Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail

Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Katolicki portal bez polityki. Wesprzyj nas!

Aleteia

Więzi, a nie rzeczy – tego nauczyła mnie choroba…

DZIEWCZYNA Z JARZĘBINĄ
Justyna S. Santana/Unsplash | CC0
Udostępnij

O tym, jak kruchym i cennym darem jest życie, przekonałam się całkiem niedawno na własnej skórze. Kilka miesięcy temu zachorowałam – i nie było to przysłowiowe zapalenie ucha. Kolejni lekarze zlecali coraz bardziej zaawansowane badania i stawiali coraz gorsze hipotezy, w których rokowania skracały czas, jaki mi został, do kilku lat.

Choroba – tylko „być”

Gdy jest się mamą trójki dzieci – wydaje się to nie do wiary. Ostatecznie żaden dramatyczny scenariusz chyba się nie ziści, choć jeszcze czekam na końcowe wyniki całego procesu diagnostycznego. Choroba i związane z nią ograniczenia, jak na przykład trwająca wiele tygodni radykalna dieta, dały mi jednak wyjątkowe doświadczenie porządkowania priorytetów.

Szczególną rolę odegrał mój pobyt w szpitalu, a tam – kontakt z ludźmi przewlekle bądź śmiertelnie chorymi. Na nowo uczyło mnie życia także fizyczne osłabienie i konieczność skupienia się na swoim zdrowiu – zamiast na pracy (zawodowej i domowej) i na tym, co „trzeba zrobić”. „Robienie” przeszło na dalszy plan; w końcu można było tylko „być”.

Ta lekcja mogłaby wyrazić się jednym słowem: redukcja. Redukcja wszystkiego, co zabiera czas, rozprasza i czyni nas zbyt zajętymi – na rzecz tego, co sprzyja prostocie życia. Albo po prostu życiu.

Czytaj także: Bądź slow mamą! A Ty i dziecko odetchniecie

 

Więzi – piękno naszego życia

Funkcjonujemy w naszych czasach w mentalności nadmiaru. „Dream big”. „Wszystko jest możliwe”. Planem na szczęśliwą egzystencję staje się zrealizowanie wszystkich marzeń i ambicji – jakbyśmy rodzili się po to, by przeskoczyć siebie. Nie ma takiej potrzeby. Niczego nikomu nie trzeba udowadniać.

Wobec możliwości rychłego odejścia, nie obchodzi nas kompletnie, co sądzi o naszych dokonaniach Kowalski. Piękno naszego życia realizuje się w więziach, które na koniec okazują się największą wartością. Jak wielkiego wsparcia udzielił mi w tym czasie mój mąż, będąc przy mnie z całym poświęceniem. Jak wiele wnieśli przyjaciele. Jak bliscy stają się sobie ludzie na szpitalnych łóżkach – przecież nie dlatego, że sale są przepełnione.

 

Mentalność nadmiaru

Mentalność nadmiaru – to także gromadzenie zapasów. Na wszelki wypadek. Więcej makaronu i herbaty, bo w dwupaku taniej albo jest promocja. Więcej ubrań, bo przecenili i żeby były na każdą okazję, i więcej szaf, żeby je zmieścić. Więcej godzin w pracy, żeby za to wszystko zapłacić.

Jaką ulgę sprawia życie, w którym jest mniej. Mniej rzeczy, żeby mogło się w nim zmieścić więcej ludzi. Przed i po pobycie w szpitalu zajmowało mnie bardzo właśnie wyrzucanie czy oddawanie rzeczy, których nie używamy. Choćby po to, by nie marnować czasu na przekładanie ich z kąta w kąt. Czas stał mi się potrzebny dla najbliższych, bo tak bardzo nie wiedziałam, ile mi go razem z nimi zostało. Żal mi było chwil, które minęły bezpowrotnie – i nie służyły bliskości.

Życiu sprzyja nie rozmach, ale redukcja – zobowiązań, aplikacji w telefonie, kanałów w telewizorze i abonamentów, a nawet kupowanych książek na rzecz tych w końcu w całości przeczytanych. Rozmawiałam o tym dużo ostatnio z moim mężem: jak bardzo pragnę uczynić nasze życie takim „do ogarnięcia”. By mieć czas patrzeć przez okno; zastanowić się, co i dlaczego czuję i jaki obszar potrzebuje zmiany; by się spotkać z Bogiem w prostej jak kromka chleba modlitwie. By na koniec dnia pójść spać, zanim będzie znowu za późno.

Czytaj także: Idealnie nieidealna rodzina

 

Jeść małą łyżeczką

Ks. Krzysztof Grzywocz pisze w swojej przepięknej książce „W duchu i przyjaźni” (której redakcję zakończył dzień przed zaginięciem w Alpach) o tym, że smak wina można w pełni poczuć w jego jednej lampce – dwie mogą być już nadmiarem, a trzecia szkodliwa.

Wszystko, co w naszym życiu jest owym szaleństwem zbyt wypełnionego grafiku, nadmiaru przekąsek i filiżanek kawy, czyni nas niewolnikami zobowiązań wobec innych i własnych ambicji czy wewnętrznych przymusów. Przypomina mi się powiedzenie naszego kolegi: „W życiu dobrze jest jeść małą łyżeczką”.

W tej dewizie jest zgoda na swoje możliwości i zarazem szansa, by smakować chwile, spotkania, a także i otaczającą materię w takiej porcji, jaka czyni to wszystko wyjątkowym. Nadmiar – pozostawia wiecznie głodnym. Mała łyżeczka karmi na długo. I jest tak nie tylko z odkrytą przeze mnie owsianką.

Czytaj także: Jak zaplanować życie rodzinne i nie zwariować?

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail