Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail
Aleteia

Miałem lecieć do Smoleńska TYM samolotem. Dziś wracam do wstrząsających zdjęć z Katynia

KATASTROFA SMOLEŃSKA
fot. Krzysztof Stępkowski
Udostępnij
Komentuj

Kiedy patrzę na te zdjęcia z perspektywy ośmiu lat, to największe wrażenie nadal robią na mnie kadry pokazujące puste krzesła, na których mieli zasiąść nasi szefowie, przyjaciele, bliscy – nikt tych krzeseł nie ośmielił się zająć.

Miałem lecieć do Katynia TYM samolotem. Ale niepewny, choć miły głos pani z Kancelarii Prezydenta poinformował mnie, że ostatecznie nie będę mógł towarzyszyć delegacji i mojemu szefowi bp. Tadeuszowi Płoskiemu. Zarezerwowano mi za to miejsce w pociągu, gdzie wraz z kilkuset osobami, m.in. żołnierzami Batalionu Reprezentacyjnego, wyruszyliśmy w trwającą od piątku rano do niedzieli podróż. Nie ma co ukrywać – wtedy byłem bardzo zawiedziony…

 

Na cmentarzu w Katyniu

Na dworcu w Smoleńsku zameldowaliśmy się w sobotę, 10 kwietnia bardzo wcześnie rano. Przydzielono nam miejsca w autobusach, które zawiozły nas do Katynia. Mieliśmy okazję oglądać budzące się ze snu miasteczko i zwiedzić wybudowany przed wejściem na teren cmentarza Memoriał, w którym znajdują się pamiątki odnalezione w lesie katyńskim, a także zdjęcia z poprzednich uroczystości i wizyt. Żołnierze z zainteresowaniem odszukiwali na fotografiach swoich kolegów z Batalionu i oglądali ekspozycję.

Do Katynia jechałem wraz z dobrym kolegą, fotografem Dowództwa Garnizonu Warszawa. Obaj byliśmy na Polskim Cmentarzu Wojennym w Katyniu po raz pierwszy, obaj też szukaliśmy kadrów, które przydadzą się po powrocie do kraju jako ilustracje artykułów, kalendarzy etc. Stąd np. wśród zdjęć, które zachowałem, wiele przedstawia żołnierzy spacerujących wzdłuż tabliczek z nazwiskami zamordowanych oficerów czy rodziny poszukujące miejsc pamięci swoich bliskich.

Coraz więcej autokarów dowoziło kolejne grupy przedstawicieli środowisk katyńskich i zaproszonych gości, „telewizory” rozstawiały sprzęt i poprawiały światła. Wraz z kolegą staliśmy bardzo blisko ołtarza, jeden z oficerów poprosił, żebyśmy zajęli dwa rezerwowe miejsca na wypadek, gdyby kogoś nie uwzględniono, a trzeba było go usadzić w miarę blisko czoła delegacji. Staliśmy tak przez kilkanaście minut. Zrobiliśmy sobie pamiątkowe zdjęcia na tle przygotowywanego do mszy świętej ołtarza i czekaliśmy.

 

Katastrofa samolotu

Najpierw zaczęły do nas docierać informacje, że uroczystość trochę się opóźni. Zastanawialiśmy się, co może być tego powodem. W pewnym momencie w lesie coraz bardziej natarczywie zaczęły odzywać się dźwięki telefonów komórkowych. Jeden po drugim.

Ludzie odchodzili na bok prowadzić rozmowy, niektórzy część słów wymawiali głośniej, by za moment – zorientowawszy się, że stojący obok wszystko słyszą – ściszać głos. Dawało się odczuć jakiś niepokój.

Usłyszałem, że ktoś powiedział, że był problem z samolotem z dziennikarzami, następnie odezwała się moja komórka – mój nieżyjący już ojciec też słyszał, że prawdopodobnie rozbił się samolot z dziennikarzami i pytał, czy coś o tym wiem. Odpowiedziałem, że jest poruszenie, ale że nikt nic na ten temat nie mówił.

Przybliżyłem się do stojącego niedaleko nas i komentującego wydarzenia w Katyniu Jana Pospieszalskiego, który mając odsłuch ze studia w Warszawie, informował gęstniejący wokół niego tłum o kolejnych coraz bardziej szokujących doniesieniach. Paradoksalnie, będąc kilkanaście kilometrów od lotniska Siewiernyj, wiedzieliśmy mniej niż wszyscy, którzy siedzieli w kraju przed telewizorami tysiąc kilometrów od Smoleńska.

 

Puste krzesła na mszy świętej

Teraz kakofonia komórkowa jeszcze bardziej się wzmogła. Właściwie większość uczestników uroczystości odbierała telefony lub dzwoniła do bliskich i znajomych informując, że żyją i nic im się nie stało. Ja też co chwila odbierałem telefon lub odpowiadałem SMS-em na przychodzące z Polski pytania. Jako posiadacz telefonu „na kartę”, musiałem prosić brata kilkakrotnie o doładowanie telefonu…

Jeden z kapelanów poprowadził modlitwę różańcową. Jacek Sasin, ówczesny zastępca szefa kancelarii prezydenta RP, potwierdził najgorsze wiadomości i zapowiedział, że za chwilę zostanie odprawiona msza święta. Ta, którą miał celebrować bp Tadeusz Płoski i która była celem mojej podróży do Katynia.

Muszę przyznać, że zrobiłem w czasie tej mszy bardzo wiele zdjęć, jednak co chwilę odchodziłem na bok, żeby odpowiadać na przychodzące wiadomości. Nie mogłem wyłączyć telefonu, bo wzmogłoby to domysły osób, które chciały dowiedzieć się, co się wydarzyło.

Kiedy patrzę na te zdjęcia z perspektywy ośmiu lat, to największe wrażenie nadal robią na mnie kadry pokazujące puste krzesła, na których mieli zasiąść nasi szefowie, przyjaciele, bliscy – nikt tych krzeseł nie ośmielił się zająć. Niby taki zwykły, a jednak wstrząsający widok.

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail