Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail
Aleteia

Ks. Marek Muzyka: Jestem z odzysku. Pan Bóg kocha nawet chuliganów

KSIĄDZ MAREK MUZYKA
Udostępnij
Komentuj

Jestem jak pusta puszka po coli – wrzuca się ją do śmietnika, w którym są też inne puszki i z tego robi się coś zupełnie nowego, tworzy się nową jakość. Jestem z odzysku. Pan Bóg kocha nawet chuliganów – tak o sobie mówię.

Anna Malec: Gdybym Cię spotkała na ulicy, w życiu nie pomyślałabym, że jesteś księdzem. Bojówki, bluza z kapturem, ogolona głowa – raczej pomyślałabym, że jesteś „kolesiem z osiedla”. Jak to się stało, że zostałeś księdzem?

Ks. Marek Muzyka*: Jakimś Bożym cudem… Zresztą, uważam, że bycie księdzem jest jak aplikacja na telefon. Najpierw musi być telefon, potem wgrany system, na nim dopiero można instalować aplikacje.

U podstaw chrześcijaństwa leży człowieczeństwo, a u podstaw powołania leży chrześcijaństwo – tak mówi jeden z dokumentów Kościoła.

Nie można wykluczyć któregoś z tych elementów, bo nam się ta budowla rozpadnie. Ja musiałem bardzo nadrabiać swoje człowieczeństwo i chrześcijaństwo – idąc do seminarium, nie miałem żadnej wiedzy o Kościele.

 

I postanowiłeś zostać księdzem, nie wiedząc nic o Kościele?

Tak. Wtedy wiedziałem tyle, że Bóg jest. To mi wystarczyło. Resztę uzupełniłem w międzyczasie.

A wcześniej… Zawsze miałem pociąg do ludzi pobożnych, choć sam taki nie byłem. Czasami chodziłem do kościoła, nawet byłem ministrantem, ale byłem nim tylko cieleśnie, nie umysłowo czy duchowo. Stałem przy ołtarzu i patrzyłem, co ludzie robią, czy fajne dziewczyny idą do komunii. Kiedyś podpaliłem kwiatki na ołtarzu, żeby sprawdzić, czy są prawdziwe…

Pamiętam, jak chodziłem na roraty akademickie – wszyscy ludzie byli tam tacy radośni, a ja nie miałem odwagi wejść do środka. Stałem w krużgankach, patrzyłem na nich i mówiłem – ja jestem inny, nie umiem tak jak oni.

Kilka razy próbowałem księdzem nie być – uciekałem od tej myśli. Myślałem, że będę pracował w Monarze, zawsze chciałem być tam, gdzie są sfery krytyczne, gdzie ludzie potrzebują podstaw, tak jak ja. Podobne przyciąga podobne.

Dzisiaj widzę, że trochę w tej strefie krytycznej są młodzi ludzie. Dlatego wraz z innymi przyjaciółmi robimy dla nich przestrzeń zwaną „Tratwa”. Im teraz towarzyszę.

 

Co to znaczy, że musiałeś nadrabiać swoje człowieczeństwo?

Zostałem wychowany w rodzinie religijnej, ale nigdy tak naprawdę do mnie nie docierało, że Bóg może jakkolwiek kochać człowieka, tak za free, za darmo.

Stwierdziłem w pewnym momencie, że chcę sam kierować swoim życiem i robić to, co mi się chce. Chciałem zalać w ten sposób moją pustkę i rozdarcie. I zaczęło się życie. Miałem konkretne stany wewnętrznej pustki, nie dlatego, że byłem zahukany, ale mój styl życia mocno mnie zniszczył… Moja ciemna strona życia mnie przerosła. Na studiach jeszcze się to pogłębiło.

Były takie sytuacje, kiedy już sam siebie miałem dosyć. 13 razy chcieli mnie wyrzucić ze szkoły – pierwszy raz był po 2 tygodniach, kiedy oblałem nauczycielkę kawą. Nie wiedziałem, co ze sobą zrobić, pytałem – czemu ja zawsze wszystko muszę zepsuć? Taki fatalizm życiowy.

Poszedłem wtedy do kościoła i chyba pierwszy raz w życiu świadomie i szczerze się modliłem, a właściwie to ryczałem jak wół. Mówiłem, że mam dosyć swojego życia, że go nie akceptuję, że sam nie mogę ze sobą wytrzymać, a co dopiero ci wszyscy ludzie wokół. Było we mnie kompletne dno. Wyszedłem, otarłem łzy i… właściwie nic się nie zmieniło.

Ale od tego momentu, za każdym razem, kiedy coś się działo, kiedy miałem dość siebie albo siebie i innych, to po prostu się modliłem – na schodach w akademiku, w dyskotece, wszędzie.

 

Ale nawróciłeś się podobno dopiero w… ciężarówce!

Tak! Chodziłem na pielgrzymki – to była dla mnie fajna impreza dla długodystansowców. Spotkałem tam pewnego księdza, zwykłego, przeciętnego, nie jakiegoś showmana. Podszedłem do niego i powiedziałem, że nie będę się spowiadał, bo nie wierzę w spowiedź, ale porozmawiam z nim.

Opowiedziałem mu, jak wygląda moje życie, jak bardzo siebie nie lubię, jak nie lubię ludzi, jak bardzo ich nie rozumiem. A on poklepał mnie po ramieniu i powiedział, że Bóg ma nadzieję, że moje życie dalej tak wyglądać nie będzie. Zły byłem jak nigdy! Liczyłem na coś więcej.

Ale wtedy, po raz pierwszy usłyszałem, że ktoś ma na mnie nadzieję… Wracałem z tej pielgrzymki stopem, ciężarówką, na plandece. Wszyscy spali. Było ciemno, do środka wpadała tylko jedna strużka światła. Siedziałem na plecaku, patrzyłem w to światło, i wtedy tak pierwszy raz w życiu, do pełna, poczułem się kochany.

Pierwszy raz w moim życiu zapanowała cisza, trudno to wyjaśnić. Żadnych wyrzutów, że żyję źle, że muszę się zmienić, tylko totalna miłość. Jakby świat nie istniał. Wtedy Bóg jakby otworzył moje wewnętrzne uszy, coś, co pozwala złapać Jego obecność. Dla człowieka bez nadziei i pełnego napięcia, smutku, żalu to jest jak świt w środku nocy. Takie moje przejście, moja prywatna Pascha.

Wcześniej nie doświadczałem miłości, akceptacji, a teraz czułem się najbardziej kochany na świecie. W końcu zacząłem się uśmiechać. Doświadczenie tego, że Bóg jest naprawdę osobą i jest blisko – to zmienia wszystko. Wiedziałem, że mam dla Niego wartość, cenę i jestem mega mocno kochany.

W tym całym bagnie mojego życia, w doświadczaniu i próbowaniu, co jest dobre a co złe, które mnie strasznie poraniło i wyczerpało na maksa, wiedziałem, że jest ktoś, kto ma plan.

Wróciłem do akademika i było dla mnie jasne, że muszę mówić o tym doświadczeniu, że ludzie muszą się o tej miłości dowiedzieć. Dlatego mówię, że kapłaństwo to jest nakładka, aplikacja, sposób, w jaki chcę mówić o Bogu.

 

Od czego się odbiłeś?

Od wszystkiego. Myślę, że nie było bagna, w które choć po części bym nie wdepnął. Choć też nie wszystko się zmieniło, nadal jestem np. złośliwy.

Wiem, że podkładem wszystkich grzechów jest egoizm. Moim największym dramatem było wewnętrzne rozdarcie – sposób, w jaki żyję i w jaki chciałbym żyć. Chciałem być dobrym człowiekiem, a nim nie byłem.

Pamiętam, jak sprzedawałem płyty, które dostałem od mojego ojca, żeby mieć na imprezę. A potem przychodziłem do dziewczyny, której je sprzedałem, żeby móc ich słuchać. Raz sprzedałem czarną płytę Boba Marleya, pamiętam to do dzisiaj.

Nosiłem na szyi szubienicę, bo uważałem się za straceńca. Na tej pielgrzymce, z której wracałem ciężarówką, kiedy wszyscy na Jasnej Górze oddawali Matce Bożej różańce, ja wtedy zdjąłem i oddałem tę szubienicę. Chciałem być wolny.

 

To jest historia o tym, jak zapierać się siebie.

Wciąż czuję się bardzo słaby. Jadę na miłosierdziu. Patrzę na swoją niewystarczalność i wiem, że tylko Bóg daje radę. To nie jest tak, że my wchodzimy na jakieś nasze K2. To Bóg za każdym razem na nie wchodzi. On jest takim bokserem, który ma w zanadrzu zawsze jakąś dobrą walkę, nie rzuca białego ręcznika, tylko walczy.

Bóg dał mi dobrych ludzi, którzy dają mi szansę nadrobić chrześcijaństwo i człowieczeństwo. Jak wrócił syn marnotrawny, to było święto, jak niedziela, ale od poniedziałku do roboty, trzeba odrobić to, co zostało stracone.

Jak przyszedłem do seminarium, to było trzeba nadrabiać. Mój Rektor to widział i wysłał mnie do domu Bożego Narodzenia do niewidomych – tam zacząłem lekcję pod tytułem „jak być człowiekiem”. Mój promotor i moi ojcowie duchowni udzielali mi prywatnych lekcji ewangelii. Wielu dobrych ludzi wokół mnie się nabiegało i naprawdę jestem im za to mega wdzięczny.

Ja nie robię niczego szczególnego – pracuję, jak każdy inny ksiądz. Tylko staram się nie popsuć Panu Bogu roboty.

Mówię, że jestem jak kiepski biszkopt – tort jest idealny ze względu na krem, a nie ze względu na biszkopt – on jest tylko po to, żeby na nim Cukiernik mógł położyć tę dobrą masę. To tylko podkład, na którym Pan Bóg może zrobić resztę.

Albo jak pusta puszka po coli – ją się wrzuca do śmietnika, w którym są też inne puszki i z tego robi się coś zupełnie nowego, tworzy się nową jakość. Jestem z odzysku.

Ostatecznie nie jest ważne to, jaki śmietnik opuściłeś. Najważniejszy jest punkt, w którym Pan Bóg ingeruje w twoje życie namacalnie. Nawet nie jest najważniejsza ta historia w Twoich oczach. Działanie Boga jest najważniejsze. On potrafi wszystko naprawić i nadać sens.

To nie jest tak, że ja się nie doceniam. Nie o to chodzi. Ale mam świadomość, że nie mam nic, czego bym nie otrzymał od Niego i Jego ludzi. I sam też uczę się dawać, być Jego człowiekiem. Bo naprawdę jest tak, że od własnej historii o wiele piękniej jest towarzyszyć komuś w jego historii. Wtedy jest takie wewnętrzne yes, yes, yes!

 

Lubisz być księdzem?

Lubię. Choć były takie momenty i jeszcze pewnie będą, kiedy mi się nie chce, kiedy poszedłbym gdzieś indziej. Ale wtedy sobie uświadamiam, że po tygodniu bym wrócił – wyspałbym się, odpoczął i wrócił, bo warto.

Pan Bóg kocha nawet chuliganów, rojbrów – tak sobie mówię.

Poza tym, wcale nie zawsze mam bluzę z kapturem i bojówki, często też mam marynarkę albo garnitur.

 

*Ks. Marek Muzyka – urodzony w Jarocinie, ksiądz diecezji kaliskiej, wikariusz w diecezjalnym sanktuarium św. Idziego w Mikorzynie. Pomysłodawca społeczności dla młodzieży i jeden z założycieli Stowarzyszenia Tratwa. Organizator „Tratwa festiwal”. Wieloletni ewangelizator na Przystanku Jezus.  

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail