Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Aleteia

Samotna podróż – lekarstwo dla duszy

PUSTA DROGA
Pgiam/Getty Images
Udostępnij

Tuż przed pięćdziesiątką Robin Murphy czuła się emocjonalnie i duchowo wyczerpana. Najlepszym lekarstwem na zniechęcenie okazała się samotna podróż samochodem po Stanach Zjednoczonych.

Autorka opowiada swoją historię w książce „Eat Pray Love Made Me Do It”, a my zamieszczamy fragment jej eseju.

 

Droga bez końca

W przededniu swoich pięćdziesiątych urodzin, pisarka Robin Murphy czuła się w niewytłumaczalny sposób wyczerpana fizycznie, emocjonalnie i duchowo. Choć miała kochającą rodzinę i udaną karierę, to nie czuła się szczęśliwa. Podobnie jak w przypadku wielu innych kobiet, większość życia Robin wypełniała troska o innych – wychowywanie czworga dzieci, opieka nad przewlekle chorym na zapalenie opon mózgowych mężem i prowadzenie szkolnych zajęć teatralnych w rodzinnym Kansas City.

Chciała nadal być aktywnym uczestnikiem społeczności, nadal pomagać bliskim, lecz jednocześnie czuła, że czegoś jej bardzo brakuje. „Wciąż myślałam i miałam nadzieję, że coś się zmieni, modliłam się, ale czułam się wypalona, pusta w środku – wspomina. – Jakby nie zostało tam nic, co mogłabym dać z siebie innym. Koniecznie musiałam coś zrobić, żeby zmienić ten stan rzeczy”.

Dzieci były odchowane, zaś mąż czuł się lepiej i nie potrzebował już stałej opieki, dlatego Robin mogła zacząć snuć plany podróży – wędrówki w poszukiwaniu samej siebie, wkrótce pięćdziesięcioletniej. Pomysł podróży częściowo zainspirowała w niej ulubiona książka, bestseller Elizabeth Gilbert „Jedz, módl się, kochaj” (Eat Pray Love). „Zdałam sobie sprawę, że muszę zrobić coś dla siebie, w przeciwnym razie nie będę w stanie dalej funkcjonować, pomagając innym. Już samo podjęcie tej decyzji zmieniło moje życie” – twierdzi Robin.

 

Kiedy podróżujesz samotnie, dużo rozmawiasz. I z samą sobą, i z Bogiem.

Wsiadła do samochodu i wyruszyła w drogę. Z Kansas City, przez góry, aż do Nowego Jorku, gdzie mieszka jej najstarsza córka. Jechała przez osiem do dziesięciu godzin dziennie, po drodze zatrzymywała się u przyjaciół i znajomych. „Miałam wielkie szczęście, że na każdym etapie podróży, na każdym przystanku czekała na mnie bezpieczna przystań, każda wizyta była błogosławieństwem.

Zatrzymywałam się u przyjaciół, znajomych, których nie widuję zbyt często, i te spotkania pomogły wytworzyć głębsze i silniejsze więzi między nami – opowiada. – Każde spotkanie było pięknym doświadczeniem, wywołującym wdzięczność i pokorę zarazem. Czułam się, jakbym dostąpiła wielkiego zaszczytu, wchodząc w interakcje z ludźmi i ze światem, zawierając po drodze nowe przyjaźnie”.

W miarę jak Robin pokonywała kolejne etapy podróży i odwiedzała kolejne miejsca, czuła się coraz lepiej, jakby coraz bardziej „uleczona” ze zniechęcenia. „Kiedy podróżujesz samotnie, dużo rozmawiasz. I z samą sobą, i z Bogiem – wyznaje. – Zdałam sobie sprawę, ile miłości jest w moim życiu, nie tylko miłości rodziny i przyjaciół, ale także miłości, jaką mam wobec siebie i wobec natury. Bóg mówi do mnie właśnie przez piękno natury. Pierwiastek boski jawi się poprzez krajobraz, ptaki, zwierzęta, wodę”.

 

Wielką Podróż Pięćdziesięciolatki

Kiedy pojawiła się sposobność podzielenia się swoją historią w zbiorze esejów zainspirowanych książką Elizabeth Gilbert, Robin nie zastanawiała się długo. „Napisałam całą opowieść jednym ciągiem, non stop. Jak skończyłam, zdawało mi się, że minęło zaledwie dziesięć minut od momentu, kiedy usiadłam do klawiatury!” – mówi, śmiejąc się. Esej Robin jest jednym z wielu głosów w zbiorze pod tytułem: Eat Pray Love Made Me Do It: Life Journeys Inspired by the Best-Selling Memoir („Zainspirowała mnie książka «Jedz, módl się, kochaj»: Podróże życia”). Zamieszczamy fragment eseju Robin, który pojawia się w książce:

„W maju 2010 roku znalazłam się w dołku i nie wiedziałam, jak się zeń wydobyć. Czułam się bezsilna, miałam poczucie straty. Moja zagubiona dusza wołała do Boga o pomoc. W odpowiedzi Bóg podsunął mi książkę Jedz, módl się, kochaj.

Rozczarowana, odarta z romantycznych złudzeń, zaległam w łóżku niemal jak bohaterka wiktoriańskiej powieści. I zaczęłam czytać książkę, której bohaterka, Liz, opowiada historię swojego życia – tak, jakby rozmawiała z przyjaciółką. Jakbyśmy siedziały obok siebie nad lampką wina – a ona pocieszała mnie i dodawała mi otuchy. Jej emocjonalne doświadczenia wydawały mi się echem moich własnych, aż do momentu, kiedy Liz przestała użalać się nad sobą i zaczęła wędrować po świecie. To mnie zainspirowało. Pomyślałam, może mnie także mogłoby to pomóc? Może ja także mogłabym wyruszyć w wędrówkę?

I tak zaczęłam planować swoją Wielką Podróż Pięćdziesięciolatki. Na cześć mojego półwiecza postanowiłam zafundować sobie przygodę – na własną rękę i tylko dla siebie. Nie miałam możliwości, żeby pojechać aż do Europy jak Liz, ale postanowiłam, że w lecie wyruszę w samotną podróż po Stanach Zjednoczonych moim wiernym cruiserem o imieniu Ruby. Miałam nadzieję, że pozwoli mi to poskładać rozsypane kawałki duszy i odpowiedzieć sobie na pytanie, które znają wszyscy członkowie klubu Tych, Którzy Znaleźli Się W Dołku:  Co dalej?

 

Jak to jest robić wyłącznie to, na co mam ochotę?

Odczuwałam pewną tremę przed samotną podróżą, ale uczucie radosnego podniecenia było zdecydowanie silniejsze. Po tym, jak wychowałam czworo własnych dzieci, uczyłam setki cudzych, opiekowałam się przewlekle chorym małżonkiem, myślałam, jak to będzie robić tylko i wyłącznie to, na co mam ochotę? Jeść, kiedy chcę i to, na co akurat mam apetyt? Zatrzymywać się tam, gdzie podpowie mi fantazja, z sobie tylko znanych powodów? Oglądać rzeczy i miejsca, które interesują tylko mnie? Czy w ogóle będę wiedziała, czego chcę – ja i tylko ja, nie nikt inny? To były poważne przemyślenia. Czułam się winna, że zostawiam najmłodszą córkę samą z ojcem na całe lato, ale walczyłam z tym poczuciem winy – bo naprawdę desperacko potrzebowałam zmiany. Możliwie, że w pewnym sensie to była ucieczka przed bólem i zniechęceniem. Wiedziałam jednak, że jeśli nie ucieknę, to mogę tego nie przeżyć.

Kiedy już ogłosiłam mój plan, spotkałam się z bardzo różnymi reakcjami. Niektórzy myśleli, że oszalałam – to niebezpieczne, żeby kobieta podróżowała samotnie. Inni z kolei wspierali mnie w mojej decyzji. Mówili, że jestem odważna i silna – a ja przyjęłam te przymiotniki jako część mojej nowej tożsamości. Zajęłam się przygotowaniami i pakowaniem, ale nie zrobiłam dokładnego planu. Postanowiłam w dużej mierze zdać się na przypadek i improwizację. Za motto obrałam sobie znane powiedzenie: Nie cel jest najważniejszy, ale sama podróż.

W ciągu pierwszych dwóch tygodni przebyłam drogę z Kansas City przez Memphis, Tennessee, do Asheville w Północnej Karolinie, a potem do Virginia Beach. Nigdy dotąd nie widziałam tej części kraju i byłam kompletnie zauroczona. Zakochałam się w krajobrazie Great Smoky Mountains (łańcuch górski zachodnich Appalachów). Miałam wrażenie, że wróciłam do domu – choć przecież nie znałam wcześniej tych miejsc. Jadąc przez oszałamiająco piękne góry Smokies czułam, jak otwiera się moje serce. Otworzyłam okna w samochodzie i pozwoliłam, żeby wiatr rozwiewał mi włosy, prowadziłam na bosaka, włączyłam muzykę na pełny regulator. Nigdy dotąd w całym moim życiu nie czułam takiej wolności.

 

Płakałam, śmiałam się, uczyłam

Rozbiłam obozowisko u stóp Grandfather Mountain i weszłam na szczyt w szalejącej burzy. Widziałam, jak księżyc w pełni wschodził nad górami Smokies. Jadłam lokalne potrawy, piłam lokalne piwo i rozmawiałam z lokalnymi mieszkańcami. Odwiedzałam cudownych przyjaciół, zwiedzałam ciekawe miejsca historyczne, widziałam majestatyczny ocean. Słuchałam muzyki i wsłuchiwałam się w samą siebie. Płakałam, śmiałam się, uczyłam.

Prowadziłam blog z podróży, w którego pierwszym odcinku napisałam: «Jak dotąd, najbardziej cieszy mnie to, że potrafię żyć chwilą. To znaczy: mieć świadomość piękna wokół mnie, wiedzieć, że moja dusza znów zaczyna się czuć w moim ciele jak w domu, uczyć się zwalniać tempo, zatrzymać się, być obecną. To pierwszy dar, jaki otrzymałam w tej podróży».

Po opuszczeniu gór Smokies pojechałam dalej przez Kentucky, Maryland, Delaware, New Jersey, do Nowego Jorku. Podróż pozwoliła mi na nowo zachwycić się światem, radykalnie dodała mi odwagi i wzmocniła pewność siebie. Zrozumiałam, że najlepszy sposób, żeby zadbać o to, co we mnie święte, to jak najwięcej podróżować.

Teraz każdego lata wyruszam w samotną podróż. Byłam w stanach Montana, Wyoming, Waszyngton, Oregon, Idaho, Kalifornia, Utah i Kolorado. Jeszcze raz pojechałam na Wschodnie Wybrzeże. Wybrałam się na północ do Chicago i na południe do Austin, zawsze sam na sam z moją niezawodną Ruby. Odkryłam „house-sitting” – opiekę nad domem podczas nieobecności właścicieli – doskonały sposób na dłuższy pobyt i zbadanie konkretnego obszaru. Właśnie wróciłam z trzytygodniowego pobytu w ukrytym w górach w stanie Tennessee, rejonie strumieni, jezior i wodospadów, domku na drzewie. Planuję podróże po Anglii, Szkocji i Walii.

Dziś moje życie jest modlitwą wdzięczności. Wiem, że bez względu na to, co się stanie, natura jest zawsze blisko, wspiera i inspiruje mnie. Kiedy do niej powracam, znajduję Boga. To, że przeczytałam o życiu Liz, zmieniło moje życie.

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail