Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail

Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Aleteia

Przez 50 lat milczał o Auschwitz. Po wylewie zaczął rysować. Zobacz wstrząsającą wystawę [galeria]

SZKICE, AUSCHWITZ
fot. Piotr Markowski
Udostępnij

Kilka miesięcy po narysowaniu ostatniej pracy zmarł. Całą wystawę przekazał franciszkanom i miał ku temu szczególny powód...

Kliknij tutaj, by przejrzeć galerię

Karol Wojteczek: Klasztor, w którym się znajdujemy, od Miejsca Pamięci i Muzeum Auschwitz-Birkenau dzielą według GPS-a równo 4 kilometry. Jak wielu spośród odwiedzających Auschwitz trafia do Harmęż?

Dr. Piotr Cuber OFMConv (gwardian klasztoru Niepokalanego Poczęcia NMP w Harmężach): Miejsce Pamięci i Muzeum Auschwitz-Birkenau zobaczyło w ubiegłym roku ok. 2 mln 100 tys. odwiedzających. Centrum św. Maksymiliana w Harmężach odwiedza rocznie od 5 do 8 tys. zwiedzających. Chcę jednak zaznaczyć, że nie mamy ani ambicji, ani możliwości, by równać się z Muzeum.

Czego zwiedzający oczekują po przyjeździe tutaj? W jakim celu zjawiają się w Harmężach?

Przyjeżdżają, aby dotknąć miejsc związanych z osobą św. o. Maksymiliana Kolbego, aby poznać jego świadectwo i zaczerpnąć z jego ducha. Ale też wielu z nich przyjeżdża tutaj ze względów artystycznych…

Właśnie… Podziemia Waszego klasztoru goszczą pewną szczególną wystawę, która niejako uzupełnia historię opowiadaną przez obozowe baraki i krematoria Auschwitz-Birkenau… Skąd się ona tu wzięła?

Ten niespodziewany prezent otrzymaliśmy jako franciszkanie w 1997 r. Były więzień niemieckiego obozu koncentracyjnego Auschwitz-Birkenau i pięciu innych obozów, pan Marian Kołodziej (numer obozowy 432), artysta-grafik, wybitny scenograf teatralny i filmowy, podarował nam dzieło swojego życia – wystawę zatytułowaną „Labirynty. Klisze pamięci”, która zawiera artystyczną wizję jego obozowych przeżyć.

Autor miał wcześniej jakieś związki z Harmężami bądź franciszkanami?

Na przełomie marca i kwietnia 1941 r. hitlerowcy wysiedlili wioski sąsiadujące z obozem tworząc tzw. „szeroką strefę wpływów obozowych”. W wioskach tych stworzyli podobozy pracy. Tu przychodzili więźniowie – tania siła robocza, tu pracowali, tu wielu z nich zginęło. Jako więzień KL Auschwitz Marian Kołodziej pracował w Harmężach na fermach kurzych i króliczych. Pewnego dnia, a było to późną jesienią, pracował przez pół dnia przy oczyszczaniu stawów, stojąc po pas w wodzie. Stracił przytomność. Gdyby nie koledzy, którzy przywlekli go ledwo żywego do obozu, pozostałby tu na zawsze. To pierwszy powód, dla którego Kołodziej swoją wystawę zainstalował właśnie tu, w Harmężach.

Drugim powodem była osoba św. Maksymiliana Kolbe. Autor twierdzi, że poznał go w obozie osobiście, że stał z nim na jednym placu, gdy o. Kolbe zgłosił się na śmierć za Franciszka Gajowniczka. Gdy więc Kołodziej dowiedział się, że franciszkanie budują w Harmężach centrum poświęcone postaci o. Maksymiliana, nie wahał się ani przez chwilę; postanowił przywieźć swoje prace właśnie tutaj.

Dlaczego Kołodziej zdecydował się na utrwalenie swoich przeżyć dopiero po 50 lat po zakończeniu wojny?

Zdecydowała o tym choroba, a konkretnie wylew krwi do mózgu, po którym został częściowo sparaliżowany. Miało to miejsce w 1992 r. Po 50 latach milczenia zaczął przelewać na papier swoje obozowe wspomnienia. Chciał w ten sposób zrealizować obietnicę, którą złożył swoim kolegom, zamordowanym i spopielonym w obozowych krematoriach. Za motto wystawy Kołodziej obrał słowa Zbigniewa Herberta z „Przesłania Pana Cogito”: „ocalałeś nie po to aby żyć / masz mało czasu trzeba dać świadectwo”. Rysowanie swojego „opus magnum” rozpoczął w roku 1993, a ostatnie prace powstały w roku 2009, na kilka miesięcy przed śmiercią autora. Łącznie powstało ich ponad 260, różnego rozmiaru, od miniatur po rysunki kilkumetrowe.

Na wielu pracach autor portretuje również samego siebie. Zarówno młodego, w scenach obozowych, jak i siebie rysującego, w podeszłym już wieku i w bardzo szczególnej pozie…

Jak wspomina sam Kołodziej, jego rysowanie zaczęło się od choroby. Była to forma rehabilitacji po wylewie. Nie chodziło jednak tylko o rehabilitację fizyczną. Była to także forma puryfikacji umysłu, wyrzucenia z pamięci obrazów, które niczym klisze utrwaliły się w jego pamięci i nie dawały spokoju przez 50 lat. Początkowo Kołodziej był bardzo słaby, nie był w stanie utrzymać w ręku ołówka i jego żona, Halina Słojewska-Kołodziej, musiała mu przywiązywać ołówek do palców, aby mógł rysować. Po rehabilitacji sprawność palców powróciła, jednak ciało pozostało słabe, stąd na wielu rysunkach widzimy Kołodzieja, który rysuje swoje „klisze” leżąc na podłodze swojego domu lub na stoliku w swojej pracowni. Bardzo charakterystycznym jest powtarzający się wielokrotnie na wystawie motyw starego Kołodzieja, który dźwiga na plecach… siebie samego z młodości. To symbol zmagania się z przeszłością, ze strasznymi wspomnieniami, których nie był w stanie pozbyć się do końca życia.

Jak na tę wystawę, wstrząsającą niezwykle w swej wymowie, reagują odwiedzający?

Przybywające do nas grupy rozpoczynają zwiedzanie wystawy od wnętrza wagonu bydlęcego. Taki był zamysł Kołodzieja. Chciał on, aby zwiedzający poczuli się choć przez chwilę jak więźniowie transportowani do obozu w okrutnych warunkach, ściśnięci w drewnianych wagonach służących do przewozu zwierząt. Pamiętajmy, że Kołodziej jest nie tylko autorem rysunków, ale całej scenografii, aranżacji wystawy, tworzącej niepowtarzalną atmosferę obozu.

Wielu odwiedzających przyjeżdża do Harmęż bezpośrednio po zwiedzaniu Miejsca Pamięci i Muzeum Auschwitz-Birkenau i wielu z nich stwierdza wręcz, że nasza wystawa jest „mocniejsza” od samego muzeum. Jeden ze zwiedzających pokusił się o porównanie, że w obozie czuł się jak w teatralnej scenografii, w której nie ma aktorów, a tutaj ich odnalazł; miał wrażenie, że tu, w Harmężach, rzeczywistość obozu ożywa.

Wśród grup przybywających do nas z zagranicy powszechne jest też zdziwienie – niektórzy dopiero tutaj dowiadują się, że do Auschwitz-Birkenau oprócz Żydów trafiali, i byli tam mordowani, ludzie innych narodowości, w tym duża liczba Polaków. KL Auschwitz powstało bowiem, o czym czasami zapominamy, jako obóz dla polskich więźniów politycznych w czerwcu roku 1940 r., a pierwsze transporty w ramach planu tzw. „ostatecznego rozwiązania kwestii żydowskiej” rozpoczęły się dopiero wiosną 1942 r. po konferencji w Wannsee.

Warto o tym pamiętać, choć sam autor nie czyni w swych pracach rozróżnienia na Polaków, Żydów czy Niemców. Dzieli ludzi na tych, którzy w tych straszliwych czasach pozostali ludźmi, i na tych, którzy w obozie zatracili swoje człowieczeństwo.

 

 

A jak w takim razie i za co trafił do Auschwitz sam autor wystawy?

Marian Kołodziej trafił tu w pierwszym transporcie polskich więźniów politycznych 14 czerwca 1940 r. Jako harcerz, wychowany w duchu patriotycznym, po klęsce kampanii wrześniowej chciał walczyć o wolną Polskę i dlatego wraz ze swoim przyjacielem ze szkolnej ławy, Marianem Kajdaszem kilkakrotnie próbował przedostać się przez granicę, aby dołączyć do wojsk polskich formujących się we Francji. Niestety, podczas jednej z takich prób nastąpiła wpadka. Cała grupa, wraz z Kołodziejem, została aresztowana w mieszkaniu prof. Pigonia w Krakowie. Początkowo przetrzymywano ich w więzieniu na Montelupich, stamtąd więźniowie zostali przewiezieni na przesłuchanie do Tarnowa, skąd 728 więźniów pierwszym transportem przewieziono do KL Auschwitz.

W obozie Kołodziej dostał numer 432, a jego przyjaciel Kajdasz 179. Trafili do dwóch różnych komand pracy. Marian Kołodziej trafił na pewien czas do komanda „zbieraczy trupów”. Do jego zadań należało zbieranie ciał więźniów, którzy ginęli w obozie w różnych miejscach i sytuacjach. Zwłoki rzucano na stertę ciał na wóz, którym zawożono je do spalenia w dołach spaleniskowych albo krematorium. Po kilku miesiącach takiej pracy, gdy Kołodziej oswoił się już z widokiem trupów, z przerażeniem zauważył, że trzyma w ramionach zwłoki swojego kolegi, Mariana Kajdasza. „Jedyne, co mogłem zrobić – wspominał – to nie rzucić go na stos trupów, ale zanieść go samemu do krematorium. Mimo że umierałem z głodu, przez kilka dni po tym wydarzeniu nie byłem w stanie wziąć niczego do ust”.

We wchodzących w skład wystawy rysunkach nie brakuje nawiązań biblijnych. Kołodziej stworzył m.in. cały cykl apokaliptyczny, jest też np. o. Kolbe jako anioł. Jak interpretuje Ojciec twórczość Kołodzieja w perspektywie teologicznej? Jak pobyt w obozie wpłynął na wiarę autora? I jak to, co on przedstawił wpływa na refleksję religijną odwiedzających?

Niewątpliwie Kołodziej był człowiekiem religijnym. To wiara pozwoliła mu przetrwać obóz. W jego twórczości wiele jest religijnych symboli, świętych postaci, biblijnych konotacji. Na wystawie „Klisze pamięci. Labirynty” dominuje postać Chrystusa cierpiącego, umęczonego, frasobliwego. „Chrystus umęczony” Mattiasa Grünewalda to pierwszy obraz, który widzimy po wyjściu z wagonu – to jakby próba odpowiedzi na pytanie: „Gdzie był Bóg w Auschwitz”; pytanie, które wielu ludziom odebrało wiarę. I Kołodziej próbuje odpowiedzieć na to pytanie w swoisty sposób: Chrystus był w obozie, cierpiał i umierał razem z więźniami. Na wystawie widać też aniołów, główną prócz Jezusa postacią jest jednak św. Ojciec Maksymilian Kolbe. Jak wyraził się sam Kołodziej: „Maksymilian był w obozie 100% człowiekiem. A być człowiekiem w obozie często graniczyło z heroizmem”.

Jest też na wystawie rysunek, na którym Kołodziej idzie po linie nad przepaścią piekła, pchając przed sobą taczkę wyładowaną dziecięcymi zabawkami. Nad nim unosi się anioł stróż. Kołodziej często wspominał, że czuł przez cały czas swojego pobytu w obozie czyjąś cichą obecność. Zupełnie tak, jakby komuś zależało, aby on przetrwał i opowiedział o tym, co przeżył. Sam autor utożsamiał tę obecność z osobą o. Maksymiliana, który „kazał” mu rysować coraz to kolejne sceny. Kołodziej bał się momentu, w którym ojciec Kolbe nie będzie miał już do niego więcej pytań, bo wtedy trzeba będzie odejść. Wielu zwiedzających pyta o wiarę Kołodzieja, dziwiąc się, że nie stracił jej w piekle obozu.

Obserwuję też często młodzież, która na wystawę wchodzi kolorowa, roześmiana, rozgadana. Po wejściu milkną zaskoczeni. Potem cisza się pogłębia. Staje się prawie sakralną. Wychodzą refleksyjni, jakby skurczeni w sobie, niosąc swoje pytania. Pytania, których być może do tej pory sobie nie zadawali. I to może być dodatkowa wartość wystawy Kołodzieja – zmuszenie współczesnego, żyjącego beztrosko człowieka do postawienia sobie egzystencjalnych pytań. Pośród nich muszą być też pytania o wiarę. Jakie? Tego nie wiem, choć bardzo bym chciał się dowiedzieć. Póki co brakuje nam jednak w Harmężach przestrzeni na spotkanie, dyskusje, głębszą refleksję. Choć może wkrótce się to zmieni, nosimy się bowiem z zamiarem wybudowania konferencyjnej sali multimedialnej, w której moglibyśmy wyświetlić filmy o Kołodzieju, zapytać zwiedzających o ich przeżycia, umożliwić dyskusję, odpowiedzieć na ich pytania, podzielić się naszymi refleksjami.

Liczne przedstawienia pasyjne, w kontekście męczeństwa autora i innych więźniów obozu, wydają się zrozumiałe, Kołodziej jednak doczekał wyzwolenia obozu. Nie brakuje Ojcu na końcu tej wystawy rysunku z aniołem i kamieniem odsuniętym z obozowej bramy?

To prawda, nie ma rysunku z aniołem i odsuniętym kamieniem. Są jednak dwa obrazy, na których widać kolor i uśmiech na twarzach więźniów. Tak dzieje się wówczas, gdy Kołodziej opowiada o wyzwoleniu. Na rysunku traktującym o wyzwoleniu z obozu Mauthausen Ebensee widzimy obraz w połowie czarno-biały, w połowie kolorowy. Czarno-biały nienormalny świat, to świat obozu. Kolor, to pierwszy widok na wolności. Malownicze szczyty Alp, przepiękne, kolorowe austriackie doliny. Kolor oznacza powrót do normalności. Drugi obraz przedstawiający wyzwolenie, to obraz uśmiechniętych więźniów pokazujących sobie świat poza obozem.

Z drugiej strony, poznawszy Kołodzieja nigdy nie spodziewałem się odsuniętego kamienia i anioła zwycięzcy. Kołodziej tak naprawdę nigdy nie opuścił obozu. I to była jego najgłębsza trauma. Jest taki obraz, na którym autor rysuje sytuację więźnia, który chciał uciec z obozu, ale został złapany. Zanim zostanie powieszony, hitlerowcy przebierają go w strój błazna, który dostaje do ręki bęben i tabliczkę z napisem: „Hura, wróciłem, jestem znowu z wami”. Musi przejść z tymi „akcesoriami” przez cały obóz, aby pokazać współwięźniom, że nie opłaca się uciekać, bo i tak cię złapią. Potem zostaje zamordowany. I w tej roli Kołodziej umieszcza siebie. Jest to jednak stary Kołodziej, który próbował uciec od obozu przez całe swoje życie. Nie udało się – na starość do obozu wrócił. Gorzkie to przesłanie. Dla kogoś, kto przeżył obóz nie ma wyzwolenia. On pozostanie więźniem do końca swego życia. Wyzwolenie przyniesie dopiero śmierć.

 

Pod tym adresem można udać się na wirtualne zwiedzanie wystawy: http://wystawa.powiat.oswiecim.pl/

Reportaż z Harmęż można obejrzeć w programie „Warto Rozmawiać„.

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail