Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Aleteia

Okazały czułość. Uratowały płaczącą mamę w ciąży i jej synka

CHILD AT AIRPORT
Shutterstock
Udostępnij

Kobiety na lotnisku utworzyły wokół nich krąg. I wtedy wydarzył się cud.

Zostawmy na boku opowieści o płaczących dzieciach i zirytowanych pasażerach samolotów, które na pewno znamy z Facebooka, i przeczytajmy tę historię. Pointa tych relacji nie musi być negatywna. To, co zdarzyło się ostatnio na zatłoczonym lotnisku, jest niezwykłą historią o czułości.

 

Zdesperowana mama na lotnisku

Na początku lutego Beth Bornstein Dunnington, pisarka, redaktorka i aktorka, czekając na lotnisku w Los Angeles na samolot do Portland, była świadkiem zdarzenia, które być może wielu spośród nas zna z autopsji: zdesperowana ciężarna matka próbowała okiełznać rozszalałego przedszkolaka. Dziecko było w spazmach – leżało na podłodze i wrzeszczało, odmawiając wejścia do samolotu, mama nie umiała sobie z nim poradzić do tego stopnia, że sama leżała obok niego i płakała.

I wtedy zdarzyło się coś cudownego (płaczę, gdy to piszę)… kobiety obecne na lotnisku, było nas chyba sześć albo siedem, nie znałyśmy się wcześniej – podeszłyśmy i otoczyłyśmy ich, klękając wokół. Zaśpiewałam chłopcu piosenkę „The Itsy Bitsy Spider”… jedna z kobiet miała pomarańczę, którą obrała dla niego, inna wyjęła z torebki zabawkę, kolejna dała matce butelkę wody. Któraś jeszcze pomogła jej wyjąć z torebki kubeczek dla małego i dała mu się napić.

 

Niech żyje czułość

Post na Facebooku polubiło ponad 18 tysięcy ludzi – ale to nic w porównaniu do tego, co się wydarzyło, gdy sprawę podjęły „macierzyńskie” blogi, a po nich media głównego nurtu, jak „USA Today”. Opowieść, niczym pożar lasu, zatacza coraz szersze kręgi – i świadczy o tym, jak bardzo dziś „pragniemy czułości”, napisała później Bornstein Dunnington.

Kobiety, i prosty akt czułości wobec innej kobiety i jej dziecka, które potrzebowało pomocy – to chyba trafiło w czuły punkt, bo wszyscy dziś tego tak bardzo potrzebujemy. To nie było żadne bohaterstwo, choć wiele dla mnie wtedy znaczyło… sprawić, żeby mama i jej dziecko znaleźli się w samolocie.

Bornstein Dunnington powiedziała, że najwspanialsze komentarze, jakie otrzymała, były od ludzi, którzy pisali, że zawsze wypatrują tego rodzaju sytuacji w miejscach publicznych, by pośpieszyć z pomocą. Jeśli nie jest to najlepsza wiadomość dnia, nie wiem, co miałoby nią być! Jak bardzo chciałabym, by Bornstein Dunnington i tamte kobiety mogły być przy mnie w podobnych chwilach w sklepie spożywczym, w poczekalni u lekarza, w kolejce na lotnisku… I mam nadzieję, że będę taka jak one, gdziekolwiek pójdę.

Oto cały wpis Beth Bornstein Dunnington:

 

Niezwykła rzecz dzisiaj na LAX [lotnisko w Los Angeles]… (piszę to w samolocie). Byłam przy bramce, czekając na samolot do Portland. Odprawa do dwóch różnych miast odbywała się po obu stronach odprawy do Portland. Maluch, który wyglądał na około półtora roku, miał totalny kryzys, biegał między siedzeniami, wierzgał i krzyczał, a potem położył się na ziemi, odmawiając wejścia na pokład samolotu (który nie leciał do Portland). Jego mama w zaawansowanej ciąży, podróżowała sama z synem, była tym całkowicie przytłoczona… nie mogła go podnieść, uciekał od niej, a potem kładł się na ziemi, wierzgając i wrzeszcząc. Matka usiadła na podłodze i trzymała się rękami za głowę, dziecko dalej szalało, a ona zaczęła płakać. I wtedy wydarzyła się ta wspaniała rzecz (płaczę, gdy to piszę)… kobiety obecne na lotnisku, było nas chyba sześć albo siedem, nie znałyśmy się wcześniej – podeszłyśmy i otoczyłyśmy ich, klękając wokół. Zaśpiewałam chłopcu piosenkę „The Itsy Bitsy Spider”… jedna z kobiet miała pomarańczę, którą obrała dla niego, inna wyjęła z torebki zabawkę, kolejna dała matce butelkę wody. Któraś jeszcze pomogła jej wyjąć z torebki kubeczek dla małego i dała mu się napić. To było wspaniałe, nie umawiałyśmy się i nie znałyśmy się wcześniej, ale udało nam się ich oboje uspokoić i wsiedli do samolotu. Podeszły tylko kobiety. Kiedy przeszli przez bramkę, wróciłyśmy na swoje miejsca i nie rozmawiałyśmy o tym… obce kobiety, które zebrały się, żeby rozwiązać jakiś problem. Pomyślałam, że krąg kobiet z misją może ocalić świat. Nigdy nie zapomnę tej chwili.

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail