Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail
Aleteia

Moje dziecko dało mi lekcję pokory. Czyż Bóg nie jest subtelny, a zarazem wymagający?

OJCIEC Z CÓRKĄ
Shutterstock
Udostępnij
Komentuj

Tym jednym zdaniem moja 3-letnia córka dotknęła trzech przestrzeni duchowych, w których zobaczyłem pole do pracy nad sobą…

Jemy z moją niespełna 3-letnią córką kolację – ja jak zwykle starannie przygotowane kanapki, moja córka swój ulubiony jogurt z czekoladowymi kulkami. Widzę, jak mała towarzyszka posiłku przypatruje mi się uważnie i nagle słyszę odkrywcze stwierdzenie: „Tatusiu, jak dorośniesz i będziesz taki mały, jak ja, też będziesz jadł taki jogurcik z kuleczkami!”.

 

Dorosnąć do poziomu dziecka

W pierwszej chwili wybuchłem śmiechem, ale kiedy opowiadałem godzinę później tę sytuację mojej żonie, nie uważałem już tego zdania jedynie za efekt pokrętnej dziecięcej logiki, ale przede wszystkim za poważny materiał do autorefleksji i konkretne wezwanie, które bije z Ewangelii i jest ciągle aktualne: „Zapewniam Was: Jeśli się nie zmienicie i nie staniecie jak dzieci, nie wejdziecie do królestwa niebieskiego” (Mt 18, 3).

Żeby stać się jak dziecko, trzeba do tego dorosnąć. Moja mała domorosła katechetka powiedziała mi to bez cienia pychy, mogącej się pojawić u kogoś, kto ma aspiracje, by świecić przykładem. Ona takich aspiracji nie ma. Nie przejdzie jej to nawet przez myśl. Po prostu jest dzieckiem.

By takim się stać, muszę wyrosnąć z iluzji samowystarczalności. Muszę dać sobie spokój z karmieniem pychy, uważaniem siebie za tytana wiary, modlitwy, prac domowych czy efektywności w pracy.

 

Być wpatrzonym w Ojca

Muszę w ogóle odwrócić wzrok od siebie i skierować go zdecydowanie na Kogoś większego. Tak jak moje dziecko, które mówiąc mi wspomniane zdanie, najpierw wnikliwie mi się przyjrzało, a w codzienności przecież wpatrzone jest w ojca cały czas.

Ja też muszę być wpatrzony w Ojca. Mogę rozważać Słowo Boże, modlić się, być codziennie na Eucharystii i ciągle być wpatrzonym w siebie, a nie w Boga. Mogę jak ten faryzeusz z przypowieści (Łk 18, 9-14), zachwycać się swoją pobożnością i rekompensować sobie w ten sposób jakieś wewnętrzne braki. Robię wtedy z Pana Boga narzędzie, by się pocieszyć, zbudować swoją wartość. Tak, jakby Bóg samodzielnie nie był w stanie pokazać mi mojej wartości, potwierdzić jej.

A dziecko? Ono nie ma wątpliwości, że tatuś potrafi. Dziecko wie, że tata je poprowadzi, wytłumaczy, potwierdzi tożsamość. Szuka tego. A ja próbuję być wobec Taty samowystarczalny. Po co?

 

Sam też mam upominać

To była też lekcja pokory w upominaniu. To było delikatne, radosne, pełne dziecięcej miłości stwierdzenie, które absolutnie mnie nie zblokowało, nie sprowadziło do parteru, tylko zainspirowało. Myślę, że to bardzo ważne bym był właśnie takim, gdy kogoś upominam czy komuś coś radzę – pełnym miłości.

Dzieci w swoim, czasami nieświadomym upominaniu, mają jeszcze jedną bardzo ważną cechę. One same są ciągle otwarte na upominanie ze strony dorosłych. Znowuż – jeśli tylko jest to upomnienie z miłością. Tego nie wolno mi zgubić.

Sam muszę być otwarty na upomnienie jeśli chcę tym samym służyć innym. Nie mogę się uważać za alfę i omegę, zwłaszcza wobec bliskich.

 

„Jogurcik” też ma znaczenie

Po czasie stwierdziłem, że Pan Bóg posłużył się moim dzieckiem, by powiedzieć mi jeszcze jedną, pozornie prozaiczną, ale jednak bardzo ważną rzecz: zbyt dużą wagę przywiązujesz, kolego, do jedzenia.

Rzeczywiście, gdybym „dorósł i był taki mały jak moja córka”, nie potrzebowałbym na kolację wychuchanych i obfitujących w składniki kanapek tylko wystarczyłby mi „jogurcik”. Nie chcę powiedzieć, że ładnie wyglądająca i obfita kolacja to grzech. Chodzi tu o moją osobistą postawę serca i zwyczajny brak umiaru w tamtej konkretnej sytuacji.

Zatem jednym zdaniem małe dziecko dotknęło trzech przestrzeni, w których zobaczyłem pole do pracy nad sobą. Czyż Bóg nie jest subtelny, a zarazem wymagający?

 

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail