mały Karol zaplanował na czas mojej wizyty oprowadzanie po minizoo. W każdym pokoju były pluszowe zwierzęta, o których opowiadał. Dzieci najlepiej otwierają przed innymi swój świat. Jak przełamią pierwszą nieśmiałość, to prezentują wszystkie swoje zabawki, czyli to, co jest dla nich ważne. Czasem także coś chcą mi dać przy okazji kolędy. Raz jedno dziecko chciało oddać mi swojego świeżaka. Najczęściej to są jakieś laurki własnoręcznie wykonane. Zawsze przyjmuję je z wdzięcznością, bo wiem, że to jest naprawdę coś osobistego, zrobione przez nich specjalnie dla mnie na tę okazję.

 

Dobra wola z obu stron

Kolęda może nie być łatwym czasem dla parafian i księży, ale przy odrobinie otwartości po obu stronach może być naprawdę dobrym doświadczeniem spotkania.

Wiadomo, że w kilka, kilkanaście minut nie opowie się o całym swoim życiu, nie poruszy wszystkiego, ale można naprawdę się autentycznie spotkać i mieć poczucie dobrze spędzonego czasu, który tworzy więź między parafianami a duszpasterzem.

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail