Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Prosimy, pomóż nam ocalić w naszych braciach nadzieję. Złóż deklarację
Aleteia

Niewierzący chłopak – nawracać czy nie?

JOLA SZYMAŃSKA
fot. Anna Nycz
Udostępnij

Co zrobić, żeby mój chłopak się nawrócił? Często pytacie mnie o to w wiadomościach, a ja sama też nieraz się nad tym zastanawiałam. Do czasu, kiedy sytuacja obróciła się o 180 stopni.

Kiedy zaczęłam spotykać się z moim mężem, udzielałam wywiadu w radio. Miałam już bloga „Hipster katoliczka” i dziennikarze często pytali mnie, co to znaczy, że „wiara jest slow, eko i vintage”. Tym razem nie chciało mi się powtarzać standardowej odpowiedzi i nieco ją zmodernizowałam. Do tego, że powinniśmy dbać o środowisko naturalne, dodałam, że „eko” jest też metoda naturalnego planowania rodziny. I trochę się przestraszyłam.

– Boże! – pomyślałam. – Spotykam wreszcie rozsądnego, pozytywnego, pełnego energii człowieka i gadam w radio o NPR?! Przecież on ucieknie, gdzie pieprz rośnie!

Szybko zadzwoniłam do Kamila z nieśmiałym pytaniem, jak spodobał mu się wywiad. A on na to: „Rewelacja! Ale super, że powiedziałaś o NPR! To było świetne!”.

I tak właśnie okazało się, że spotykam się z nie tylko praktykującym, ale też wierzącym człowiekiem.

 

Jak nawrócić swojego chłopaka?

Od tamtej chwili wiem jedno: mam szczęście. Ogromne szczęście. Doceniam je, bo wiem, jak to jest być w związku z osobą niewierzącą, „tylko chodzącą do kościoła” albo może i praktykującą i wierzącą, ale zagubioną w samej sobie i tak poranioną, że hej.

Żeby poznać „tego jedynego” przeszłam przez różne sprawdziany. I za każdym razem wydawało mi się, że „powinnam” nawrócić osobę, z którą jestem, bo bez tego nie będziemy szczęśliwi. Bezmyślnie uzależniałam swoje szczęście od emocjonalnego zaangażowania w wiarę drugiej osoby.

I dopiero teraz, w małżeństwie, sama przechodząc przez kryzys wiary u boku człowieka, który wierzy, kocha i ufa Bogu, uczę się, co wiarę daje. A co ją odbiera.

 

Błąd 1: gdzie jest problem?

Mój pierwszy błąd polegał na założeniu, że głównym problemem w związku jest brak lub niewystarczająca wiara drugiej osoby.

Wydawało mi się, że Bóg to bufor i zabezpieczenie relacji międzyludzkich. Jeżeli jest On – o nic nie trzeba się martwić. W końcu „jeżeli Bóg jest na pierwszym miejscu, wszystko inne jest na właściwym miejscu”.

Tylko… czy św. Augustynowi naprawdę chodziło o naiwność? Nie sądzę.

Trzymałam się nadziei, że uzależnienie od rodziców, lenistwo czy brak decyzyjności znikną dzięki nawróceniu, bo… sama bałam się zmiany. Wolałam zmieniać drugiego człowieka, niż dojrzale przyznać, że nie chcę żyć tak, jak on.

 

Błąd 2: chodź ze mną na mszę, bo będę smutna

Błąd numer dwa okazuje się bardzo popularny, bo często o nim piszecie. Polega na bardziej lub mniej delikatnym przymuszaniu drugiej osoby do praktyk religijnych.

Kiedyś wydawało mi się, że wiem, w jaki sposób druga osoba powinna rozpocząć swoje nawrócenie. Zapraszanie na mszę, inicjowanie wspólnej modlitwy (oczywiście takiej, którą sama uznawałam za najlepszą), tłumaczenie religijnych zagadnień – to podstawowy arsenał walki o nawrócenie, który zresztą znany jest nie tylko związkom.

Wymuszanie chodzenia do kościoła („dopóki tu mieszkasz, będziesz chodził do kościoła z nami!”), usilne namawianie, a czasem zmuszanie do spowiedzi i lekki szantażyk z przyjęciem Komunii Świętej w roli głównej („ja nie mogę, to chociaż Ty przyjmij!”) to chyba najsmutniejsze pomysły rodziców na „wzbudzenie wiary” w dzieciach.

Spotkałam się też z mającym ewangelizować rodzinnym seansem filmowym… z reportażami o egzorcyzmach. W razie wątpliwości – nie, to nie pomaga ani w nawróceniu, ani w budowaniu relacji. Strach, groźba, zmuszanie kogokolwiek ani tym bardziej szantaż nie są drogą do Boga. Nawet, jeżeli wydają się nam niewinną sugestią.

 

Błąd 3: powinnam mu pomóc

Niestety, ponieważ czułam się zobligowania do „duchowego poruszenia” drugiego człowieka, czułam się winna, jeżeli cel nie został osiągnięty. Znowu się razem nie pomodliliśmy. Znowu nie czytaliśmy razem Pisma Świętego. Znowu nie pojechaliśmy na rekolekcje. A kto wie, może akurat tym razem wydarzyłby się cud?

Okropnie wykańczający jest ten Bóg. Wymaga od człowieka sprytnego omamienia drugiego i podprowadzenia go na boską wizytację. Ten Bóg wpisuje w swoje exelowskie tabelki wyniki naszych domowych ewangelizacji i porównuje. Ania przekonała chłopaka. Maciek żonę. Teresa dwójkę dzieci, no, z trzecim się nie udało. Ale niech próbuje.

Serio? Taki jest nasz Bóg?

 

Kamilowe recepty

Z różnych przyczyn jestem zmęczona religijnym tłumaczeniem rzeczywistości, szukaniem wszędzie drugiego dna i zwalaniem odpowiedzialności za wszystko na Boga. Jestem też ogromnie wdzięczna mojemu mężowi za to, że to szanuje.

Nie mówi nic, jeśli ziewam, „gdy na procesjach tłumy pobożne idą i krzyczą”. Kiedy nie idę do Komunii, puszcza mi oko. I wiem, że się za mnie modli.

Nie zmusza mnie do wspólnej modlitwy, nie irytuje się, kiedy wzdycham na kiepskim kazaniu albo dla żartu nucę mu „Barkę” ze zmienionym tekstem. A kiedy mi smutno, zamiast spotkać się ze swoją wspólnotą, idzie ze mną do kina.

Wiecie, chociaż o samym Bogu niewiele rozmawiamy, nikt inny nigdy nie powiedział mi o Nim więcej.

 

Popcorn a katolicki lifestyle

No, ale jak w takim razie? Mamy olać niewiarę drugiej osoby i kupić jej popcorn? A dlaczego nie. Chociaż „olanie” zamieniłabym na cierpliwość, tolerancję i wolność.

Podsumowując, mam na to co najmniej dwa argumenty. Po pierwsze, wiara nie gwarantuje zdolności do kochania, a jej brak wcale jej nie wyklucza. Po drugie, jeżeli zależy nam na drugim człowieku, zależy nam też na tym, żeby spotkał prawdziwego Boga, a nie nasz własny pomysł na szczęśliwy, katolicki lifestyle.

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail

Miliony czytelników z całego świata – a wiele tysięcy z nich to chrześcijanie z Bliskiego Wschodu – szukają na Aletei inspiracji, informacji i nadziei. Prosimy, wesprzyj nawet niewielką kwotą arabską edycję naszego portalu.