Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail

Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Aleteia

Czy mamy robić z dziecka człowieka sukcesu?

DZIECKO, SUKCES
Shutterstock
Udostępnij

Powinniśmy zmuszać dziecko do zabawek rozwijających je czy dać mu swobodę wyboru? Powinniśmy postawić na rozwój intelektualny dziecka przez zabawki „analogowe” czy tablet z milionem aplikacji? Jak sprawić, by nasza pociecha w przyszłości realizowała Boże wezwanie do pomnażania talentów i czynienia sobie ziemi poddaną?

Przyszłość naszego dziecka

Niejednokrotnie okazywało się, że hobby rozwijane na boku stawało się później sposobem na życie – i to nie tylko dostatnie, ale i twórcze, satysfakcjonujące życie!

Niestety, większość ludzi na rynku nie szuka pracy, przez którą mogliby realizować Boże wezwanie do pomnażania talentów i czynienia sobie ziemi poddaną. Czego szuka większość ludzi? Tak, większość ludzi szuka po prostu etatu, który zapewni przeżycie.

A dzieje się tak dlatego, że nie znają siebie, swoich talentów, mocnych – ale i słabych – stron. Nikt nigdy nie podsunął im testu osobowości MBTI czy innego Harrisona. Co więcej, sprawy zwykle zaszły już tak daleko, że sami twierdzą, iż nie mają żadnych talentów…

Takie jest życie – myślisz sobie? Niewątpliwie masz rację. Jednak jeśli przypomnimy sobie, jak niezwykłą istotą był taki człowiek za młodu – dzieckiem pełnym energii, żyłki odkrywcy, ciekawym świata – wszystko nabiera innych kolorów, prawda?

Przedsiębiorcy mają wiele problemów z ludźmi, którzy przyszli na etat. Na etat, ale nie do pracy. Na etat, czyli po ubezpieczenie społeczne i po to, by biernie siedzieć w biurze/magazynie/placu te ustawowe 8 godzin i mieć w miarę spokój. Problemów z ludźmi, którzy wykonują zadania, których nienawidzą, pracę traktują jako konieczne w dobie złego kapitalizmu zło, dzięki któremu można przeżyć. Problemów z ludźmi, którzy nie są twórczy w pracy, tylko dopiero w przydomowym warsztaciku albo w komputerze. Problemów z ludźmi, którzy na pytania:

A co Cię interesuje? W czym byś się najlepiej sprawdził? Jaka praca dawałaby Ci największą satysfakcję? Co chciałbyś razem ze mną osiągnąć na naszym rynku?

odpowiadają sakramentalną i pustą zarazem niczym garnek po obiedzie frazą:

Nie wiem.

Czy naprawdę życzymy takiej przyszłości naszemu dziecku? Tak, wiem, że w życiu nie wszystko toczy się po naszej myśli. Ktoś trafnie zauważył, że – żeby poznać przyszłość – trzeba ją przeżyć. Jednak historia opowiedziana przez Pawła Malinowskiego (pisałem o tym w tekście „Czy powinniśmy modlić się o pieniądze?” pokazuje coś bardzo ważnego. Nie wiemy, kim dziecko zostanie w przyszłości, ale możemy stworzyć mu takie warunki, w których będzie mogło rosnąć i wzrastać.

 

Co dziecko lubi?

Pytanie brzmi: czy należy zmuszać dziecko do tego, co je rozwija czy dać swobodę wyboru? To bardzo ważne pytanie, arcyważne wręcz. I musimy poczynić jedno założenie. Załóżmy, że dziecko jest małe i jeszcze nie zdążyło się od niczego uzależnić. Od czego może być uzależniony maluch? Trunki i środki wziewne to jeszcze nie ten etap, ale telewizja albo świat interaktywny to duże atraktory w tym wieku. Zróbmy to założenie na początek.

Jeśli dziecko jest jeszcze wolne, zwykle z całej puli zwykłych zabawek – od lalek/postaci, przez samochodziki, klocki i puzzle albo nawet i bardziej skomplikowane urządzenia rozwijające zdolności manualne – wybiera dość swobodnie. Jak łatwo zauważyć, to ma charakter fazowy z bardzo jasnymi granicami.

Moi Synowie potrafili katować jakąś zabawkę codziennie po parę razy dłuższymi interwałami, aż pewnego dnia nadszedł moment, że zabawka nie budziła już żadnego, najmniejszego, nawet tyciego, tyciutkiego zainteresowania. Patrząc na rozwój chłopaków, postawiłbym zdecydowanie na swobodę wyboru, wyłączając z niej mało angażujące i uzależniające formy rozrywki (zbyt wcześnie mutlimedia i telewizja).

 

Zabawki rozwijające czy nierozwijające?

Czym się różni zabawka rozwijająca od nierozwijającej? Trudno powiedzieć. Pewnie kryterium leży gdzieś w okolicach odpowiedzi na pytanie: Czy zabawka angażuje w interakcję, czy może robi z dziecka biernego odbiorcę? Jednak to powierzchowne rozumowanie. Na pierwszy rzut oka gra komputerowa wciąga bardziej niż książka czytana przez rodzica, prawda? Ale czy jest lepsza? A nawet jeśli, to na pewno nie na każdym etapie rozwoju.

I tu chyba dochodzimy do kluczowej kwestii. Ważne jest dostosowanie zabawek do wieku, czy ściślej – etapu rozwoju, na którym jest dziecko (każdy rodzic wie, że bywa różnie). Czego innego potrzebuje apatyczny 3-latek, a czego innego nadpobudliwy 9-latek.

No, ale wróćmy jeszcze do definicji. Co to są te zabawki rozwijające? Moim zdaniem to jednak te, które angażują. Człowieka angażują – a więc różne jego sfery: od cielesnej, przez intelektualną, aż po ducha, jeśli można mówić o zabawkach w tym trzecim obszarze.

Tu jednak dodatkowa uwaga. Dziś każdy chce wychować geniusza (czy raczej pracownika idealnego korporacji) – stąd nagle okazuje się, że można nabyć specjalne, turbointeligentne klocki dla dzieci, zamiast takich zwyczajnych. Jest popyt – pojawi się i podaż, a czasem nawet na odwrót!

Uważam, że już wtedy, gdy nasze pociechy mają te swoje 1,5 roku i więcej, naszym – rodziców – zadaniem jest baczna obserwacja i zachęcanie do pogłębiania tego, co przynosi dziecku radość i satysfakcję. Nawet gdyby to było coś głupiego, niezrozumiałego według naszego rodzicielskiego, stetryczałego rozumu. Bo jeśli jest tylko moralnie godziwe, zasługuje na rozwój, jeśli tylko są po temu możliwości materialne. I warto tu pamiętać, że to, że dziecko powinno się rozwijać, nie znaczy, że rodzice powinni zbankrutować. Moja Mama lalki robiła sobie z kolb kukurydzy. Można? Można.

 

A co z tymi tabletami z milionem aplikacji?

Zdaje się, że z każdym kolejnym rokiem to pytanie będzie nabierało wagi. Jakie jest moje zdanie? Uważam, że z tabletami z milionem aplikacji jest tak samo, jak ze wszystkim – wszystko w swoim czasie (i tak, by nie uzależniało).

Warto puścić od czasu do czasu bajeczkę albo piosenkę i poprosić dziecko, by samo obsłużyło smartfona. To przecież wystarczy – klikanie palcem w ikonki i przewijanie ekranu to nie jest żadna rocket science.

Moim zdaniem warto najpierw pomóc dziecku rozwinąć wyobraźnię, poprzez zabawki, które wymagają jej użycia, a nie same ją zastępują. Gdy już widzimy, że dziecko jest w stanie tworzyć własne opowieści, wymyślać nowe zabawy – słowem, gotować zupę na gwoździu, coś z niczego – można podrzucić nowe narzędzia.

Na podstawie własnych doświadczeń mogę śmiało stwierdzić, że dzieci mogą rozwijać się bez telewizji, komputera, tabletu, a smartfony znając jako źródło filmików z angielskojęzycznymi piosenkami, pieśniami patriotycznymi i chorałem gregoriańskim (sic!).

Zastanawiasz się, czy to aby nie jest robienie krzywdy dziecku, które powinno od razu poznawać nowe technologie? No właśnie, czy aby na pewno powinno? Jak to samo w sobie pomoże mu (i nam) odkryć talent, który będzie mogło w przyszłości pomnażać?

Pamiętajmy o tym, że koniec końców to „tylko” narzędzia. Nie są celem samym w sobie, ale środkiem. Mają czemuś służyć. A im wcześniej będą służyć, tym lepiej, bo przecież czym skorupka na młodu nasiąknie, tym…

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail