Aleteia

Każdy człowiek jest piękny i potrzebny. A zespół Downa nie musi ograniczać

DZIEWCZYNKA Z ZESPOŁEM DOWNA
Shutterstock
Udostępnij

Noelia ma 31 lat i jest nauczycielką. Michał ma 33 lata i pracuje w gdańskim teatrze. Dają przykład, że zespół Downa nie musi ograniczać ani wykluczać.

Wyjątkowy pracownik

Noelia Garella mieszka w Argentynie. Ma 31 lat i zespół Downa. Jest przedszkolanką, właśnie dostała dyplom, bo władze Cordoby, drugiego co do wielkości miasta w Argentynie, uznały, że świetnie sprawdzi się jako opiekunka grupy dzieci.

Michał Milka mieszka w Polsce. Ma 33 lata i zespół Downa. Pracuje jako bileter w Teatrze Szekspirowskim w Gdańsku, bo dyrekcja teatru uznała, że takich pracowników obsługi widowni potrzebuje.

Noelia jest pierwszą przedszkolanką z trisomią w Argentynie, Michał – pierwszym pracownikiem obsługi widowni w Polsce. Ani jedna, ani druga praca nie należą do łatwych, choć mogłoby się tak na pierwszy rzut oka wydawać.

 

Oba te zajęcia wymagają interakcji z ludźmi – w jednym przypadku z małymi (ale i ich rodzicami), w drugim z dorosłymi. Jeśli ktoś sądzi, że praca przedszkolanki polega wyłącznie na wesołej zabawie z dziećmi, a praca biletera tylko na przedzieraniu biletów – no cóż, jest w błędzie.

Oprócz pana Michała, Teatr Szekspirowski zatrudnia jeszcze pięcioro pracowników z zespołem Downa: Emilię Kochańską, Bartka Siudyłę, Grzegorza Jankowskiego, Wojciecha Birtusa i Jana Skibę. Są to podopieczni Fundacji Wspierania Rozwoju „Ja też”.

„Przystanek Szekspir” to projekt podjęty z inicjatywy dyrektora teatru, prof. Jerzego Limona, który przywiózł ten pomysł z zagranicznych podróży. Mówił Dziennikowi Bałtyckiemu: „My, jako społeczeństwo, niestety nadal kulturowo nie jesteśmy przygotowani na odmienność. Ale to teatr od najdawniejszych czasów uczy, że człowiek to nie zewnętrza powierzchowność, bogactwo, młodość. Piękno leży gdzie indziej. Człowiek jest piękny. Każdy”.

 

Piękna lekcja życia

Noelia opiekuje się grupą dziesięciorga dzieci. Uwielbiają ją i z otwartymi buziami patrzą, jak animuje postacie z bajek, przygotowując dzieci na lekturę książek.

Rodzice również ją zaakceptowali i uważają, że to dobry pomysł na integrację społeczną osób niepełnosprawnych. Dyrektorka przedszkola mówi, że to „piękna lekcja życia” i że dzieci przyjęły nową panią zupełnie naturalnie.

Ale ta historia wcale nie miała łatwych początków. Matka Noelii musiała walczyć o przyjęcie jej do szkoły, a już w przedszkolu opiekunki nie chciały słyszeć o tym, żeby „potwór” znalazł się w ich grupie. Sama Noelia mówi, że od dziecka marzyła, żeby zostać nauczycielką – dzięki determinacji rodziców, kolegów-nauczycieli i poparciu burmistrza Cordoby, jej marzenie stało się rzeczywistością. „Szybko się zorientowaliśmy, że to jej prawdziwe powołanie – mówi dawna dyrektorka przedszkola, w którym pracuje dziś Noelia. – Daje dzieciom to, czego najbardziej potrzebują – miłość”.

Ekipa z Teatru Szekspirowskiego w Gdańsku też lubi swoją pracę i wyczekuje dni dyżurów. Cała szóstka radzi sobie z widzami doskonale i z nienaganną uprzejmością, choć reakcje są różne – niektórzy przyjmują ten pomysł ciepło i z uśmiechem, inni – cóż, czasem po prostu udają, że nie widzą biletera, który koniecznie chce ich pokierować na właściwe miejsca.

 

Tu nie ma przegranych

Małgorzata Bulczak z Fundacji „Ja też” mówi, że wiele jest w Polsce dobrze wykształconych osób z zespołem Downa, problem w tym, że trudno im znaleźć pracę. I w tym, że w integracyjnych szkołach niewiele się od takich dzieci wymaga, tymczasem powinno się podejmować starania o to, by uczyły się jak najwięcej.

Nie czarujmy się: nie mają łatwo oni ani ich rodziny, w społeczeństwie, w którym jedno z wyzwisk, jakimi obrzucają się dzieci w podstawówce, brzmi „ty downie”. Na chroniczny brak empatii, będący w istocie brakiem wiedzy – czyli grzechem zaniechania – jest jedno lekarstwo: ich obecność w społeczeństwie.

Jeśli będą widoczni, właśnie w takich okolicznościach jak Noelia, Michał, Emilia, Bartek, Grzegorz, Wojciech i Jan – sprawni, kompetentni, zawodowo przygotowani, zyskamy wszyscy. Amerykanie nazywają to „win-win” – sytuacja, w której nie ma przegranych.