Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail
Aleteia

Każda ciąża jest wyjątkowym darem. Moja wielka włoska rodzina

©Emanuela Sanna
Udostępnij

Niezbyt chrześcijański związek, podróż do Medjugorie, małżeństwo, narodziny siedmiorga dzieci. Opowieść pary, która obrała „najlepszą cząstkę”, o życiu pełnym i owocnym, o poszukiwaniu Boga, miłości i siebie.

Emanuela – błękitne spojrzenie, blond grzywka. Widziałyśmy się tylko raz, w biegu, nie zdążyłyśmy nawet zamienić dwóch słów, tylko tyle, że się poznałyśmy. Pomyślałam, że warto byłoby z nią porozmawiać, gdy kilka dni temu zobaczyłam na jej profilu na Facebooku rysunek w żywych barwach i bogaty w szczegóły, które tylko młode oko potrafi wyłowić i odtworzyć pewną ręką.

 

Moja wielka rodzina

Rysunek przedstawia siedmioro dzieci, z kolei z prawej strony widzimy rodziców. Mama ma buty na obcasie i oczy w kształcie serca, a tata szeroki i bardzo szczęśliwy uśmiech. Na trawniku zadeptanym przez 18 nóg widnieje napis „Moja wielka rodzina”. Cóż, rodzina Emanueli i Marcella jest naprawdę duża. Mają siedmioro dzieci. Jak na razie 😉

 

©Emanuela Sanna

Udało mi się dodzwonić do Emanueli i pierwsze, co zwróciło moją uwagę, to jej radosny głos i przejrzysty śmiech.

 

Aleteia: Jak to było z Tobą i z Marcello?

Emanuela: Poznaliśmy się w 1992 roku na koncercie, Marcello grał w zespole. W tamtym czasie byłam daleko o całe lata świetlne od wiary i na początku to był taki niepewny grunt, na którym często się ścieraliśmy. On w ogóle nie widział dla nas przyszłości, bo mieliśmy na jej temat kompletnie odmienne wyobrażenia. Chodziliśmy na randki, spotykaliśmy się, było nam razem dobrze, ale nic poza tym. To był związek oparty na przyjemności, nie byliśmy typowo chrześcijańską parą. Marcello dorastał blisko Kościoła, ale wtedy przechodził akurat czas pewnego oddalenia. (Gdy masz dwadzieścia lat nietrudno o wzloty i upadki w wierze). Natomiast moi rodzice – żyjący w separacji od kiedy skończyłam 9 lat – byli niewierzący. Zostałam ochrzczona, bo tak chcieli moi dziadkowie. Natomiast resztę sakramentów przyjęłam już jako dorosła osoba.

Jak w takim razie Wasz związek przerodził się w coś poważniejszego?

Przez jakiś czas byliśmy razem, a potem się rozstaliśmy. Chciałam korzystać z życia, więc gdy skończył się ten początkowy czas beztroski, zdecydowałam się zakończyć relację. Po ośmiu miesiącach ponownie spotkaliśmy się na koncercie. Marcello bardzo się zmienił. W moich oczach był kimś zupełnie innym, pozostając jednocześnie tą samą osobą, w której się zakochałam. Ale to nie wszystko. Zdałam sobie sprawę, że moje uczucia do niego są ciągle żywe i na nowo zbliżyliśmy się do siebie. Dopiero wiele lat później wyznał mi, że w tamtym czasie bardzo się za mnie modlił, za całe moje życie, o to bym mogła być szczęśliwa, abym mogła poznać Pana. I tak właśnie się stało.

 

Wyjazd do Medjugorie

Jak odnalazłaś wiarę?

Tamtego wieczoru na koncercie ponownie się zeszliśmy, a niedługo potem wyjechaliśmy we wspólną podróż. To był rok ’95 i nasz wspólny znajomy zaproponował wyjazd do Medjugorie, aby zawieźć ubrania i żywność sierotom, którymi opiekowały się siostry ze zgromadzenia „Communità della Famiglia ferita” (Wspólnota Zranionej Rodziny). Dzieci od zawsze były moją słabością, więc natychmiast się zgodziłam. Nie wiedziałam, co to za miejsce, Medjugorie, nie znałam go. Wyjechałam więc, chcąc pomóc w tej misji. Ale gdy już znalazłam się na miejscu, Maryja wywróciła moje życie do góry nogami! Mieliśmy tam zostać przez trzy dni, a tymczasem, zaraz po przyjeździe, zepsuła się nasza furgonetka i zostaliśmy „zmuszeni” zatrzymać się tam przez dwa tygodnie. Wyobrażałam sobie, że jadę pomagać zrozpaczonym dzieciom doświadczonym przez wojnę, a tymczasem spotkałam dzieci pełne radości, które zachęciły mnie do modlitwy. Byłam przekonana, że to ja mam im pomagać, a to one przyjęły mnie. Wielu ludzi modliło się za mnie, kilka razy uczestniczyłam we mszy świętej i tyle. Jednak po powrocie do Włoch poczułam, że w moim sercu rodzi się silne pragnienie poznania Kościoła i zbliżenia się do niego.

 

Przebaczam ci, wyjdź za mnie

Jak to możliwe, że taki sceptyk jak Ty „wylądował” w końcu w małżeństwie?

Kolejnego lata przyjęłam sakrament Komunii Świętej i Bierzmowania. Uczestniczyłam w kursie prowadzonym przez kapłana, który nie tylko uczył mnie katechizmu, ale też, w międzyczasie, towarzyszył nam jako narzeczonym w naszych przygotowaniach do małżeństwa.

Ten sam ksiądz udzielił nam później ślubu. Zważywszy na moją historię rodzinną, bardzo potrzebowałam szczerego spojrzenia na mnie i na to wszystko, co złożyło się na historię mojego życia. Nie wierzyłam w rodzinę, małżeństwo było dla mnie jakąś bajką dla naiwnych. Doświadczenie moich rodziców mówiło mi, że coś takiego jak wieczna miłość nie istnieje. Potrzeba było Kogoś, kto rozbroi te moje przekonania, miałam wiele do przepracowania.

Ta droga pozwoliła nam spojrzeć wgłąb siebie, poznać się, odkryć wady drugiej osoby. Obydwoje powoli dojrzewaliśmy. Jednak pewność pragnienia, że chcemy być mężem i żoną, we mnie pojawiła się za sprawą pięknego gestu Marcella. Pewnego dnia, skonfrontowany z moimi słabościami, zamiast uciec, poprosił mnie o rękę. Powiedział: „Ja ci przebaczam, wyjdź za mnie”. Spodziewałam się, że gdy tylko on odkryje moje ograniczenia, ucieknie. A tymczasem wydarzyło się coś zupełnie odwrotnego. To sprawiło, że upadły wszystkie moje uprzedzenia.

W tamtej chwili Pan uczynił naprawdę wielki cud. Jeszcze przed ślubem okazało się, że oczekujemy na Eliasza, naszego pierworodnego, więc przyspieszyliśmy datę ślubu, pewni już naszego wyboru. Nie mieliśmy nic: ani domu, ani pracy. Tylko ja pracowałam, Marcello marzył o karierze muzyka. Byliśmy tak bardzo szczęśliwi, że żadna z tych rzeczy nas nie przerażała.

Dom znaleźliśmy w sposób naprawdę opatrznościowy na tydzień przed ślubem i było w nim wszystko, był umeblowany od góry do dołu. Problemy rozwiązywały się jeden po drugim, naprawdę Pan nam towarzyszył na każdym kroku. W naszych marzeniach od początku pragnęliśmy licznej rodziny i bardzo szybko się to urzeczywistniło. Pierwsza trójka dzieci urodziła się jedno za drugim.

 

Wspólne dojrzewanie

Jak wyglądała Wasza przygoda na początku małżeństwa?

Marcello znalazł pracę po narodzinach Eliasza, co było kolejnym wielkim znakiem. Ja pracowałam okazjonalnie, ale po narodzinach trzeciego dziecka zdecydowaliśmy, że zostanę w domu. Zarobione pieniądze wydawałam na opiekunkę do dzieci i doprowadzało mnie to do rozstroju nerwowego.

Jestem perfekcjonistką, więc maksymalnie angażowałam się w pracę, ale po powrocie do domu czułam się zmęczona i pusta w środku. Łatwo wtedy stracić cierpliwość w stosunku do dzieci przy pierwszym ich pytaniu. Na początku źle znosiłam tę decyzję o zostawieniu życia zawodowego, chciałam pokazać, że dam sobie radę za wszelką cenę, nie chciałam się podporządkować. A tymczasem zyskałam pokój i harmonię. To też wiele mnie nauczyło: zaufać mężowi, powierzyć się Opatrzności.

Przy trzecim dziecku, dzięki poradom pewnego księdza, poznaliśmy naturalne metody planowania rodziny. Uczestniczyliśmy w kursie, który pozwolił nam otworzyć się na to ogromne piękno i bardzo umocnił nasz związek.

Znajomość własnego ciała, jego rytmu, zrozumienie, że ewentualny czas abstynencji nie ograbia nas z niczego, ale stwarza okazję do odkrycia intymności, rozpalenia pragnienia, odnalezienia innych sposobów wyrażania bliskości – wszystko to są bezcenne wskazówki, które zbudowały naszą jedność.

Po narodzinach pierwszej trójki dzieci kolejne straciliśmy w pierwszych tygodniach ciąży, a kilka miesięcy później odkryłam, że znów jestem w ciąży, tym razem z bliźniętami! Byłam przeszczęśliwa, nic tylko się śmiałam! Byłam w siódmym niebie! Tak jakby Pan w nadmiarze oddał mi to, co wcześniej mi zabrał.

©Emanuela Sanna

 

Odnalezione zaufanie

Bóg widzi i interweniuje – czy tak to wyglądało?

Tak, pierwszym znakiem od Opatrzności, jaki przychodzi mi na myśl, było pojednanie z moim ojcem. Ojca nie było na naszym ślubie, bo miał dużo pracy, taka przynajmniej była jego wymówka. „Przyjdę na następny” – powiedział, a mnie to stwierdzenie zupełnie rozwaliło. Sam nie wierzył w małżeństwo, więc bagatelizował też mój ślub. Bardzo długo ze sobą nie rozmawialiśmy, byłam na niego naprawdę wściekła.

A potem pewnego dnia zadzwonił do drzwi mojego domu. Nagle znalazłam się naprzeciw niego i w tym momencie wszystko się rozwiązało. Doświadczyłam wtedy naprawdę mocy Bożej, bo to było moim wielkim pragnieniem. Tysiąc razy wyobrażałam sobie jego przeprosiny, miałam nadzieję, że zrozumie swoje błędy, że znów będziemy blisko. I tak właśnie się stało.

Byłam wtedy w ciąży z Eliaszem i czułam, że poprzez to pojednanie z ojcem puzzle mojego życia zaczynają się jakoś układać. A wszystko nie przez moją zasługę, ale dzięki łasce Bożej. Przez lata wielokrotnie widziałam, jak Jego ręka działa konkretnie w naszym życiu i zawsze starałam się pokazać to naszym dzieciom.

Najbardziej wzruszają mnie sytuacje najprostsze, nawet banalne, bo każą mi zadziwić się: „Nawet tutaj przychodzisz? Nawet w tym jesteś obecny?”. Jeśli powierzamy się Bogu, On naprawdę się troszczy. Na przykład któregoś rana mój syn stwierdza „Mamo, nie mamy kakao”, a dziesięć minut później do naszych drzwi puka ksiądz z pobliskiej parafii przynosząc całe pudło kakao: „My tego nie jemy, ale może Wam się przyda, dlatego przyniosłem”.

Kiedy Pan nie odpowiada na moje prośby, wkurzam się i oddalam od Niego, choć nie opuszczam nigdy mszy świętej. Dopiero później przychodzi zrozumienie, że skoro nie odpowiedział, to widocznie tak jest lepiej dla mojego życia. Udaje mi się to pojąć jedynie pełniąc Jego wolę, pozostając w tej sytuacji. Gdybym robiła, co mi się podoba, nigdy nie zyskałabym tej świadomości.

 

Rodzeństwo jest wielkim bogactwem

7 dzieci: Elia, Sara, Giacomo, Anna, Emma, Tommaso i Weronika (jak na razie)… Czy zdarzyło Wam się być za to krytykowanymi?

Nie wszyscy przyszli na świat w tej samej chwili, to nie był jakiś nieświadomy wybór, każda ciąża była wyjątkowym darem. Im bardziej powiększa się rodzina, tym bardziej poszerza się serce. Standardowa krytyka na temat dzieci, które stają się żołnierzykami zmuszonymi do szybkiego dorastania, nie była źródłem moich kryzysów.

Nigdy nie zmuszałam starszych do opieki nad młodszymi, to przychodziło im spontanicznie. Oczywiście, przez lata nie brakowało różnego rodzaju osądów, ale nie raniło nas to jakoś specjalnie i nawet nie denerwowało. Wiemy, że każdy ma swoją historię i swoje doświadczenie. Dla mojej matki każde kolejne dziecko było dzieckiem, którym musiałabym się zająć w przypadku rozstania: optymistyczna wizja przyszłości!

Moja teściowa była tutaj zdecydowanie bardziej wyrozumiała, mimo zwykłej w takich przypadkach troski. Decyzji o tym, by być rodziną wielodzietną, w żadnym razie nie poddawaliśmy w wątpliwość, nawet jeśli nie zawsze będziemy z tego powodu rozumiani.

Co chcielibyście powiedzieć przyszłym małżonkom?

Żeby się nie bali. Powtarzamy to razem z Marcello parom, którym towarzyszymy w trakcie kursu przedmałżeńskiego. Istnieje wiele uprzedzeń co do liczby dzieci. Wielu sądzi, że posiadanie licznych dzieci oznacza, że coś im w ten sposób odbieramy, a w rzeczywistości jest odwrotnie, to jest dawanie. Rodzeństwo jest wielkim bogactwem.

Potem chciałabym dodać, że małżeństwo nie może funkcjonować tylko w oparciu o własne siły. Nawet przy najlepszych intencjach nie jest to możliwe. Małżonkowie potrzebują wsparcia Kościoła, potrzebują być w drodze, spotykać Chrystusa. Inaczej nawet małe rzeczy okazują się nie do przejścia. Małżonkowie czerpią z łaski sakramentu, o którą można prosić Pana dzień po dniu.

 

Dobroczynny dar

W jaki sposób dzielicie się tym, co otrzymaliście?

Razem z Marcello spotykamy się z rodzicami dzieci uczęszczających na katechezę. Staramy się głosić im dobrą nowinę, ponieważ katecheci mogą wiele robić, aby wychować ich dzieci, natomiast wiarę przekazują rodzice. Dlatego sądzimy, że ważne jest, aby ich wspierać. Naszym priorytetem jest głoszenie im miłości Bożej. Prowadzimy też kurs przedmałżeński.

Towarzyszenie narzeczonym ubogaca bardzo naszą relację, za każdym razem pozwala nam odkryć piękno sakramentu małżeństwa. Tak naprawdę tym, co nas popycha do tego, by kontynuować tę pracę, pomimo zmęczenia i tysiąca innych spraw, jest świadomość tego, że to ma na nas dobroczynny wpływ. To posługa, którą wykonujemy dla innych, ale jednocześnie tak egoistycznie przede wszystkim my tego potrzebujemy.

To ostatnie stwierdzenie jest dla mnie potwierdzeniem, że Marcello i Emanuela „obrali najlepszą cząstkę i nie będą jej pozbawieni”.

Tekst pochodzi z włoskiej edycji portalu Aleteia

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail