Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Aleteia

Co pomaga, a co uniemożliwia dojrzewanie w wierze? Tłumaczy o. Tomasz Gaj OP

KOBIETA
Gabriel Benois/Unsplash | CC0
Udostępnij

„Stosunkowo łatwo wpaść w fałszywe przekonanie, że powinienem doświadczyć tyle miłości, ile potrzebowałem. To jednak niemożliwe” – mówi o. Tomasz Gaj OP, dominikanin i psychoterapeuta.

Jola Szymańska: Ojcze, czym różni się dojrzałość w wierze od dojrzałości emocjonalnej?

Tomasz Gaj OP*: Najlepiej, gdy obie idą w parze. Często zdarza się jednak, że ludzie osiągają dojrzałość emocjonalną i społeczną – są ustawieni zawodowo, pełnią wysokie funkcje społeczne, mają rodziny i dobrze radzą sobie w społeczeństwie, ale ich religijność pozostaje na poziomie dziecka. Wydaje im się, że wiara po prostu jest i że nie trzeba jej rozwijać.

Możemy wtedy mówić o „wierze”, czy bardziej o przyzwyczajeniu do religijności?

Nie powiedziałbym, że to tylko przyzwyczajenie. Taka dziecięca wiara ma w sobie często coś świeżego – to jest jej mocna strona. Słabość polega na tym, że czasem pozostaje tylko reliktem, który wyciągamy z szafy, kiedy trzeba zanieść koszyk ze święconką przed Wielkanocą albo podczas Bożego Narodzenia idziemy do kościoła przed odwiedzinami u cioci.

Dla wiary dziecięcej wyzwaniem, ale i szansą na rozwój, stają się sytuacje, których nie lubimy – kryzysy. Mogą to być trudności osobiste, konflikty, choroba, śmierć bliskiej osoby. Tylko dojrzała wiara pomoże nam przetrwać czas burzy.

Od czego zależy nasza zdolność do dojrzewania w wierze?

Najpierw od kultury w domu rodzinnym. Czy wiara była dla moich bliskich czymś ważnym, czy tylko kwiatkiem do kożucha? Jeżeli w domu rozmawiało się o wierze, a moi bliscy inwestowali w nią swoje siły, to i dla mnie stanie się ona w naturalny sposób przestrzenią, w której dorastam i dojrzewam. Na początku przejmuję wiarę od rodziców, ale z czasem będę ją rozwijał coraz bardziej samodzielnie i świadomie.

A kiedy już jesteśmy dorośli?

Bardzo istotna w życiu wiary jest cezura, która oddziela dzieciństwo od dorosłości. Przechodzimy wtedy z wiary nabytej siłą autorytetu tych, którzy nas wychowywali, do wiary wybranej ze względu na autorytet Boga.

 

Przeszłość nie jest ani „idealna”, ani „beznadziejna”

Wróćmy do rozwoju emocjonalnego. Co jest potrzebne, żeby być dojrzałym emocjonalnie?

Najlepiej, jeśli rozwój fizyczny, emocjonalny, religijny odbywają się harmonijnie. Najprościej mówiąc, żeby człowiek dobrze się rozwijał, potrzebuje jednej rzeczy – miłości.

A kiedy jej nie ma?

Fakt, że ktoś żyje stanowi niezbity dowód, że musiał otrzymać wystarczająco dużo miłości. Stosunkowo łatwo wpaść w fałszywe przekonanie, że powinienem doświadczyć tyle miłości, ile potrzebowałem. To jednak niemożliwe. Nikt z nas nie miał tyle miłości, ile oczekiwał. Wszyscy ludzie na Ziemi doświadczyli jej trochę mniej – ale wystarczająco, żeby przeżyć.

Dziecko jest zależne od miłości rodziców. Dorosły potrafi sam zatroszczyć się o siebie. Dojrzałość to wzięcie odpowiedzialności za swoje życie. Bez względu na to, jak wyglądała moja przeszłość, teraźniejszość jest w moich rękach. Widzę, co dostałem, ale też godzę się ze stratą tego, czego mi zabrakło.

W jaki sposób unikamy odpowiedzialności?

Pomagają nam w tym różne mechanizmy obronne. Wymienię dwa. Pierwszy polega na tym, że patrzę na swoją przeszłość wyłącznie pozytywnie. To tzw. idealizacja – moi rodzice byli świetni, rodzina wspaniała, przedszkole wyśmienite, a szkoła jeszcze lepsza. Widzę swoje życie jako pasmo sukcesów, a zamykam oczy na porażki. Bronimy się w ten sposób przed doświadczeniami, które są dla nas przykre.

A drugi mechanizm?

Można mówić sobie coś odwrotnego – moja przeszłość to była jedna wielka droga udręki, nikt mnie nie kochał, rodzice mnie zaniedbywali, w szkole miałem pod górkę, a o przedszkolu nie będę nawet wspominał. Paradoksalnie, to też jest sposób na poradzenie sobie z bólem. Dobre doświadczenia, które bym sobie przypomniał, obudziłyby większą tęsknotę za miłością, której miałem za mało. To z kolei rodzi jeszcze więcej bólu z powodu przeżytych porażek.

Nie ma dojrzałości bez prawdy. Dlatego warto popatrzeć na siebie i swoją przeszłość w sposób jak najbardziej realny – zarówno na blaski jak i cienie swojej historii. Drugi krok, to wzięcie odpowiedzialności. I choć nie da się zmienić tego, co się wydarzyło, to jednak można wziąć odpowiedzialność za to, co jest i za to, co będzie. To jak wygląda moja teraźniejszość i jak będzie wyglądać moja przyszłość zależy głównie ode mnie, nawet jeśli przeszłość mnie nie rozpieszczała.

 

Kryzys wiary – kiedy jest budujący, a kiedy nie?

Wychodzenie z takich schematów często prowadzi do kryzysu. Także do kryzysu wiary, bo za obrazem rodziny wali się obraz Boga. Bać się tego?

Absolutnie nie. Dojrzałość to umiejętność życia w świecie realnym, a nie wyobrażonym. A im bardziej odległy od realności jest nasz świat, tym bardziej cierpimy.

Kiedy zaczynam patrzeć realnie, mój złożony z iluzji dom chwieje się, a czasami całkowicie się rozpada. To bolesne, ale muszę wybrać: czy chcę doświadczać prawdziwego szczęścia, które jest możliwe tylko w prawdziwym świecie, czy wolę karmić się swoimi wyobrażeniami na temat siebie, innych, przeszłości, Pana Boga?

Kryzys zawsze buduje?

To zależy. Kryzys religijny nie zawsze jest budujący. Doświadczamy go, gdy coś w naszym systemie wiary się zachwiało. Mogę „bardzo mocno” wierzyć w Boga – czyli np. w to, że On się mną opiekuje i będzie rozwiązywał wszystkie moje problemy. Będę jednak niezadowolony, jeśli Bóg nie wpisze się w moje oczekiwania i nie zajmie się trudnością, tak jak tego oczekiwałem. Pojawia się kryzys mojej „mocnej” wiary. Myślę wtedy z wyrzutem: Panie Boże jak mogłeś, przecież się modliłem!

To już naiwność…

To się często zdarza. Ludzie mówią: „Przestałem się modlić, bo Pan Bóg mnie nie słyszy. Po co mam więc do Niego mówić?”. To chwieje w posadach moją niby „mocną” wiarę. Wtedy wszystko zależy od tego, co wybiorę. Jeżeli zobaczę naiwność swojej wiary, to kryzys może mnie doprowadzić do pogłębienia. Ale jeżeli pomyślę: „O nie! W takim razie rezygnuję z modlitwy, bo Bóg mnie nie słucha” – to nie stanę się bardziej dojrzały, ale „strzelę focha” i obrażę się na Boga, którego tak naprawdę traktowałem jak świętego Mikołaja.

Świętego Mikołaja, który ukoi moje smutki, rozczarowania i braki emocjonalne?

Tak, czasami domagamy się od Boga zdrowia, pracy, pieniędzy, a czasem liczymy na to, że nas weźmie na kolana, przytuli, powie, że jest bezpiecznie, zaopiekuje się nami i spełni wszystkie pragnienia przygłodzone w przeszłości. Taki Bóg super-rodzic pozostaje jednak Bogiem na moich usługach, potrzebnym, aby spełniać moje życzenia i leczyć moje biedy.

Dojrzałość polega na tym, że wierzę w Boga nie dlatego, że spełnia moje prośby, ale dlatego, że On jest prawdziwy i chcę Go spotkać.

 

Kiedy przebaczenie nie wyklucza złości

Jak przeżywać trudne emocje – złość, smutek, rozczarowanie, rozgoryczenie – do Boga, Kościoła, bliskich?

To zależy. Jeżeli złoszczę się na Pana Boga za to, że słońce schowało się za chmurami i leje jak z cebra, to moja złość jest wyrazem niezgody na rzeczywistość. Jeżeli zgodzę się na to, co jest i powiem sobie: „Dzisiaj pada deszcz. Miałem jechać na wycieczkę, ale w takim razie zostaję w domu”, to będę musiał przeżyć jakiś rodzaj straty. I to już jest prawdziwa emocja – smutek.

Czasami złościmy się na coś, na co nie mamy najmniejszego wpływu. Łatwiej jest przeżywać pretensje, złość i obwiniać Pana Boga, świat czy Kościół, zamiast przeżyć prawdziwe emocje, które się pod tym kryją. Pytanie więc brzmi: co ja tak naprawdę przeżywam?

A jeżeli naprawdę przeżywam złość? Powiedzmy, jestem zła na ojca alkoholika, a słyszę w Kościele, że powinnam mu wybaczyć i być „ponad” swoimi emocjami.

No tak, to jest złość wywołana przez krzywdzące zachowanie ojca.

A ojciec do tego jest bardzo religijnym katolikiem, który zawsze siedział w pierwszej ławce w kościele.

Jedną z oznak dojrzałej religijności jest umiejętność rozróżnienia pomiędzy obrazem rodziców, a Bogiem. Im dojrzalsza wiara, tym mniej widzę Boga przez pryzmat własnych rodziców i ich religijności.

Ale przechodząc do złości, zazwyczaj nieprawdziwe są te rady, które proponują alternatywę: „Masz przebaczyć, a nie złościć się na ojca” – czyli albo przebaczenie, albo złość. A przecież jest jedno i jest drugie.

Warto odważnie zobaczyć, w czym zostałem skrzywdzony – to rodzi słuszną złość. Nie dostałem tego, co ojciec powinien mi dać. Przekraczał granice, których nie powinien przekraczać. Taką złość trzeba zauważyć, przyjąć, czasami wyrazić. Kolejnym krokiem – często równoległym – jest przebaczenie. Ale „przebacz” nie znaczy „zapomnij” czy „zamieć pod dywan”. „Przebacz” to znaczy „uwolnij” – możesz oddychać pełną piersią, nawet jeśli w przeszłości spotkało cię wiele sytuacji, które nigdy nie powinny się zdarzyć. Idź własną drogą.

 

Czy istnieją etapy dojrzewania w wierze?

O. Włodzimierz Zatorski w marcowym numerze „W drodze” tłumaczy, że nie ma jako takich jasnych i wzorcowych etapów dojrzewania w wierze. Zgadza się Ojciec?

Rzeczywiście, dzielimy różne sprawy na etapy tylko po to, żeby poradzić sobie z życiem, które nie jest jasno podzielone na kawałki.

Życie jest całością, w której przechodzimy proces dojrzewania. Nie przebiega on tak, jak byśmy sobie tego życzyli – modelowo. Idąc czasami musimy się cofnąć. Mamy różne tempo – raz idziemy szybciej, innym razem wolniej.

Czasem potrzebujemy odpoczynku i zatrzymujemy się, żeby przysiąść na ławce. Zdarzają się chwile stagnacji. Czasami przychodzi burza i musimy się schronić przed deszczem. Nierzadko trafiają się też przeszkody, które musimy pokonać albo ominąć.

 

*Tomasz Gaj OP – dominikanin, psycholog, psychoterapeuta. Współautor książki „Sankofa. Nie zmarnuj życia” – o owocach ze spotkania wiary z psychologią (książka została uznana przez portal granice.pl za najlepszą książkę katolicką 2018). Pracuje w Dominikańskim Ośrodku Formacji i Rozwoju TABGHA. Mieszka w Łodzi.

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail