Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Aleteia

Ranek 10 kwietnia 2010. Katastrofa Tu-154. Pierwsza myśl: czy ks. Roman był na pokładzie?

KSIĄDZ ROMAN INDRZEJCZYK
FOTONOVA
Udostępnij

Ks. Roman Indrzejczyk. Święty kapłan, poeta, kapelan prezydenta. Człowiek nie do ogarnięcia. W stanie wojennym przekazał swoją sutannę Zbigniewowi Romaszewskiemu, aby działacz opozycji mógł w ten sposób ukrywać się przed SB.

Ranek 10 kwietnia 2010 roku. Katastrowa samolotu rządowego Tu-154 z prezydentem na pokładzie – podają wszystkie media. Po kilku chwilach niedowierzania w głowie krąży już tylko pytanie „czy był tam ks. Roman?”.

 

Biały szalik zamiast fioletowego pasa

Wiosna 2006. Podróż autobusem przez Żoliborz w stronę Krakowskiego Przedmieścia wczesnym przedpołudniem jest okazją na spotkanie ks. Romana. Miał w zwyczaju o tej porze dosiadać się na Placu Inwalidów. Wiele osób dziwiło się, że 75-letnia osoba z najbliższego otoczenia prezydenta Polski dojeżdża codziennie do Pałacu Prezydenckiego autobusem. „Mógłbym skorzystać z pomocy odpowiednich służb, ale mam dobre połączenie. To tylko osiem przystanków” – mówił.

Choć był kanonikiem, a potem prałatem, to praktycznie nikomu nigdy nie udało się spotkać go z kolorowymi dodatkami do duchownego stroju. Zawsze w czarnej sutannie i płaszczu, do których jedynym dodatkiem był elegancki biały szalik.

 

Nieprzeciętny zbieracz

Maj 2010. Po pogrzebie księdza harcerze z zaprzyjaźnionego szczepu zostają poproszeni przez rodzinę o pomoc w uporządkowaniu jego pokoju.

„Tylko osoba mająca okazję porządkować kiedykolwiek osobiste rzeczy zmarłego zrozumie, jak specyficznie bliskiego kontaktu doznaliśmy wtedy z księdzem” – mówi Gosia Grabowska, była instruktorka harcerska.

Trzeba przyznać, że ksiądz był wyjątkowym zbieraczem i raczej niechętnie pozbywał się rzeczy. Książki, czasopisma, podziękowania, życzenia, kartki pocztowe, pamiątki, a nawet zeszyty ze szkoły podstawowej tkwiły ciasno poupychane we wszystkich zakątkach pokoju.

„Oprócz tego prywatne zapiski, korespondencja, rzeczy osobiste, szkice kazań –  to wszystko trzeba było posegregować i podzielić na te bez większej wartości oraz te, które mogą mieć wartość rodzinną lub służyć upamiętnieniu. Bo to, że tego człowieka trzeba będzie w jakiś sposób upamiętnić, nie mieliśmy wątpliwości” – dodaje.

Po pewnym czasie grupa kilku osób podjęła się utrwalenia historii ks. Romana poprzez stworzenie wirtualnego miejsca pamięci, czyli strony internetowej. Miały się tam znaleźć zdjęcia, wywiady, artykuły i wspomnienia o nim oraz jego twórczość – wiersze, eseje, kazania. W miarę zbierania materiałów odsłaniało się coraz więcej ciekawych epizodów z życia księdza…

 

Wujek ludzi na obrzeżach

Ks. Roman w zadziwiający sposób przyciągał do siebie osoby wątpiące, z marginesu lub po prostu odmienne. W pierwszych latach swojej posługi kapłańskiej został oddelegowany do pracy w szpitalu psychiatrycznym w Tworkach, gdzie służył przez 22 lata. Mimo początkowego zimnego przyjęcia przez dyrektora szpitala, zadeklarowanego ateisty, znalazł wspólny język z pacjentami, a po pewnym czasie zyskał uznanie również u dyrektora.

Przez cały okres kapłaństwa udzielał wsparcia wielu osobom, doświadczającym życiowych trudności. Niektórzy nazywali go swoim „Wujkiem”. Jego naczelną zasadą było słuchać, nigdy nie krytykować i do niczego nie zmuszać. W jednym z wywiadów powiedział: „Nie zawsze potrafiłem odpowiedzieć. Ale słuchałem. Ludzie odczuwali, że ich szanuję, nawet jeśli coś w życiu poplątali”.

Trafiali do niego ludzie, od których ktoś inny odwrócił się plecami. Ks. Roman nigdy nie odmawiał udzielenia sakramentu, czym często wzbudzał kontrowersje. Tak było również w przypadku odprawienia mszy świętej na pogrzebie Jacka Kuronia, z którym swego czasu założył stołówkę dla najbiedniejszych.

 

Poprzednik papieża Franciszka?

„Papież Franciszek na samym początku pontyfikatu przywitał zgromadzonych zwrotem dobry wieczór. I chyba takim samym człowiekiem był ks. Roman, otwarty na wszystkich”  – zauważył kiedyś bliski przyjaciel księdza, ks. Michał Skibiński.

Pan Dariusz Michalski podobnie wspomina swoją pierwszą lekcję religii z ks. Romanem, który nie wygłosił powitalnej formułki „Niech będzie pochwalony…”, tylko powiedział: „Będę was od dziś uczył religii. Kto chce, może na te lekcje uczęszczać, kto nie, to nie. Ale pamiętajcie, że jak się daje słowo to zawsze należy go dotrzymać”.

Podobieństwo można zauważyć również w ich relacjach z ludźmi z marginesu. Papież Franciszek po wizycie w Kongresie Stanów Zjednoczonych zamiast z kongresmenami udał się na obiad z ubogimi. Ks. Roman, oprócz założenia wspomnianej stołówki, regularnie widywany był, jak prowadził rozmowy z tzw. ludźmi ulicy w parku na terenie parafii.

 

Człowiek nie do ogarnięcia

Stworzenie zwięzłej biografii księdza na stronę internetową http://www.ksiadzroman.pl okazało się dużym wyzwaniem. Słowa, jak serdecznym, pogodnym, wyrozumiałym i mądrym był człowiekiem, napływały ze wszystkich stron. Udzielał się on w tylu środowiskach, że nie sposób było przedstawić jego życie w skrócie.

Tak samo niemożliwym staje się przedstawienie w całości, kim był ks. Roman, w tym artykule. Bo przecież trzeba by jeszcze napisać o tym, jak przez całe swoje kapłańskie życie aż do ostatnich dni przed śmiercią prowadził zajęcia z katechezy i że na jego lekcjach nie było stopni ani przymusu obecności.

O tym, jak na jego plebani zbierał się Polski Komitet Helsiński, a od 1986 roku Komisja Krajowa Solidarności.

Ale także o tym, że nie interesowały go legitymacje partyjne i że służył ludziom z każdej strony barykady.

O tym, jak w stanie wojennym przekazał swoją sutannę i dowód osobisty Zbigniewowi Romaszewskiemu, aby działacz opozycji – fizycznie podobny do księdza – mógł w ten sposób ukrywać się przed SB.

O tym, że był organizatorem spotkań ekumenicznych oraz działał w Polskiej Radzie Chrześcijan i Żydów.

O tym, że napisał kilka tomików wierszy, które drukował na własny koszt i rozdawał w prezencie.

O jeszcze wielu, wielu innych rzeczach, ale też o tym, że zapewne niejedna osoba podpisałaby się pod stwierdzeniem, że „jeśli kiedyś dane mi było spotkać w życiu świętego człowieka, to był to właśnie ks. Roman”.

 

Więc się uśmiechnijcie…

Zawsze powtarzał, że jest „zwykłym księdzem, od zwykłej liniowej roboty”. Jednak po odkryciu ogromu ludzi, dla których był osobą bliską i duchowym lekarzem pierwszego kontaktu, można się tylko domyślać, w jak wielu głowach tego ranka 10 kwietnia 2010 roku krążyła przede wszystkim myśl „ks. Roman tam był”.

Pozostało jedynie wziąć sobie do serca słowa z testamentu księdza:

Pragnę też żebyście się nie smucili i nie płakali. Nie wolno! Przecież musiałem kiedyś odejść do Ojca – i Wy wszyscy też tam dojdziecie (a wtedy znów będziemy mieli dużo do opowiadania). Więc się uśmiechnijcie…
Najlepszą nagrodą dla mnie będzie, jeśli pamięć o mnie pomoże Wam żyć godnie i szlachetnie. Zawsze przecież usiłowałem przekonywać Was, że życie jest tworzywem, z którego można coś dobrego uczynić, próbowałem prowadzić Was na drogę szacunku i życzliwości dla każdego człowieka, abyście umieli łączyć w sobie prawdziwą dobroć z radością i humorem, i żebyście wnosili nastrój kojący w najbardziej nawet skłócone środowiska.

 

Małgorzata Grabowska, Katarzyna Kamińska: zapraszamy na naszą stronę www.ksiadzroman.pl oraz fanpage „Roman Indrzejczyk – pamiętamy” www.facebook.com/zwyklyksiadz.

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail