Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail

Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Aleteia

Słownik kobiet: głos

TWARZ KOBIETY
Antonio Francisco/Unsplash | CC0
Udostępnij

Słyszalny, donośny lub nieobecny. Ma przełożenie na działanie lub staje w gardle. Lubiany, albo wręcz przeciwnie – wyłączany przy pierwszym odsłuchaniu, przyjmujący pod swoim adresem tabuny krytyki. Należący do mnie, bądź kopiujący inne głosy – takie, dzięki którym nie stracę twarzy, nie wygłupię się, przetrwam.

Od pewnego czasu wyodrębniam swój głos. Mimo że śpiewam od lat, mimo że powinnam już dawno się z nim oswoić, niejednokrotnie tonę w kakofonii dźwięków, których nie sposób od siebie odróżnić. Mówię coś, a potem zdaję sobie sprawę, że to wcale nie moja narracja. Że powtarzam cudze głosy, cudze melodie – z lęku, z chęci przypodobania się, z powinności, ze strachu przed samą sobą i tym, jak mogę być odebrana.

 

Powstrzymywanie kobiecego głosu

Znacie filmy lub książki, w których bohaterka, prawie przez całą historię zbiera się do tego, żeby wypowiedzieć to, co do bólu mieli w sobie? Kiedy już to robi, zwraca uwagę wszystkich wokoło, i najczęściej… Zaraz wychodzi. Ile z nas nie marzyło o takim finale? Czujesz się pomijana, nieważna, krzywdzona, ale któregoś dnia stajesz na środku ulicy i w potoczysty sposób argumentujesz zasadność swojego istnienia? O! Teraz możesz żyć dalej. Powiedziałaś. Głos w końcu uciekł ci z gardła.

Mimo iż powyższe historie brzmią romantycznie, w rzeczywistości są dojmująco smutne. Opowiadają bowiem o przyduszaniu siebie. O wskazującym palcu na ustach, doklejonym na stałe przez obyczaje, wstyd lub lęk przed zaistnieniem. Te historie są dramatem samotnych chwil, często przepłakanych, groteski rozpływających się tuszów do rzęs i wzorzystych uśmiechów spod znaku kolorowych szminek, poprawionych na prędce – w toalecie, w samochodzie, tak żeby nikt nie widział.

Nasz głos siedzi gdzieś między żołądkiem a przeponą, jak ciężki kamień owinięty woalą niewydarzenia. Wydaje nam się, że aby coś powiedzieć musiałybyśmy nie być aż tak głupie lub emocjonalne. Że mówienie wiąże się z nieosiągalną, eksluzywną umiejętnością formułowania zdań niczym kwiecistych bukietów. Bo jeśli miałabym coś powiedzieć, najpierw musiałabym spełnić określone wymagania – narzucone, wymyślone, kulturowe, inteligenckie, inne.

Cóż… Po części, zakneblowano nam usta. Tymczasem, do mówienia potrzebne jest tylko jedno – wydanie z siebie dźwięku. Tu i teraz. Jak dziecko, które dopiero co otwiera usta, poznaje różne wysokości, bawi się tonami. Ono uwielbia swój głos właśnie dlatego, że jest… Własny. Mówi dlatego że… Może.

 

Co by było, gdybyśmy uwolniły swój głos?

Mówienie ma charakter odnowieniowy, terapeutyczny, a my kobiety w głębi swojej istoty, kochamy mówić – tak jak chcemy, adekwatnie do sytuacji, bez skrępowania. Mówić, czyli – wypowiadać siebie, manifestować, afirmować, podnosić, pokrzepiać, rozśmieszać, przynosić ulgę, upominać się o miłość, o sprawiedliwość, o człowieka. Oczywiście – każda z nas ma inne potrzeby. Czasem lubimy rozmawiać w grupie, czasem tylko z zaufaną osobą, a czasem z samą sobą. Gadamy też z Bogiem i bynajmniej, tak myślę, w którymś momencie życia staje się to dla nas czynnością zupełnie naturalną.

Jest jednak pewna rzecz, która nie daje mi spokoju. Historia naszego głosu (a raczej jego braku) pokazuje, że niemal każda z nas musi pokonać w sobie pewną konkretną drogę – od wstydu, a nawet zastraszenia w wypowiadaniu swoich myśli do przyjęcia ich i głoszenia pełną piersią.

Często słyszałam – z ust własnych lub innych kobiet – bardzo osłabiające w swej naturze wyznania: „Wcale nie muszę mówić”, „Inni robią to lepiej”, „Nie mam tego czegoś”, „Narażę się na niepotrzebną krytykę”, „Poczekam, aż powie to ktoś mądrzejszy”. W ile kłamstw musiałyśmy uwierzyć, że aż tak mocno wyparłyśmy z siebie najrdzenniejszą i najpiękniejszą prawdę, prawdę o tym, że nasz głos jest przekaźnikiem naszego życia. Życia, które w nas tętni, które doświadcza, które pragnie się z nas wydostać. Nie trzeba być Oprah Winfley lub mistrzynią coutchingu, aby nosić w sobie przesłanie.

 

Szukajmy swojego głosu i mówmy

Tak to właśnie dzisiaj odkrywam – my, kobiety, mamy mówić. Mamy uwolnić swoje głosy w symfonii barw i głębokości brzmień. Mamy przepełnić ten Świat dźwiękami. Dzięki świadomości siebie, swojej różnorodności, mamy przywracać ład lub dokonywać przewrotów.

Tam gdzie jesteśmy – w domu, w pracy, w Kościele, w polityce, w społecznościach – tam, gdzie czujemy bardziej i głębiej, potrzeba naszego głoszenia. Nie powielania, nie podporządkowywania się, nie ukrywania się za plecami innych, ale zasadnej i pełnej autentyczności amplitudy. Autentyczność zawsze poruszy serce. I zawsze znajdzie do niego drogę.

Gdzieś na początku istnienia, dostałyśmy od Boga ten sam czas antenowy, co nasi mężczyźni. Bywa, że potrzeba, aby ktoś nam go w końcu oddał. Żeby podgłosił. Żeby nastawił na nasz kanał. Czasem to nie wstarczy. Czasem to my same musimy się o swój głos upomnieć. Jeśli olejemy tę kwestię, nic się nie zmieni. A przynajmniej nie zmieni się to, co mogłoby. W naszych parafiach nie powstaną sale dla dzieci i rodziców, w których mogłybyśmy karmić nasze pociechy lub przewinąć im pieluchę. Świadczenia macierzyńskie nie będą ewoluować w lepszą stronę. Będziemy dyskryminowane zawodowo – ze względu na to, że jesteśmy w ciąży, albo na to, że nie pracujemy tak jak mężczyźni. W końcu – zamiast tworzyć relacje, będziemy je konserwować. Zadowalać innych, zapominając o własnych potrzebach.

 

Już czas opowiedzieć swoją historię.

Porozmawiać z kimś. Przekazać dzieciom swoje doświadczenia. Napisać książkę. Założyć bloga. Udzielić porady. Rozwinąć się zawodowo, w tym, co kocham. Upomnieć się o swoje prawa. Przyjąć siebie. Uwierzyć w to, że mogę być wysłuchana. Że potrzebuję swojego głosu. Ja i choćby jedna osoba, do której miałby on trafić.

My kobiety stoimy przed wyzwaniem nauczenia Świata tego, jak mówimy, jak czujemy. Tak naprawdę. Niech Słowa naszego najwierniejszego Rozmówcy, będą dla nas wystarczającą zachętą.

Gołąbko ma, [ukryta] w zagłębinach skały,

w szczelinach przepaści,

ukaż mi swą twarz,

daj mi usłyszeć swój głos!

Bo słodki jest głos twój…

Pnp 2,14

 

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail