Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail
Aleteia

Moja (niereligijna) metoda na odzyskanie wiary i nadziei

JOLA SZYMAŃSKA
fot. Anna Nycz
Udostępnij
Komentuj

Z kazaniami jest tak, że czasem lepiej ich nie słuchać.

Czasem lepiej przyczaić się w kącie, zwinąć w kłębek i chwycić się mocno choćby najcieńszej nitki z nadzieją na sens naszego siedzenia w ławce. Choć u mnie takimi nitkami są ostatnio dziwne rzeczy.

 

Nitka pierwsza

Ogłuszona naszymi polskimi dyskusjami pro, anty, za i przeciw (a nie mam tu na myśli wyłącznie czarnego protestu), trafiłam na dokument o sekcie indyjskiego guru – Bhagwana, który w latach 80. wraz ze swoimi wyznawcami osiedlił się w Oregonie, w Stanach. Całą grupą kupili ogromny kawał ziemi i wybudowali miasto.

Guru przyciągał głównie zachodnich intelektualistów, spragnionych wewnętrznej równowagi i wypatrujących sensu życia. Prawnicy, artyści, lekarze, biznesmeni zmęczeni religijnymi walkami trafili na oczytanego, indyjskiego nauczyciela medytacji i pomyśleli: „Nareszcie! Wszystkie religie kojarzą nam się z walką. A on mówi o miłości!”.

Mówił o niej na tyle wymownie, że Oregon (i całe USA, sprawa otarła się o Biały Dom) do dziś z przerażeniem wspomina orgie, zatrucia, groźby, próby zabójstw, przemoc i oszustwa imigracyjne sekty.

 

Nitka druga

Żeby tego było mało, zaraz po sześciu trzymających w napięciu do ostatniej minuty odcinkach, trafiłam na dokument o chasydach z Nowego Jorku. To najbardziej tradycjonalistyczna grupa Żydów, która nie kształci dzieci, żeby nie potrafiły sobie poradzić poza wspólnotą.

Przemoc domowa, wykluczenie ze społeczności w razie zgłoszenia tego policji, zakaz posiadania w domu łącza internetowego („Internet to zło!”, „Widziałem 11-letnie dziecko z telefonem w ręce! To niedopuszczalne!” – krzyczy i przestrzega rabin, zdradzający jakieś duchowe pokrewieństwo z ks. Natankiem) – to codzienność chasydów, o których opowiada reportaż.

Z tej perspektywy polskokatolickie frustracje i wojenki to kulturalna, empatyczna i merytoryczna wymiana zdań, popijana kawą z mlekiem i przegryzana owsianym ciastkiem.

 

Kilkadziesiąt stopni

Obie historie obróciły moją perspektywę o co najmniej kilkadziesiąt stopni. Czyli jednak moje romantyczne pytania o sens i równowagę oraz stan faktyczny (walka niewierzących, wierzących, wierzących tak, wierzących inaczej, zastanawiających się i niezdecydowanych) mają jakiś szerszy, psychologiczno-socjologiczny background?

To by znaczyło, że nie zwariowaliśmy. Ja nie zwariowałam. Że chrześcijaństwo jest spójne, nauka Kościoła ma sens, tylko w realu nie zawsze dobrze nam wychodzi. Ale – patrząc na inne wspólnoty – nie jest źle. I w sumie trudno, żeby było inaczej. Muszę to tylko na spokojnie zaobserwować, zaakceptować i już tak bardzo nie przeżywać. Tak?

Prawie się uspokoiłam. I wtedy właśnie puściłam nitki.

 

Nie-poważne pytanie

Ksiądz stał na ambonie i wydawał się całkiem życzliwy. Powiedział, że widział w parku zakochanych nastolatków. „Całowali i miziali się” na ławce. Patrzyli sobie w oczy. Trzymali się za ręce. Pomyślał wtedy, dlaczego my nie jesteśmy tak zakochani w Jezusie?

I zadał nam to pytanie zupełnie poważnie.

 

Alarm w parafii

Mój wewnętrzny detektor ładu i składu zapalił się przy guzikach: „biologia” i „psychologia”. Zawył alarm. „Kazań czasem lepiej nie słuchać” – przypomniałam sobie własną myśl. – „Lepiej skupić uwagę na nadziei w sens. W sens mojej niedzielnej obecności w czwartej ławce”.

Przychodzę, żeby uwierzyć i zrozumieć, dlaczego tu jestem. Żeby dowiedzieć się, że warto. Pobyć i nauczyć się obecności, trwania, tolerancji wobec siebie i innych.

Żeby zacząć akceptować fakt, że każdy jeden wierny to osobny i inny głos Kościoła. Że w tej rodzinie zawsze będę dziwakiem, tak jak każdy jest tu dziwakiem. Że to nie komuna jednolitej myśli społeczno-kulturalnej, ale atomowa bomba emocji. I chociaż na razie rozumiem to w teorii, to chcę kiedyś wdrożyć się w praktykę.

 

To poetycko skomplikowane

Wiem, że kazanie to tylko kazanie. Ale czasem to kazanie. Bo kiedy ktoś na poważnie porównuje zakochanie do relacji z Bogiem, mizianie się do modlitwy, a całowanie chłopaka w parku do adoracji Najświętszego Sakramentu, zaczynasz się zastanawiać, czy ten poziom poetyckiej abstrakcji cię nie przerasta.

Szczególnie, kiedy mija się ona z podstawowymi pytaniami, jakie rodzą się w obserwującej świat głowie.

Ale kto wie, może to dobrze, że dokumenty na Netflixie okazują się wsparciem w dojrzewaniu do wiary w Kościół. I w jego sprawdzoną logikę. W końcu niezbadane są wyroki Boskie.

*Reportaże, o których wspominam to „Bardzo dziki kraj” i „Jedni z nas”, prod. Netflix.

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail