Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail
Aleteia

Auto, które samo się prowadzi, to już nie jest fantazja! A co z bezpieczeństwem?

AUTONOMICZNY SAMOCHÓD
Roberto Nickson/Unsplash | CC0
Udostępnij
Komentuj

Jeszcze kilka lat temu doniesienia, że Google, Tesla czy Volkswagen pracują nad samochodem, który sam się prowadzi, brzmiały jak bajki o żelaznym wilku. Aż do teraz. I tu powstaje pytanie: czy to jest bezpieczne?

Mimo że istnieją samosterujące się rakiety, latające drony i możliwe jest prowadzenie samolotu na autopilocie, to jednak autonomiczny samochód okazuje się być wyzwaniem o zupełnie niespotykanej skali. Dlaczego? W końcu sterowanie samolotem jest tak skomplikowane, że licencje pilota posiada zaledwie garstka, podczas gdy prawo jazdy ma już zdecydowana większość.

Problem z autonomicznym prowadzeniem nie polega na sterowaniu daną maszyną, a odpowiednią reakcją na zmienne środowisko. Paradoksalnie, najprościej jest stworzyć autonomiczne statki kosmiczne (o ile uda nam się kiedyś stworzyć statki kosmiczne same w sobie), bo Kosmos jako wielka pustka to niewiele zmiennych losowych. Obliczenia pozwalające na lądowanie człowieka na Księżycu można było przeprowadzić już przy pomocy antycznej maszyny liczącej, o wydajności dzisiejszego programatora w pralce.

 

Największe wyzwanie dla autonomicznego samochodu

Zupełnie innym wyzwaniem są obliczenia związane z prowadzeniem samochodu. Deszcz, mgła, szron, noc, słabe oznakowanie drogi, a co najważniejsze – czynnik ludzki. Wie o tym każdy, kto choć raz w życiu wracał z pracy w piątek w godzinach szczytu.

Autonomiczny samochód nie będzie miał taryfy ulgowej i czeka go kontakt z „zaradnymi” kierowcami wpychającymi się na trzeciego czy wyprzedzającymi na podwójnej ciągłej. Kamyk do wyzwań na pewno dołożą niesforni piesi i rowerzyści. Z tego powodu idea autonomicznego samochodu była czymś osiągalnym tylko dla fantastów bujających w obłokach oraz… CEO wielkich koncernów.

Gdy ludzie pukali się w czoło, niezrażone koncerny latami wydawały miliony na rozwój technologii. Czemu firmy motoryzacyjne prężą muskuły w wyścigu o palmę pierwszeństwa w tej dziedzinie? Jeżeli nie wiadomo, o co chodzi, to chodzi o pieniądze. Do zgarnięcia jest nagroda liczona nie w milionach, ale w tysiącach miliardów dolarów. Szacuje się, że w samym USA na wprowadzeniu autonomicznych samochodów można by zaoszczędzić 400 miliardów dolarów.

 

Auta bez kierowcy: kwestie prawne

Dzisiaj jesteśmy już na wyciągnięcie ręki od wprowadzenia do powszechnego użytku autonomicznych samochodów. Mamy autonomiczne ciężarówki, które wiozą setki ton rudy żelaza w kopalniach w regionie Pilbara (Australia), a wojsko amerykańskie z powodzeniem testuje na poligonach autonomiczne wozy bojowe.

Dlaczego zatem nie możemy spotkać autonomicznych samochodów na ulicach Warszawy, Wrocławia czy Łodzi? Na przeszkodzie stoją nie tyle wyzwania techniczne, co… przepisy prawne. Aby wypuścić autonomiczne samochody na europejskie drogi, potrzebne są zmiany konwencji wiedeńskiej o ruchu drogowym z 1968 r., parafowanej i wdrożonej przez niemal wszystkie kraje Europy.

Sygnatariuszem tej konwencji nie były jednak Stany Zjednoczone. USA dużo bardziej liberalnie podchodzą do bezpieczeństwa na drodze. Prawo drogowe leży w gestii poszczególnego stanu. Początkowo brak jasnych regulacji był wykorzystywany w myśl zasady, że skoro coś nie jest zakazane, to jest dopuszczone. Google dość swobodnie przeprowadzał testy autonomicznych aut.

Wraz z upływem czasu np. stan Kalifornia wydał zbiór przepisów określających poruszanie się autonomicznych samochodów. Zgodnie z nim jazda jest dozwolona pod dwoma warunkami. Po pierwsze, samochód musi być wcześniej zarejestrowany. A po drugie, w samochodzie musi siedzieć człowiek, który w każdej chwili jest w stanie przejąć kontrolę nad maszyną. Trzeba przyznać, że nie są to zbyt rygorystyczne wymagania. Liberalne prawo na pewno jest korzystne dla koncernów, ale czy daje odpowiednie bezpieczeństwo ludziom?

 

Wypadki z udziałem autonomicznych samochodów

Dyskusja zawrzała po śmiertelnym wypadku, który miał miejsce 25 maja 2016 r. Joshua Brown, pasjonat samochodów Tesla, jadąc autostradą w stanie Floryda, włączył autonomiczne prowadzenie pojazdu i zdjął ręce z kierownicy. Samochód rozpędził się do około 120 km/h i przez ponad pół godziny jechał bez jakiegokolwiek alarmującego zachowania. Nagle, z nieznanych przyczyn, z pełną prędkością wjechał w ciężarówkę, zabijając pasażera na miejscu.

Śledztwo wykazało, że ciężarówka była widoczna dla kierowcy przez minimum 7 sekund. Średni czas reakcji człowieka to 1 sekunda na wykrycie zagrożenia, oraz 0,3 sekundy na uruchomienie hamulców. Pojazd Tesla nie zareagował w ogóle. Jeszcze bardziej przerażające wnioski można wysnuć z raportu ogłoszonego po 7-miesięcznym śledztwie. Całą winą za tragedię obarczono kierowcę (za to, że zaufał autopilotowi i nie trzymał rąk na kierownicy). A Tesla nie była w stanie wskazać błędu maszyny.

Ostatnio było bardzo głośno o kolejnym śmiertelnym wypadku z udziałem autonomicznego samochodu. Wypadek miał miejsce 18 marca 2018 roku – kobieta potrącona przez samochód przechodziła przez jezdnię w niedozwolonym, ciemnym miejscu. Nie miała też na sobie żadnych odblasków. W efekcie była zupełnie niewidoczna, właściwie aż do momentu, gdy stanęła na wprost reflektorów jadącego samochodu.

Oto nagranie z kamery zamontowanej w autonomicznym Uberze:

 

 

Na nagraniu widać, że kierowca Ubera zamiast na drogę, co chwilę zerka w komórkę. W internecie rozgorzała dyskusja. Większość osób stwierdziła, że człowiek nawet skupiony na prowadzeniu samochodu nie uniknąłby w tej sytuacji wypadku. To samo niemal natychmiast stwierdziła szef policji Sylvia Moir, mówiąc, że biorąc pod uwagę fakt kompletnego zaciemnienia drogi, trudno było uniknąć tej kolizji w dowolnym trybie (autonomicznym lub kontrolowanym przez człowieka). Co za tym idzie, Uber nie ponosi winy za wypadek, a bardzo możliwe, że uniewinniony zostanie również człowiek siedzący za kierownicą.

 

Co to jest LIDAR?

Na pierwszy rzut oka Uber wychodzi z całego zdarzenia obronną ręką. Mechanizmy autonomicznego pojazdu zadziałały poprawnie. Po prostu z powodu złego oświetlenia pieszy został wykryty zbyt późno i nie dało się już wyhamować. Sprawa nabiera zupełnie innego znaczenia, gdy odkryjemy, że Uber nie korzysta z kamer jako podstawowego źródła danych, ale z 1,4 miliona wiązek laserowych. Autonomiczne samochody tej marki (w przeciwieństwie np. do Tesli) do oceny sytuacji na drodze korzystają z LIDAR-ów (Light Detection and Ranging). Jest to bardzo popularne urządzenie działające na zasadzie radaru, ale wykorzystujące światło zamiast tradycyjnych mikrofal.

W telegraficznym skrócie, Lidar wysyła silne impulsy światła o konkretnej długości fali, które odbijając się od różnych obiektów, ulegają rozproszeniu, a następnie wracają do źródła. Lidar, badając natężenie zaobserwowanego światła, jest w stanie bardzo precyzyjnie i szybko określić odległość od różnych obiektów i stworzyć model przestrzenny. Charakteryzuje się przy tym dużo lepszą precyzją i szybkością. A co najważniejsze, działa również w kompletnych ciemnościach.

Usprawiedliwiać więc zderzenie Ubera z pieszym tym, że było ciemno, to jak tłumaczyć kolizję nietoperza z drzewem tym, że była noc. Podczas wypadku z dnia 18 marca 2018 r. osoba przechodząca przez ulicę była dla autonomicznego samochodu widoczna dokładnie tak samo, jak podczas słonecznego dnia. W tym momencie wychodzi drugi przerażający fakt. Samochód, aż do momentu zderzenia, w żaden sposób nie zwolnił ani nie rozpoczął hamowania. Biorąc to pod uwagę, ciężko stwierdzić, że wszystkie mechanizmy zadziałały poprawnie, a Uber nie jest współwinny śmierci.

 

Autonomiczne auta bezpieczniejsze od zwykłych?

Oczywiście, można w nieskończoność dyskutować, czy autonomiczne samochody są bezpieczniejsze od tych prowadzonych przez w ludzi. W końcu w samej tylko Polsce w 2017 roku w wyniku wypadków drogowych zginęło 2831 osób, a przecież na polskich drogach nie jeździ nawet jeden autonomiczny samochód. Jednak obserwując sposób prowadzenia dotychczasowych śledztw dotyczących wypadków z udziałem samochodów autonomicznych, ciężko uniknąć wrażenia, że sądy i policja bardzo chętnie oskarżają warunki atmosferyczne, roztargnienie pieszych, nieuwagę kierowcy, a z wyjątkową łatwością usprawiedliwiają maszyny. Tak to już jest, że gdy zabójcą jest maszyna, człowiek tuszuje ślady zbrodni.

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail