Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail
Aleteia

„Kaznodzieja z karabinem”: Chciałbym choć raz nakarmić je wszystkie [wywiad]

SAM CHILDERS
EAST NEWS
Udostępnij
Komentuj

Sam Childers w przeszłości był członkiem gangu motocyklowego, w wieku 15 lat brał już kokainę. Potem zaczął handlować narkotykami, w czasie transakcji groził bronią swoim klientom, wdawał się w bójki. Teraz nosi przy sobie karabin po to, żeby chronić dzieci, które wyrwał z rąk rebeliantów we wschodniej Afryce.

Gdy był jeszcze częścią świata przestępczego, podczas kolejnej awantury w barze zginęło kilku jego znajomych. Wiedział, że to on mógł być na ich miejscu i nie chciał skończyć w ten sposób. W tym czasie żona Sama Childersa przeżyła nawrócenie, a on coraz bardziej zaczął interesować się tak ważnym dla niej Jezusem.

Krótko później całkowicie zmienił swoje życie. Kiedy usłyszał o możliwości pięciotygodniowego wyjazdu misyjnego do Sudanu, postanowił spróbować. Pierwszym, co zobaczył w strefie wojny, było rozerwane przez minę ciałko dziecka. Nie wiedział nawet, czy był to chłopiec czy dziewczynka. Czuł, że po tym z czym się zetknął, nie może już zostawić tamtych ludzi samych.

Mija właśnie dwudziesty rok jego pracy we wschodniej Afryce. Buduje ósmy sierociniec, codziennie karmi dwanaście tysięcy dzieci. Część z tych, którymi się opiekuje to byli dzieci-żołnierze, siłą wcieleni do owianej grozą „Armii bożego oporu”. Historia Sama stała się inspiracją dla filmu „Kaznodzieja z karabinem”. Nam opowiada o tym, jak obecnie wygląda sytuacja w rejonie jego pracy, co okazuje się najtrudniejsze i jakie jest jego największe marzenie.

 

Sam Childers: Dzieci w sierocińcu nazywają mnie tatusiem

Ewa Rejman: Powiedz mi proszę, jak Cię przedstawić. Jako misjonarza, kaznodzieję, kogoś, kto ratuje dzieci? Jak one same się do Ciebie zwracają?

Sam Childers: Rzeczywiście, niektórzy nazywają mnie misjonarzem, inni kaznodzieją albo jeszcze inaczej. To bez znaczenia. Niech ludzie nazywają mnie tak, jak o mnie myślą. Jedni mnie lubią, inni nie, jedni uważają za bohatera, inni za zagrożenie. Dzieci w naszych sierocińcach często nazywają mnie tatusiem.

Co teraz dzieje się w Ugandzie, Etiopii i Sudanie Południowym, czyli tam, gdzie działacie jako „Anioły Afryki Wschodniej”?

W tej chwili w Ugandzie jest bezpiecznie, nazywam ten kraj „mlekiem i miodem płynącym”, nie trwa tam żadna wojna. Można tam pojechać, rozkręcić biznes, cokolwiek. Etiopia oczywiście zmaga się z wieloma problemami, ale wydaje się raczej bezpieczna. Niestety, w Sudanie Południowym sytuacja jest bardzo niestabilna, wciąż trwa tam wojna domowa. Jednego dnia wydaje się, że nastąpiła poprawa, ale kolejnego znowu się cofamy. Musimy być tam bardzo ostrożni.

Co ze słynną, powstałą w północnej Ugandzie, „Armią Bożego Oporu”, która zabiła przynajmniej kilkadziesiąt tysięcy osób, a w jej szeregach walczy wiele dzieci-żołnierzy? Czy nadal jest zagrożeniem?

I tak, i nie. W Ugandzie nie mogą już nic zrobić, ale nadal nękają ludzi na granicy z Sudanem Południowym. Najgorszą sytuację mamy w Kongo, bo tam się przenieśli. Nadal są więc wielkim problemem.

 

Anioły Afryki Wschodniej

Czego dzieci w Twoich sierocińcach potrzebują najbardziej?

Wiesz, sądzę, że musimy wyjść poza naszą zachodnią perspektywę patrzenia. Wydaje nam się, że tamte dzieci potrzebują tego wszystkiego, co nasze. Tyle, że to nie wyszłoby im na dobre. Nie wiem, jak dokładnie wygląda sytuacja w Polsce, ale kiedy spojrzysz na nasze dzieci w Ameryce zauważasz, że pomimo tego wszystkiego, co mają, nie są wdzięczne, są nieszczęśliwe. W Afryce dzieci potrzebują prostych rzeczy – ubrań, dostępu do edukacji, bezpiecznego domu, w którym mogłyby żyć. To właśnie staramy się im dać.

Większość czasu i uwagi poświęcasz Afryce. Nie tęsknisz tak po ludzku za swoją rodziną w USA?

Moja córka ma już dwadzieścia osiem lat, ja jestem dziadkiem wspaniałych wnucząt. Jasne, przyznaję, takie rozstanie dla każdego z nas jest bardzo trudne. Mój brat prowadzi w USA nasz sklep motocyklowy, ale coraz częściej przyjeżdża do mnie do Afryki, więc wiele czasu spędzamy razem.

Winiłeś kiedyś Boga za zło, które dzieje się na Twoich oczach?

Nigdy. Przedstawiono to w ten sposób w filmie „Kaznodzieja z karabinem”, ale nie jest to prawdą. Nigdy w Niego nie zwątpiłem i nigdy nie straciłem wiary w mojego Zbawiciela Jezusa Chrystusa.

Co więc mówisz dziecku, które umiera, bo pociski rozerwały jego ciało?

Musimy pamiętać, że w Piśmie Świętym Bóg nigdy nie daje nam obietnicy, że zabierze z tego świata cierpienie. Tu, na ziemi, zawsze to będzie. On da nam wszystko dopiero, kiedy opuścimy to miejsce. Nigdy więcej łez, nigdy więcej smutku, nigdy więcej bólu.

 

Kaznodzieja z karabinem: Nigdy nie zwątpiłem w Boga

W Afryce rebelianci Cię nienawidzą, zabijają ludzi, których znasz, chcą zabić także Ciebie…

Jeśli naprawdę wierzysz w to, co Bóg mówi w swoim Słowie, wiesz, że czas Boga jest właściwym czasem. Mogę umrzeć w przyszłym tygodniu, w przyszłym roku, w wieku siedemdziesięciu czy osiemdziesięciu lat. Mogę umrzeć z powodu choroby, mogę umrzeć z powodu postrzału. Nie robi mi to specjalnej różnicy. Bardziej martwię się życiem niż umieraniem.

Myślałeś sobie kiedyś „ok, już wystarczy. Wyrobiłem swoją normę, teraz niech ktoś inny jedzie do Afryki się z tym wszystkim męczyć, wracam do Stanów, chcę mieć spokojne życie”?

Czasem jestem zniechęcony i myślę sobie, że może nadszedł już czas, żeby to wszystko zostawić. Ale tak naprawdę wiem, że nigdy tego nie zrobię. Tak długo, jak będę mógł chodzić, mówić, oddychać będę kontynuował to, co robię.

Jakie jest Twoje największe marzenie?

Widzisz, kiedy mówię, że każdego dnia wydajemy dwanaście tysięcy posiłków, ludzie bardzo się tym ekscytują. Ale nie widzą twarzy tych, których codziennie musimy odsyłać. Staram się cały czas zbierać środki finansowe, zbierać więcej i więcej. Gdybym choć raz mógł nakarmić ich wszystkich…

Jeśli nie widzisz wideo kliknij TUTAJ

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail