Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail
Aleteia

Jak wyrzuciłam z domu cukier? I co wyszło z tego eksperymentu…

BEZ CUKRU
Shutterstock
Udostępnij

Opróżniłam kuchenne półki z cukru. Bez litości. Czytam etykiety wszystkich produktów. Efekty? Po trzech miesiącach widać gołym okiem. Ale nie chodzi o „kwestie wizualne”. Jest po prostu zdrowo!

„Słodziutki. Biografia cukru” – to lektura, która całkowicie odmieniła moje spojrzenie na dietę. Ba, na całą filozofię jedzenia. Oczywiście, to nie wydarzyło się z dnia na dzień. Był to proces, który dojrzewał we mnie od dawna, a szczególnie od momentu, kiedy zaszłam w ciążę, a potem urodziłam synka i zaczęłam baczniej przyglądać się etykietom produktów, które lądują na naszym stole.

Ale po „Słodziutkim” w naszym domu dokonała się istna rewolucja. Wyrzuciliśmy z niego cukier. Całkowicie. Chcecie się dowiedzieć, co wyszło z tego eksperymentu?

 

Czekolada? Nie jest Ci potrzebna do szczęścia!

Cukier jest wszędzie – nie tylko w takich „oczywistych” produktach, jak jogurty, soczki, dżemy, ale też w zupie pomidorowej (z puszki czy słoika), kabanosach czy musztardzie. Występuje pod 56 nazwami. A więc skoro i tak dostarczamy organizmowi (i to w ogromnym nadmiarze, jak pokazują wszelkie raporty), to po co go sobie jeszcze dokładać w postaci ciast i innych słodkości?

Odkąd mam więc dziecko, mojemu kucharzeniu przewodzi zasada – zdrowo i jak najmniej cukru. To wcale nie wymaga nie wiadomo jak wielkich poświęceń czy czasu! Jako zadeklarowana feministka (tak, tak!) spędzam w kuchni nie więcej niż 2 czy maksymalnie 3 kwadranse. Ale żeby samemu zrobić dziecku jogurt owocowy, wystarczy może 90 sekund (czyli wrzucenie owoców z jogurtem naturalnym do blendera). Ciasto – może kilka minut więcej: zmiksowanie banana, marchewki, miodu, dorzucenie mąki orkiszowej czy razowej, doprawienie cynamonem i piecze się samo. W efekcie, pod ręką mamy „coś”, jeśli nachodzi nas ochota, ale w zdrowej wersji, bez cukru, jajek, zwierzęcego tłuszczu czy białej mąki.

Po lekturze „Słodziutkiego” czekolada już nigdy nie będzie smakowała Wam tak samo. Ba, już nawet nie będziecie chcieli po nią sięgać! I to najświętsza prawda. Mnie widok słodkości na półkach w sklepie już nie rusza. Nawet widok (i zapach!) roztaczający się wokół męża, któremu zdarza się czasem wcinać coś słodkiego w moim towarzystwie (jeszcze nieco opiera się reformom, ale to kwestia czasu;)), nie robi specjalnej różnicy – potrafię powiedzieć „dzięki” i nie czuję z tego powodu najmniejszego żalu.

 

Domowa reforma bezcukrowa

Całkowicie wyrzuciłam z kuchennych półek cukier (i zaczęłam uważnie czytać etykiety kupowanych produktów), bo po prostu od dawna chodziło mi to po głowie. Staram się jeść zdrowo, ale po lekturze „Słodziutkiego” postanowiłam jeszcze uważniej przyjrzeć się zawartości naszej lodówki. Efekty? Korzyści po trzech miesiącach eksperymentu widać gołym okiem. I nie chodzi nawet o te 10 kilogramów na liczniku mniej i oczywiste efekty wizualne.

W ogóle nie brałam tego pod uwagę wprowadzając domową reformę bezcukrową. Motywem było zdrowie i… jest zdrowiej! Po zmianie lepiej sypiam, rano budzę się z energią, nie mam zachcianek, zdecydowanie poprawiła się kondycja mojej skóry, włosów i paznokci, nie wspominając już o wynikach badań.

A moje dziecko? Synek żyje na tym łez padole ponad dwa lata. W tym czasie czekolady (gorzkiej, 70 proc.) spróbował dwa razy. Polizał kostkę i ze zdzwioną miną odłożył. Cukier nie jest mu do niczego potrzebny. Wystarczalną ilość słodyczy zapewniają mu owoce czy – sporadycznie – moje wypieki (co do których składu mam 100 proc. pewności, z dobrych składników, w których cukier zastąpiony jest takimi naturalnymi zamiennikami, jak np. miód). Katowanie dzieci? Odbieranie im radości z dzieciństwa? Hm… nie sądzę. Raczej dbanie o ich zdrowie i inwestycja na przyszłość.

 

Ciąża i dzieciństwo – bez cukru!

Z tego powodu nie zrozumiem nigdy rodziców, którzy pozwalają dzieciom na jedzenie kupowanych w sklepie słodyczy. Bo to cukier w czystej postaci. Jakby postawić im kilogramową torbę białego kryształu i dać łyżkę. Przecież nasze dzieci i tak dostają ten cukier – w bułkach, parówkach czy zupie pomidorowej ze sklepu. Jednym słowem – w ogromnej większości gotowych dań czy produktów wysoko przetworzonych.

Jeśli korzystamy, nawet sporadycznie, z gotowych potraw albo półproduktów (a na pewno korzystamy, bo nie znam ludzi, którzy sami robią WSZYSTKO od podstaw), to dzieci i tak zjadają cukier, więc po co im go dokładać w postaci takich śmieci, jak płatki śniadaniowe, ciastka czy jogurty?

Podobnie jest, jeśli chodzi o okres ciąży. Nadal pokutuje przekonanie, że to wyjątkowy czas, a ciężarna ma jeść za dwoje, a co za tym idzie – dogadzać sobie bez umiaru. Rozumiem, że ciąża to wyjątkowy czas, ale ta wyjątkowość nie polega na tym, że przez 9 miesięcy można bezkarnie się obżerać, zwłaszcza śmieciami. Opowieści o śledziach zagryzanych Nutellą można włożyć między bajki. Podobnie jak przekonanie, że słodycze to integralny element dzieciństwa (o tym, jak szkodliwy jest nadmiar cukru w ciąży możesz przeczytać TUTAJ).

 

„Radość” po zjedzeniu cukierka nie trwa długo

Nie chodzi oczywiście o to, żeby demonizować cukier, a łasuchów (i rodziców, którzy dają dzieciom batoniki) odżegnywać od czci i wiary. Każdy jest panem swojego ciała i tego, czym je karmi. Prawdą jednak jest, że jesteś tym, co jesz. A ja zdecydowanie wolę być sałatką z komosy ryżowej i jarmużu, niż Prince Polo.

Dla niektórych słodycze to forma pocieszenia, coś na dobry nastrój, nagroda. To chyba najgorsze, co można zrobić, bo „radość” po zjedzeniu cukierka trwa chwilę i potrzebujesz kolejnego i kolejnego (a biznes się kręci). Zdecydowanie wolę „pocieszacze”, które nie kończą się cukrzycą, miażdżycą, zawałem, otyłością… (jak np. nowa książka czy kwiaty).

Warto też rzucić okiem na ten film:

Jeśli nie widzisz wideo kliknij TUTAJ

Tags:
dieta
Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail