Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Prosimy, pomóż nam ocalić w naszych braciach nadzieję. Złóż deklarację
Aleteia

Czy oglądanie pirackich filmów online jest legalne? Ekspert o mitach w prawie autorskim

PRAWO, TECHNOLOGIA
Shutterstock
Udostępnij

Kto jest autorem książki podyktowanej przez Jezusa? O spotkaniach prawa z metafizyką oraz o mitach na temat prawa autorskiego opowiada prof. dr hab. Ryszard Markiewicz z Uniwersytetu Jagiellońskiego.

Jola Szymańska: Panie Profesorze, czy oglądanie nielegalnie udostępnionych w internecie filmów jest nieuczciwe?

Prof. dr hab. Ryszard Markiewicz*: To bardzo trudne pytanie. Ci, którzy wprowadzają nielegalnie filmy do internetu  i servis providerzy, którzy świadomie je udostępniają, bez wątpienia naruszają prawo. Co więcej, to nieprzyzwoite. Pytanie brzmi, czy można ściągać pliki pirackie do użytku osobistego?

Lub oglądać je online?

Tak, jedno z orzeczeń Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej wyraźnie stwierdziło, że streaming należy traktować podobnie jak ściąganie plików nielegalnych. Jeżeli więc pobieram lub oglądam książki, filmy pirackie i robię to świadomie, to jest to nieuczciwe.

Łamiemy wtedy prawo?

Wiadomo, że narusza to prawo Unii Europejskiej. Jest takie słynne orzeczenie „ACI Adam” sprzed 3 lat, z którego wynika, że ściąganie, a według późniejszych orzeczeń także i streaming pirackich utworów, są niedozwolone.

Jak to jest w prawie polskim?

Tu zdania są podzielone. Część osób twierdzi, że w ramach prounijnej interpretacji prawa polskiego trzeba przyjąć, że jest to bezprawne także u nas. Inni, do tych ja się zaliczam, przyjmuje, że do czasu odpowiedniej zmiany polskich przepisów, by je dostosować do prawa unijnego, jest to dozwolone na dotychczasowych zasadach. Trudno, żeby użytkownik orientował się co do stanu prawnego nie na podstawie przepisów prawa autorskiego, lecz orzeczeń Trybunału wydawanych na gruncie dyrektyw UE.

Powstaje także drugi problem. Jeżeli uznamy, że „ściąganie” pirackich plików jest bezprawne, to użytkownik będzie odpowiadał za naruszenie praw autorskich także, gdy nie można mu zarzucić winy [nawet nieumyślnej], np. nie miał podstaw do przypuszczenia, że korzysta z bezprawnie usytuowanego utworu w internecie. W prawie niemieckim wyłączenie odpowiedzialności w takich sytuacjach jest wyraźnie uregulowane. Nie odpowiada się tam za ściąganie pirackich filmów, jeżeli ich „pirackość” nie jest dla ściągającego oczywista.

Zdarzają się oskarżenia za oglądanie filmu online z nielegalnego źródła czy to tylko teoretyczny problem?

Tego nie słyszałem, ale wiem o sprawach karnych, w których oskarżony ściągał nielegalne pliki na swój komputer. Zarzucono, że ściągając utwór rozpowszechnia jednocześnie fragmenty innych z własnego komputera. Nie wiem natomiast, czy były procesy dotyczące „ściągania” pirackich plików, gdy nie dochodziło do równoczesnego udostępniania własnych zbiorów. Nie wiem także, czy były procesy w związku ze streamingiem.

 

„Prawo do integralności” i plagiat

Przejdźmy do drugiego mitu. Niektórzy twierdzą, że to, co wymyśliłem, jest moje.

I w zasadzie mają rację.

Ale sam pomysł nie wystarczy, bo utwór trzeba jeszcze stworzyć?

Pomysł, idea, odkrycie – nie podlegają ochronie prawnoautorskiej. A zatem koncepcja zagadki kryminalnej, stanowiącej pomysł na napisanie kryminału, nie podlega ochronie. Prawo autorskie powstaje dopiero ze względu na indywidualny sposób wyrażenia danej treści.

Co więcej, jeżeli dwie osoby niezależnie od siebie stworzą taki sam utwór chroniony, to nie tylko nie naruszają cudzego prawa, ale też ich utwory są niezależnie, równolegle chronione. Zupełnie inaczej jest w prawie patentowym, bo z momentem opatentowania wynalazku lub uzyskania ochrony na znak towarowy przysługuje wyłączność i okoliczność, że inna osoba stworzy później samodzielnie takie samo dobro, nie ma znaczenia.

Można też przerobić cudzy utwór. Szczególnie, jeśli minęło 70 lat od śmierci twórcy.

W zasadzie po ustaniu autorskich praw majątkowych każda osoba może z utworu korzystać, a więc także tworzyć jego opracowania. Ważne jest tylko, by nie dochodziło wówczas do naruszania autorskich dóbr osobistych, które trwają wiecznie

Ciekawa sprawa miała miejsce w Hiszpanii. 80-letnia artystka-amatorka miała odnowić zniszczony fresk „Ecce Homo”, który namalował Elias Garcia Martinez. Zamiast odnowić, namalowała na nim własny, nieudolny wizerunek Chrystusa. Teraz ludzie przyjeżdżają do kościoła właśnie ze względu na absurdalną przeróbkę. Ale z punktu widzenia prawa autorskiego to nawet nie opracowanie, ale dzieło inspirowane, zupełnie inny utwór.

Właśnie, to kolejny mit: czy po 70 latach od śmierci autora można robić z jego utworami wszystko?

Nie. W wielu krajach – np. we Włoszech, Francji, Polsce – autorskie dobra osobiste są bezterminowe. Teoretycznie zatem przerabianie utworu bez wskazania ingerencji narusza dobra osobiste dawno zmarłych twórców. Sądy rzadko się tym problemem zajmują, przy czym zauważmy, że po śmierci twórcy jego więź z utworem ulega osłabieniu.

Słyszałem, że na tej podstawie był proces dotyczący wynaturzenia Biblii, chyba w Holandii. Zakazano rozpowszechniania filmu pornograficznego na niej bazującego, argumentując, że to narusza prawo do integralności dzieła.

Na czym to „prawo do integralności” polega?

Generalnie obowiązuje zakaz wprowadzania zmian do utworu bez zgody twórcy. Jeżeli jednak od jego śmierci upłynęło wiele lat, to – moim zdaniem – musimy dbać głównie o to, żeby nie wprowadzać obiorców przerobionego dzieła w błąd co do kształtu dzieła wyjściowego. Jeżeli zatem bardzo przerabiam cudzy utwór, zwłaszcza gdy sprzeciwiam się jego wymowie etycznej lub ideologicznej, to – moim zdaniem – należy o tym wyraźnie informować odbiorcę, tak, by nie miał błędnego wyobrażenia o dziele pierwotnym.

W ramach autorskich dóbr osobistych szczególnie mocno chronione jest prawo do autorstwa, także po śmierci jego twórcy. Jeżeli przypiszę sobie autorstwo utworu dawno zmarłego autora, to popełniam plagiat. Nie mówiąc o tym, że jest to czyn rażąco nieetyczny.

 

Twórczość świętych. Jak o nią dbać?

Podobna zasada obowiązuje w stosunku do Dzienniczka s. Faustyny i innych utworów świętych. 

W zasadzie ochrona majątkowa Dzienniczka wygasła 70 lat po śmierci Faustyny i wszedł wtedy do domeny publicznej. Wokół tego jest duża dyskusja, bo wydawca przekonuje, że posiada prawa autorskie. Działa tak zapewne dlatego, by ochronić dzieło przed manipulacjami w tekście. Wydawca twierdzi, że dokonał takich zmian redakcyjnych w Dzienniczku, że powstało dzieło zależne. Ale obawiam się, że wprowadzone zmiany ograniczyły się do zmian redakcyjnych: poprawa interpunkcji, uzupełnienie słów itd. Takie działanie to czysta redakcja utworu nie uzasadniająca swoistego przedłużenia ochrony.

A działanie musiałoby być twórcze, żeby mówić o utworze zależnym.

Ale jest drugi, większy problem. Mianowicie, art. 8 prawa autorskiego zawiera domniemanie, że autorem jest osoba wskazana na książce jako twórca. Jeżeli wydawca twierdzi, że Dzienniczek jest „utworem zależnym”, to trzeba wskazać na autorów tego opracowania i, co więcej, wykazać, że doszło do stworzenia opracowania przez porównanie „wyjściowego” Dzienniczka s. Faustyny i Dzienniczka aktualnie sprzedawanego. Chodzi o to „dodanie” nowych rezultatów twórczych w rozumieniu prawa autorskiego. Ale wtedy należałoby przyznać, że nie jest rozpowszechniany Dzienniczek autorstwa s. Faustyny, ale utwór stanowiący jego opracowanie. Nie wydaje się, by wydawca chciał tak prezentować Dzienniczek.

Był jeszcze inny, bardzo ciekawy proces w USA i w Niemczech. Autorka, Helen Schucman, profesor psychologii, wydała w USA książkę Kurs cudów. Pisze tam, że treść została jej podyktowana przez Jezusa Chrystusa. W związku z tym powstało pytanie: kto jest autorem? I czy doszło do naruszenia praw autorskich? Sąd w USA stwierdził, że książka jest twórczym zbiorem różnych fragmentów, więc Schucman jest autorką wyboru. Sąd w Niemczech natomiast przyjął, że Schucman jest autorką całości, gdyż nie udowodniono twórczości nadprzyrodzonej. Zauważmy, że gdyby uznać, że autorem jest Jezus, sytuacja byłaby wyjątkowa. Skoro Jezus żyje, byłoby to wieczne prawo autorskie. Nie byłoby powodu, żeby ochrona kiedykolwiek ustała.

Wracając do Dzienniczka – w jaki sposób chronić przekaz świętych?

Możemy chronić integralność utworów. Prawo autorskie przewiduje, że po śmierci twórcy ochrony mogą się domagać osoby bliskie albo właściwe stowarzyszenia twórców. Chociaż w praktyce się to nie zdarza.

 

Udostępniam, bo chcę dobrze! Czy to źle?

Czy mogę udostępnić czyjeś zdjęcie, obraz, tekst – nie dla pieniędzy, ale dla idei? Np. kiedy bardzo chcę pomóc, rozpromować to dzieło?

Nie, nie można tego robić. Przy korzystaniu z cudzego utworu nie jest ważna idea czy szlachetny cel, ale to, czy jesteś do tego upoważniony. Albo dzieło nie podlega ochronie majątkowej, bo minęło 70 lat od śmierci autora, albo masz jego zezwolenie, albo działasz w ramach dozwolonego użytku – np. parodii, cytatu.

Poza tym nie można tego robić, nawet na plakacie czy na Facebooku. Chyba że post na Facebooku jest dostępny tylko dla bliskiej grupy przyjaciół, a nie dla szerokiego kręgu znajomych.

Panie Profesorze, po co powstało prawo autorskie? Ma chronić twórców i uczyć nas wrażliwości na ich twórczość?

Na początku chodziło o to, żeby nikt nie pasożytował na ich twórczości, a z drugiej strony, żeby zagwarantować twórcy nienaruszalność jego dzieła.

Obecnie prawo autorskie zmienia charakter. Coraz bardziej chroni ono nie twórców, a producentów. I wydaje mi się, że ta ochrona jest nadmierna. Nadmierna co do czasu trwania, intensywności ochrony, a także co do zakresu chronionych przedmiotów [przez zbyt liberalne ujmowanie wymogu koniecznego poziomu twórczości – nazywam to autorską ochroną„byle czego” ]. Należy zmieniać to prawo, szukając nowej równowagi pomiędzy interesami twórców a interesem publicznym, dostosowywując je przy tym do potrzeb społeczeństwa informacyjnego, co w uproszczeniu oznacza uwzględnianie potrzeb związanych z internetem i mediami społecznościowymi.

Uważam, że powinno się ograniczać wyłączne prawa twórców na rzecz wprowadzania w to miejsce prawa do stosownego ich wynagrodzenia. A zatem, by każdy mógł eksploatować już rozpowszechnione cudze utwory za odpowiednią opłatą.

To może nie ma co się przejmować i trzeba patrzeć na zasady przez palce?

Zawsze powtarzam regułę, o której mówił mi profesor Stefan Grzybowski, wybitny cywilista, były rektor UJ: „Zanim się zajmiesz interpretacją przepisów, zastanów się, czy oceniany stan faktyczny należy ocenić jako świństwo. A potem się bierz do wykładni”. Ta zasada ma odpowiednie zastosowanie nie tylko przy stosowaniu prawa. Bądźmy po prostu przyzwoici. To już będzie bardzo dobrze.

 

*Prof. dr hab. Ryszard Markiewicz – wykładowca i kierownik Katedry Prawa Własności Intelektualnej Uniwersytetu Jagiellońskiego. Specjalista z zakresu prawa autorskiego, informacyjnego, własności przemysłowej.

Tags:
prawo
Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail

Miliony czytelników z całego świata – a wiele tysięcy z nich to chrześcijanie z Bliskiego Wschodu – szukają na Aletei inspiracji, informacji i nadziei. Prosimy, wesprzyj nawet niewielką kwotą arabską edycję naszego portalu.