Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail
Aleteia

Nie „muszę” przeżywać Wielkiego Postu

JOLA SZYMAŃSKA
fot. Anna Nycz
Udostępnij
Komentuj

„To najlepsza Środa Popielcowa w moim życiu” - mówię do męża. Siedzimy w kościelnej ławce, z prochem we włosach i nagle czuję, że się uśmiecham. Ba, cieszę się jak głupi do sera.

Boże drogi, całe życie nie cierpiałam tego dnia. Kojarzył mi się z początkiem najgorszych czterdziestu dni w roku. Dni depresji, smutku, zawodzeń. Wracania do wszystkiego, co najtrudniejsze. No i oczywiście – do wyrzeczeń.

W nich byłam mistrzem. Jako nastolatka w Wielkim Poście rezygnowałam ze wszystkiego, co mogło być przyjemne – począwszy od mięsa i słodyczy, na komputerze i telewizji kończąc. Powtarzałam ten zestaw rok w rok, zupełnie jakbym przygotowywała się do startu w Olimpiadzie Pobożności.

Na studiach doszły piątkowe posty o chlebie i wodzie, jeszcze bardziej sumienne uczestnictwo w Drogach Krzyżowych, Gorzkich Żalach. I wyrzuty sumienia, kiedy na coś nie starczyło mi sił, bo ledwo stałam na nogach.

 

Dla Boga nie dam rady?

Konstruowanie kolejnych wyzwań i trudności – fizycznych, modlitewnych, emocjonalnych (szczególnie, kiedy wydaje ci się, że złość to głos szatana, a smutek to twoja słabość) dawało mi wiele satysfakcji. I poczucia, że idę w sensownym kierunku. Że sobie radzę.

Jakie to smutne.

Samotność, brak poczucia bezpieczeństwa i lęk potrafią wypaczyć najlepsze intencje i zamienić je w nauczkę. A potem w pytanie – dlaczego nie lubię Wielkiego Postu? Dlaczego tak bardzo odstręcza mnie myślenie o postanowieniach? Dlaczego nie chcę chodzić na Drogę Krzyżową? Gdzie mój zachwyt tradycją? Gdzie moja głęboka medytacja?

I odpowiedź: powiesiłam je na wielkopostnych haczykach i zbudowałam na nich poczucie sensu. Wierzyłam, że jeśli to wszystko osiągnę i spełnię oczekiwania Boga, On na pewno mnie pokocha. I wreszcie będę szczęśliwa.

 

Wiara i niewiara

Od miesięcy badam kolejne poziomy mojej wiary i niewiary. Ta druga często przeważa, ale im mniej ją neguję, tym więcej widzę powodów do tej pierwszej. Paradoks. Ciężko mi słuchać słów o Bogu, ale zaczynam widzieć go w zdrowych relacjach i szczerości, które w sytuacji permanentnego niedoboru zastępowałam porządkiem, obowiązkami i dyscypliną.

Znałam całą teorię – wiedziałam, że Bóg jest dobry, że mnie kocha, że na zbawienie się nie zasługuje. Ale wiedza czasami niewiele daje. Może wręcz pogorszyć sytuację, bo wydaje mi się, że „wiem”. Że wszystko jest dobrze. Tylko dalej kręcę się w kołowrotku „zasługiwania” na życie i przepraszania za to, że żyć nie potrafię.

 

Nie „muszę” przeżywać

„To najlepsza Środa Popielcowa w moim życiu” – powiedziałam Kamilowi. Śmiał się, że dlatego, że z nim. Że ta środa jednocześnie jest walentynkowa. Nie wiedział, że jest pierwszą Środą Popielcową, której się nie boję. Pierwszą, w której dotarło do mnie, że Wielki Post nie jest obeliskiem, który mam taszczyć aż do świąt. Jest czasem. Propozycją. Jest dobrem.

I wcale nie „muszę” go przeżywać. Ja mogę go odkryć. Zupełnie na nowo.

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail