Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail

Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Aleteia

Słownik kobiet: Rywalka

DZIKIE KOBIETY
Sean Quinlan/Unsplash | CC0
Udostępnij

Matka. Siostra. Koleżanka z pracy. Synowa. Rywalka. Ta, która mi zagraża. Ta, z którą stale muszę się ścigać. Ta, na którą mam uważać. My, kobiety, nieustannie dajemy się wkręcać w jedną z najmniej humanitarnych walk na ziemi – kobiecej walki o wpływy. Trofea są różne – mężczyzna, uznanie, awans i jeszcze raz mężczyzna. Po trupach. Przez zgliszcza.

Wystarczy włączyć byle jaki sitkom, aby zrozumieć, że na drodze do mojego wymarzonego związku/stanowiska/statusu stoi Kaśka, Beata, Weronika, Malwina, Jessica, Krystyna, Barbara i Marysia.

Mało tego, pewien rodzaj literatury – obraźliwie nazywany przez wydawców „literaturą kobiecą” – bazuje na owym atawistycznym, utwierdzanym przez tysiące lat wzorcu, w którym to dominującą pasją kobiety jest oczyszczanie środowiska okołorodzinnego z potencjalnych intruzów płci żeńskiej.

Nie pamiętam już, w którym filmie usłyszałam słowa: „Wiem, czemu się z nią zaprzyjaźniłaś! Ta dziewczyna najbardziej ci zagraża. Chcesz trzymać ją blisko siebie!”. Jak gdyby współpraca między nami nie była możliwa. Jak gdyby nie można po prostu przybić jednej czy drugiej kobiecie piątki i pójść robić swoje. Jak gdyby nie do przejścia było zachwycenie się jej pięknem, inteligencją, ogarnięciem życiowym. Jak gdyby jedynym rozwiązaniem była eliminacja.

 

Klasyka gatunku, czyli teściowa

Znam dziewczyny, które nie mogą spokojnie odwiedzić domu rodzinnego swojego narzeczonego/męża. Już na podjeździe dostają palpitacji serca na myśl o spotkaniu z przyszłą (bądź po prostu) teściową i rzucanych przez nią wyzwaniach.

Ledwo co wejdą do salonu, a już Bogu ducha winna dziewczyna zostaje sprowokowana do walki. Walki na sernik i wołowe bitki. Walki na pieniądze i nie wydarzający się awans w pracy. Walki na cieplejszą czapeczkę dziecka i niemożność wciśnięcia mu słodyczy. Walki na naddane kilogramy, zbezczeszczone rodzinne tradycje i ogólny niesmak. Walki na śmierć i życie. Dla swojej teściowej jawi się jako prawdziwe zagrożenie.

Na synchron mentalny nie ma co liczyć – do matki narzeczonego/męża informacja, że synowa jest jego ukochaną kobietą, wybraną i zaślubioną, dopiero dociera. Zamiast akceptacji i dojrzałych zachowań – dwa nagie miecze i małomiasteczkowa bitwa pod Grunwaldem.

 

Dlaczego boli mnie to, że ona jest ode mnie lepsza?

Znam dziewczyny, które przeżywają to samo z własną matką, siostrą albo koleżanką z pracy. Zamiast wsparcia – niekończące się krytykanctwo. Zamiast życzliwości – podejrzliwość i podchody. Niezwykle trafnie ujęła to zjawisko Emily V. Gordon, autorka tekstu z „New York Timesa” pt. Why Women Compete with Each Other:

Oto trzecia teoria kobiecej konkurencyjności, którą chciałabym zaproponować: nie konkurujemy z innymi kobietami, ostatecznie, ale z samymi sobą – z tym jak myślimy o sobie. Dla wielu z nas jest tak, że patrzymy na inne kobiety i widzimy wersję siebie, która jest lepsza, ładniejsza, mądrzejsza, czymś więcej. Nie widzimy w ogóle innych kobiet.

Co ona ma, czego ja nie mam? Co zrobiła, że tak wygląda? Jak zdobyła tę pracę, tę wiedzę, tego mężczyznę? Wciąż dajemy się na siebie nawzajem napuszczać, oceniamy się i tracimy siły na udowadnianie sobie, że i tak jesteśmy na wygranej pozycji.

 

Lustereczko, Śnieżka i córki Labana

„Lustereczko, powiedz przecie?” – rozbrzmiewa w naszych miejscach pracy, rodzinach, uczelniach i sercach. Wciąż boimy się istnienia naszej własnej Śnieżki, konkurentki, dziewczyny, która okaże się we wszystkim lepsza, która skradnie uwagę i miłość świata.  

Już zanadto uwierzyłyśmy w zasadność tych przepychanek. Choć minęło tyle tysięcy lat, w niczym nie różnimy się od pramatek kobiecej rywalizacji, córek Labana – Lei i Racheli. Wydaje nam się, że musimy się pokonać, aby coś znaczyć. Pytanie brzmi – w czyich oczach? Kogo aż tak bardzo staramy się zadowolić?

Przypominając sobie historię wspomnianych przed chwilą sióstr: gra toczyła się o cudze oczekiwania – ojca, męża, innych kobiet, społeczeństwa. Lea, która nieszczęśliwie wyszła za mąż, przez całe życie starała się zająć godne miejsce w sercu Jakuba. Urodziła mu sześciu synów i córkę, ale nigdy nie znaczyła dla niego tyle, co jej siostra, Rachela.

Lea i Rachela – nieznoszące się nawzajem siostry-rywalki. Kobiety pełne żalu, niechęci i niepewności. Nigdy się nie wspierają, choć paradoksalnie – wiodą bardzo podobne życie. Mogłyby stanąć po swojej stronie, odciążyć, zaprzyjaźnić i olać przymus uszczęśliwiania innych.

 

Lepsze od przeprowadzania inwazji

Możemy stać się zakładniczkami zaklętych kręgów lub zwyczajnie je przerwać. Postawić stopę na linii, a nawet dalej. Uwierzyć, że nic nie wybuchnie. Podać sobie dłoń. Przytulić. Grać do tej samej bramki.

Możemy odwrócić tę tendencję i przy okazji sukcesu którejś z nas, wyrazić szczere gratulacje. Przeżyć to jako wspaniałą wiadomość. Czuć dumę z tego, że świat zyskał specjalistkę w jakiejś dziedzinie.

Możemy przyjąć swoją różnorodność w rodzinach. Pozwolić, aby jedna siostra była inna od drugiej, i dobrze. Ucieszyć się z córki, z jej totalnie różnej od mojej drogi. Przyjąć do serca synową. Podziękować za nią Bogu.

Możemy przyjąć kobiecość wszędzie tam, gdzie nie mamy na nią zgody. Zrozumieć, że to tylko i wyłącznie nasz wybór. Zacząć wybierać właściwie. Jak mówi Emily Gordon:

„(…) nie musimy zaniżać wartości innych kobiet zarówno dla przyszłości gatunku jak i dla naszych psyche. Kiedy każda z nas koncentruje się na byciu dominującą siłą we własnym wszechświecie, zamiast przeprowadzać inwazję na inne wszechświaty, wszystkie wygrywamy”.

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail