Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail

Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Aleteia

Depresja – kilka miesięcy jak jeden czarny dzień

DEPRESJA
Shutterstock
Udostępnij

Najgorsze jest to uczucie, kiedy budzisz się rano i tępo patrzysz w sufit. I jesteś przekonana, że wstanie z łóżka to najgorszy pomysł na dziś. Bo po co? Przecież nic nie ma sensu.

Anna Malec: Od kiedy chorujesz na depresję?

Justyna*: Nie lubię mówić, że na nią choruję. Może dlatego, że odkąd się z nią zmagam wiem, że depresja jest trochę jak przewlekły katar, nigdy nie wiesz, kiedy się uaktywni i zwali cię z nóg.

Traktuję ją jak coś, z czym muszę żyć. Jak przykrótką nogę, przez którą trochę kuleję, ale ostatecznie to ode mnie zależy, czy włożę w buta podpiętkę, żeby chodziło mi się wygodniej, czy będę kuleć i narzekać, że wszystko mnie od tego boli. Bo od depresji faktycznie boli wszystko – i ciało, i dusza.

Choć kiedy pierwszy raz mnie „dopadła”, mniej więcej rok temu, to nie wierzyłam, że mogę jeszcze czuć się dobrze. Najgorsze jest to uczucie, kiedy budzisz się rano i tępo patrzysz w sufit. I jesteś przekonana, że wstanie z łóżka to najgorszy pomysł na dziś. Bo po co? Przecież nic nie ma sensu.

Kiedy tak czujesz, i kiedy to jest jak najbardziej realny stan, to trudno uwierzyć, że może być lepiej.

 

Ty w to uwierzyłaś?

Powoli zaczęłam w to wierzyć. Ale to nie jest tak, że możesz się zebrać w sobie i postanowić, że zaczynasz od teraz normalnie żyć. Ja potrzebowałam „przeleżeć” ten najgorszy czas, dopiero potem mogłam zacząć się leczyć.

Wiele osób myśli, że to „dół” na własne życzenie. A to przecież cała gospodarka hormonalna, która wywraca Ci życie do góry nogami. U mnie tak było. Miks chemicznych i psychicznych reakcji. Rollercoaster. Kiedy patrzę na ten czas, to mam wrażenie, że kilka miesięcy zlało mi się w jeden czarny dzień.

 

Masz 31 lat, fajną pracę, ciekawe życie. „Jaka depresja? Ogarnij się, jesteś młoda, dasz radę” – słyszałaś takie rady?

O! Regularnie. Zwłaszcza od rodziców, którzy uważają, że do psychologa chodzą „wariaci”, a depresja to fanaberia.

Teoretycznie wszystko u mnie było dobrze – dostałam pracę, o której marzyłam – prywatne liceum, fajne klasy. Cały czas mam grono dobrych znajomych, bliskich przyjaciół, mam z kim wyjść do kina czy umówić się na wino, podróżuję. Nie mam długów, nie zostałam drastycznie porzucona, nikt z moich bliskich nie zmarł w ostatnim czasie. Niby wszystko gra. Normalne życie.

 

To co się właściwie stało?  

W zasadzie nic. Nic poza tym, że moje życie nie wygląda tak, jak bym chciała. Nie wyszłam za mąż, nie urodziłam dzieci – to coś, za czym najbardziej tęsknię, a co się nie wydarza. Wiem, że wiele osób uważa, że się nad sobą z tego powodu użalam. Trudno.

Nie skonfrontowałam się z tym niespełnionym pragnieniem świadomie, więc gdzieś to we mnie powoli rosło, kamyczek do kamyczka, aż w końcu powstał z tego wielki mur, przez który już nie dałam rady się przebić i który zasłonił mi całą panoramę. I który wreszcie runął i nieźle mnie potłukł.

 

Kiedy się zorientowałaś, że potrzebujesz pomocy?

Kiedy trzeci miesiąc z rzędu nie miałam siły wstawać rano do pracy, zasypiałam na pierwszej lekcji, a w nocy nie mogłam zasnąć. Kiedy po całej kuchni walały się brudne naczynia, a ja piłam herbatę od kilku tygodni w tym samym kubku – po co go myć, przecież nie zasługuję na to, żeby pić w czystym. Nie zasługuję na nic dobrego. Kiedy masz depresję, to takie „refleksje” wzbudzają nawet brudne naczynia.

Przestałam gotować, nie miałam na to siły, poza tym przerastało mnie sprzątanie po obiedzie i sprzątanie w ogóle. Siebie jakoś ogarniałam, bo musiałam chodzić do pracy. Tam zbierałam się w sobie na te kilka godzin, a potem wracałam do domu i rozpadałam się na nowo. I tak dzień za dniem.

 

A gdzie w tym czasie byli Twoi bliscy? Byłaś zupełnie sama?

Mieszkam sama, ale skłamałabym, gdybym powiedziała, że byłam w tym czasie sama. Jeśli tak momentami było, to dlatego, że nie dopuszczałam do siebie innych osób.

Faktycznie nie miałam ochoty na wieczory ze znajomymi. Bo kiedy już wychodziłam i spotykałam szczęśliwych ludzi, to było ze mną jeszcze gorzej. Zdarzało się, że podczas takich spotkań wychodziłam na chwilę na łazienki, bo chciało mi się płakać.

A już nie daj Boże, jak któraś koleżanka się zaręczyła albo zaszła w ciążę. Oczywiście, tak w głębi, tak naprawdę, cieszyłam się z tego, ale w tym momencie to było dla mnie nie do uniesienia. Miałam w sobie tak wielką, bolącą dziurę.

Pamiętam, jak zadzwoniła do mnie przyjaciółka. Powiedziałam jej, że jest źle, a ona postanowiła mi nie odpuścić. Dzwoniła regularnie, wyciągała na spotkania. I nie zadawała zbyt wielu pytań. Po prostu była, a ja czułam, że nie muszę być przy niej kimś innym niż jestem.

 

A terapia? Trudno było zacząć?

Pewnie, że trudno. To moja druga terapia. Myślałam, że mam już „te sprawy” ogarnięte, i trudno mi było przyznać, że nadal potrzebuję pomocy.

Mój terapeuta powiedział mi któregoś razu, że widzi przed sobą dziewczynę, która może być z siebie dumna, a nie jest. I że jest mu przykro, bo widzi, jak jest mi ciężko. Bardzo mnie do dotknęło. Spojrzałam na siebie cudzymi oczami, i było to dobre spojrzenie. Inne niż moje. To bardzo terapeutyczne doświadczenie.

  

Teraz jest lepiej?

Bywa. Jestem w trakcie terapii, raz mam się lepiej, raz gorzej. Uczę się dbać o siebie i być sama dla siebie przyjaciółką. To chyba najtrudniejsze.

Wiem, że depresja to coś, czemu trzeba stawić czoła i nauczyć się z tym faktem żyć. I nie czuć się z tego powodu gorszym, chorym. Wiem, że jestem wrażliwa i łatwiej mi popadać w takie stany. Ale ostatnio polubiłam w sobie tę wrażliwość. Dzięki niej widzę więcej i głębiej, odczuwam intensywniej. Nie tylko trudne emocje, ale też te przyjemne.

Zmieniło się to, że dziś mam nadzieję. A to dla mnie bardzo dużo. Nie da się żyć bez nadziei. W każdym razie – ja nie potrafię.

 

*Imię, na prośbę bohaterki, zostało zmienione. „Justyna” jest nauczycielką historii, mieszka w Warszawie, od roku zmaga się z depresją. Uwielbia podróże, dobre książki – zwłaszcza powieści historyczne, a kiedy tylko może, przesiaduje z przyjaciółkami w kawiarniach i popija pyszną kawę – koniecznie z mlekiem i cynamonem.

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail