Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail
Aleteia

Zdobył na wózku Morskie Oko. Skąd miał tyle siły? Od mamy

AREK, NAKOLKACH
Udostępnij
Komentuj

Z Marzeną Sadłoń, mamą pięcioletniego Arka, który na wózku zdobył Morskie Oko, inżynierem wiertnictwa, nafty i gazu, autorką bloga nakolkach.com, rozmawia Małgorzata Bilska.

Małgorzata Bilska: Jak to się stało, że została pani blogerką?

Marzena Sadłoń: Chciałam stworzyć miejsce, którego w internecie nie było. Coś, czego potrzebowałam po narodzinach Arka. Ma rozczep kręgosłupa. Szukałam informacji na ten temat, nowych rozwiązań i kogoś, kto myśli trochę inaczej niż wszyscy.

Mój blog nie jest o dziecku niepełnosprawnym. Nie robimy kroniki z pobytów w szpitalu itd. To zwyczajny blog – od innych różni się tylko tym, że na zdjęciach jest dziecko na wózku. Brakowało mi miejsca, w którym ludzie nie użalają się nad sobą, nie koncentrują się na dysfunkcji. Zawsze podkreślam, że jesteśmy normalną rodziną. To, że Arek jeździ na wózku nie oznacza, że mamy się z tym ukrywać lub – w drugą stronę – afiszować. Robić z siebie ofiary, na tym się wybić. To jest taki sam blog, jak wszystkie blogi normalnych, zdrowych ludzi.

 

Na wózku do Morskiego Oka

Arek podbił serca wyprawą do Morskiego Oka. Proszę coś o nim opowiedzieć. Wydaje się fajnym, radosnym dzieckiem.

Już go pani opisała (śmiech). Staram się, żeby nie odczuwał swoich ograniczeń.

Da się?

Da, tylko nie wolno myśleć, że choroba jest priorytetem. Dla nas jest dodatkiem. Trzeba zmienić sposób myślenia.

Na początku chyba nie było łatwo?

Jak Arek się urodził, miałam 19 lat. Nie myślałam, że sobie nie poradzę. Od razu przeprowadziłam się do Krakowa. Po co sobie utrudniać życie, skoro można mieć lepiej? Arek urodził się w maju, od października zaczęliśmy z Adamem studia. Od dziecka marzyłam o ucieczce ze wsi. Kiedy miałam 15 lat, chciałam grać w klubie w piłkę ręczną. I nie mogłam, bo autobus do miasta jeździł kilka razy w ciągu dnia. Dojazdy to był duży koszt, mieszkałam 100 km od Krakowa. Było mnóstwo ograniczeń. Z naszej szóstki został w domu niepełnoletni brat. Wyprowadziliśmy się w wieku 18 lat, żeby stanąć na własnych nogach.

Dla większości ludzi ograniczeniem jest niemożność chodzenia. Słuchając pani mam wrażenie, że to mniejszy problem niż dojazd ze wsi.

Najbliższy szpital był w Krakowie. Moje dziecko potrzebuje większej opieki. Mam prawo jazdy, ale w razie czego karetka tu szybciej przyjedzie. Tak zostaliśmy wychowani. Moja mama urodziła się w Krakowie i zawsze nas pchała do miasta.

 

 

 

Każdy może marzyć

Wyprawa do Morskiego Oka też była marzeniem?

Nigdy wcześniej tam nie byłam. Ogranicza nas jedynie ilość benzyny w baku (śmiech). Mieliśmy wtedy oboje wolne, mogliśmy iść wszyscy. Zdjęcia jak zwykle ukazały się na blogu i zostały dostrzeżone. Poszła fala zainteresowania. Nie szukaliśmy jej, nie byliśmy przecież pierwszymi ludźmi, którzy dotarli tam na wózku – sami czy z pomocą innych.

Blog promieniuje pozytywną energią. Jak to się robi?

Tworzymy życie takie, jakie chcemy mieć. Ten najgorszy okres z Arkiem mamy już za sobą. Mam nadzieję, że jak dorośnie, będziemy mogli sobie na wiele rzeczy pozwolić.

 

Każdy musi sam wiedzieć, czy jest szczęśliwy

W tym roku mija 100-lecie uzyskania przez kobiety praw wyborczych. Liczę na to, że wniesie pani coś oryginalnego do dyskusji o płci. Co to znaczy być nowoczesną, spełnioną kobietą?

Szczerze mówiąc nie wiem. Ktoś stworzył teorię, a my staramy się do niej dostosować. Każda z nas sama musi wiedzieć, czy jest zadowolona z życia. Ja robiłam wszystko, żeby być niezależna; mieć swoje konto i pieniądze. Robić coś własnego. Wyjść na kawę, kiedy mi się podoba. Gdybym była uzależniona od faceta, byłabym bardzo nieszczęśliwa. Moja mama siedziała w domu i wychowywała naszą szóstkę. Poświęcała się. Zaczęła odżywać dopiero, jak podrośliśmy. Jest nas 4 dziewczyny i wszystkie mamy takie podejście – nie chcemy być na łasce faceta. Ani w 100 procentach poświęcać się dzieciom.

Może to tłumaczy sposób myślenia pierwszych emancypantek? Były zależne od ojców i mężów. Chciały żyć inaczej niż ich babcie i mamy.

Jedna kobieta woli zostać w domu z dziećmi, druga chce pracować i nie chce mieć dzieci. Trzecia – pół na pół. Nie mam nic do tego, że kobieta chce się poświęcać, to jej wybór.

Mama była szczęśliwa?

Zawsze czegoś jej brakowało. Najważniejsze były zobowiązania, nie mogła zostawić dzieci i pojechać na wycieczkę. Trudno byłoby zabrać nas sześcioro. Na pewno nie chcę w ten sposób działać. Po studiach nie znalazłam pracy w zawodzie. Pracuję jako fotograf ślubny i mogę sama decydować o godzinach pracy. Pasjonowałam się fotografią, chciałam spróbować. Nic nie stało na przeszkodzie. I udało się. Jak Arek podrośnie, spróbuję jeszcze czegoś innego.

 

Jak jest problem, to trzeba go rozwiązać

Mówi pani z dużą pewnością siebie. Wbrew temu ma pani „pod górkę” i widzę sporo poświęcenia.

Ja tego w taki sposób nie odbieram. W pierwszym roku nie było wyjścia, to jest jednak małe dziecko. Później już nie. Arek też nie uważa za poświęcenie chodzenia na ćwiczenia. Ktoś płaci i idzie na siłownię, a on – płaci i idzie na rehabilitację. Nie robi nikomu łaski, tylko sobie. Jak nie będzie ćwiczył, nie będzie miał siły, żeby wejść na wózek lub z niego wstać. Nie chcesz iść na ćwiczenia? OK, nie idź, ale ty będzie miał problem – nie ja. Przyjdzie taki wiek, że już ci nie będę pomagać, sam powinieneś sobie radzić. Nie ma myślenia – oj biedne dziecko, idzie na rehabilitację. Czasem Arek mówi: Nie mam siły, nie chcę dzisiaj iść, źle się czuję. Dobrze. Nie musi, nikt mu nie każe. Ale on wie, że robi to dla siebie. Sam widzi, że jak ćwiczy regularnie, ma sprawniejsze ręce, może szybciej jechać na wózku. Wysiłek przekłada się na większe możliwości ruchu. Rehabilitacja nie jest priorytetem – trzeci rok normalnie chodzi do przedszkola, na 8 godzin jak inne dzieci. Korzysta ze wszystkich zajęć. Staram się, żeby to było naturalne. Uwielbia tam chodzić.

Sporo podróżujecie.

Chcielibyśmy więcej. Mamy takie podejście, że jak jest problem, to dopiero wtedy go rozwiązujemy. Nie myślimy z wyprzedzeniem: A co się stanie, jak nam wózka nie podłożą na pasie startowym? Po co się tym przejmować na zapas? Raz Arkowi pękła dętka w wózku. W ogóle nie braliśmy tego pod uwagę.

Koła zapasowego brak.

Musieliśmy tydzień czekać na nową dętkę. Teraz zamówiliśmy 3 czy 4. Dobrze, że to się stało w kraju i niedaleko od domu. Już wiemy, że wystarczy jedna szpileczka i koniec.

Skąd pani czerpie siły na co dzień?

Dużo nam pomogła rodzina, że nas było aż tyle. Na początku mój brat i siostra mieszkali w Krakowie, z nimi zaczynaliśmy. Przyjechała kolejna siostra, żeby się uczyć i też czasem pomagała, jak ja chodziłam na zajęcia. W rodzinie siła.

Co to znaczy „być kobiecą”?

Znać swoją wartość! I czuć się dobrze w swoim ciele.

Część z nas ma z tym problem.

Bo jesteśmy uzależnione od wzorców. Wszystkie się porównujemy. Ja miałam taki wzorzec, że zawsze chciałam zrobić na odwrót niż moja mama (śmiech). Nigdy z siostrami nie pozwolimy sobie na to, żeby być zależne od faceta.

Co mama na to?

Cieszy się.

A tata?

Tata mówi: Róbcie jak chcecie. (śmiech). Jesteście pełnoletnie.

Kto jest dla pani autorytetem?

Nie wiem. Nie utożsamiam się z innymi osobami, nie szukam. Mogę być inna – nie mam z tym problemu.

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail