Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail

Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Katolicki portal bez polityki. Wesprzyj nas!

Aleteia

Ewangelia – mój podstawowy podręcznik do ekonomii

EKONOMIA
Shutterstock
Udostępnij

Bycie właścicielem to daleko więcej od bycia posiadaczem. To nie tylko możliwość użytkowania danej rzeczy, ale przede wszystkim całkowite prawo rozporządzania nią według swojej woli.

Podział na biednych i bogatych

Podział na ludzi biednych i bogatych to jedna z tych rzeczy, które są obecne w ludzkości od samego początku jej istnienia. Dzisiaj człowiek jest już tak bardzo przesiąknięty kwestią posiadania, że nie umie spojrzeć na świat inaczej, niż mając z tyłu głowy pryzmat własności.

Przez kryterium „mieć” dzieli się ludzi na tych, co mają i tych, co nie mają; na tych, co mają mniej i na tych, co mają więcej. W zasadzie to właśnie z uwagi na tę istotną (jak się mniema) cechę klasyfikuje się ludzi, bo każdy coś ma lub przynajmniej chce mieć. Nakręca to całe życie społeczne tak bardzo, że nawet „być” coraz częściej definiowane jest przez posiadanie. Niewątpliwie – człowiek raczej woli „mieć” niż „nie mieć” i z natury dąży do tego pierwszego. Dlaczego zatem są ci, którzy nie mają?

 

Skąd się bierze posiadanie?

Według pewnego schematu odpowiedzi posiadanie rodzi się z pracy. Początkowo faktycznie może i tak było, jednak obecnie jest to argumentacja zbyt upraszczająca, żeby nie powiedzieć, że wręcz bezczelna. Gdyby bowiem praca była jedynym gwarantem posiadania to prym w światowym bogactwie wiodłyby na przykład dzieci z Dalekiego Wschodu uczestniczące w produkcji elektronicznych gadżetów czy też spora część afrykańskiej ludności pracująca od rana do wieczora, aby jałowa ziemia mogła wydać jakikolwiek plon.

Oczywiście, praca to podstawowy czynnik pomnażania, jednak na pewno nie jedyny. Wszak można otrzymać majątek w spadku lub wygrać na loterii. Można też stracić cały ciężko zapracowany dobytek w niezawiniony sposób. Przyjdzie powódź, huragan, pożar i tyle z bogactwa. Czy da się nad tym zapanować?

W skali jednostkowej jak najbardziej podejmuje się takie próby. Nie grając w loteriach trudno oczekiwać wygranej, a przed klęskami żywiołowymi można starać się zabezpieczyć – współczesna technologia daje mnóstwo możliwości. A w skali ogólnej? Sugerowałoby się raczej odpowiedź – trzeba mieć szczęście. I znowu pojawia się „mieć”…

Czytaj także: Pieniądz – mój sługa czy pan?

 

Podstawowy podręcznik do ekonomii – Ewangelia

Jeżeli naukę Jezusa traktujemy naprawdę jako wyznacznik życia to musimy też na serio przyjąć, że podstawowym podręcznikiem do ekonomii (czyli obchodzenia się z trudną sztuką zarządzania dobrami i potrzebami) jest przede wszystkim Ewangelia. Fundamentalna zaś zasada ewangeliczna dotycząca tej problematyki zaskakuje wręcz swoją prostotą. Trzeba „nie mieć”. 

Ten radykalizm w podejściu do posiadania objawia Jezus wielokrotnie – najlepsze rozwiązanie to sprzedaż wszystkiego, co się ma i pójście za Nim. Najczęściej człowiek na takie wezwanie reaguje jak młodzieniec, który właśnie od Chrystusa to usłyszał.

Jak to mam nic „nie mieć”? Można próbować jeszcze lepszej dyskusji z tym wezwaniem poprzez szukanie przykładu kogoś, kto idzie za Panem i coś jednak ma – A co z bogatym Kościołem? Czy Apostołowie nie mieli trzosu, którego pilnował Judasz? Czy Pan Jezus nie chodził w na tyle dobrych szatach, że aż żołnierze rzymscy nie rzucali o nie losów?

 

Mieć i być wolnym

Myślę, że aby dobrze zrozumieć o co chodzi w ewangelicznej ekonomii, trzeba sięgnąć do nauki prawa, które od najdawniejszych czasów, ugruntowane bardzo mocno w prawie rzymskim rozdzielało wyraźnie „własność” od „posiadania”. Bycie właścicielem to daleko więcej od bycia posiadaczem. To nie tylko możliwość użytkowania danej rzeczy, ale przede wszystkim całkowite prawo rozporządzania nią według swojej woli.

Ujmując teraz sprawę teologicznie – problem zaczął się z momentem, kiedy człowiek uznał się za właściciela świata. Bóg dał bowiem ziemię ludziom, jako miejsce ich zamieszkania zapewniające wszystko, czego im potrzeba do funkcjonowania. Dał ziemię ludziom w posiadanie, nie jako własność. Wszystko przecież należy do Boga. Wszelkie dobra materialne zostały zatem dane ludziom, aby nimi zarządzali w imieniu Boga.

 

Dobry zarządca

Płyną z tego bardzo konkretne wnioski. Po pierwsze, dobry zarządca to ten, który autentycznie dba o majątek mu powierzony, który go rozwija i mnoży. To przychodzi ludzkości bardzo łatwo, bo naturalnie szuka możliwości rozwoju i poprawy warunków swojego bytu. Widać to jasno poprzez całość postępu nauki i technologii.

Po drugie, zarządca nie rości sobie praw do własności zarządzanego majątku. Korzysta z niego dokładnie tak, jak zostało to mu przykazane. Nie odbiera też prawa innym do korzystania z dóbr mu powierzonych, jeśli tego wymaga właściciel. Czy nie rodzi się automatycznie w człowieku pewien bunt wobec światowej niesprawiedliwości, gdy widzi ubogie dzieci z Dalekiego Wschodu pozbawione realnych perspektyw na poprawę swojego losu, kontrastując to z widokiem ludzi, których osobiste bogactwo jest większe niż budżet niektórych państw? A jednak ten rozłam jest bardzo realny i intensywnie wpływa na społeczeństwo.

Ekonomia Ewangelii nie szuka jednak rozwiązania na gruncie kombinacji w rozdzielaniu dóbr, jak próbowało to uczynić wielu myślicieli i działaczy. Ewangelia po prostu załącza do całości miłość i to właśnie w miłości bliźniego wskazuje rozwiązanie.

Czy uczeń Chrystusa, który autentycznie wierzy i kocha swojego brata może pozostać niewrażliwy na jego cierpienie i biedę? I to niezależnie od tego, czy stan ten został przez niego zawiniony czy nie. Absolutnie nie.

Dla prawdziwego chrześcijanina ważniejsze będzie w takim układzie „być” jego brata niż własne „mieć”. W nauce Jezusa chodzi bowiem właśnie o to, żeby „nie mieć”, a przez to móc przecisnąć się przez igielne ucho i bardziej „być”. A stąd wiedzie już prosta droga do nieba.

Czytaj także: Jak nie pomagać, żeby pomagać?

Czytaj także: Dlaczego warto przejmować się patriotyzmem ekonomicznym?

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail