Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail

Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Aleteia

Tata na porodówce. Wsłuchaj się w potrzeby rodzącej żony

POCZĄTEK WIECZNOŚCI
Udostępnij

Po pierwszym i na kilka chwil przed drugim porodem wiem, że nawet najlepsza szkoła rodzenia, przeczytane poradniki czy złote rady nie zastąpią jednego - wsłuchiwania się w potrzeby rodzącej żony.

Większość kobiet decyduje się, by w czasie narodzin dziecka towarzyszył im ktoś bliski. Czasem jest to matka, siostra, czasem doula. Na całe szczęście, ojcowie oczekujący na wieści z porodówki przy telefonie czy wypatrujący dziecka, stojąc na ulicy pod szpitalnym oknem, to już przeszłość i najczęściej na porodówce z rodzącą pojawia się mąż.

 

Panom wstęp wzbroniony

Kiedy przychodziłem na ten świat, mój tata miał bezwarunkowy zakaz wstępu na salę porodową. Dziś, kiedy porody rodzinne są standardem, małżonkowie oczekujący potomstwa coraz rzadziej rozważają decyzję, a po prostu chcą rodzić „wspólnymi” siłami.

Normalną rzeczą jest, że mama odczuwa lęk przed porodem, gdyż jest to dla niej sytuacja jeśli nie nowa, to na pewno nie do końca przewidywalna. Niepokój budzi sam szpital – obce miejsce, obcy ludzie. W takich warunkach najlepszym towarzyszem dla kobiety jest ten, który z założenia jest tym „najlepszym towarzyszem” na co dzień – jej mąż.

 

Czy spełnię oczekiwania żony?

Należę do tej grupy ojców, dla której uczestnictwo w narodzinach dziecka od zawsze było czymś naturalnym. Co więcej, moja żona też nie wyobrażała sobie innej wersji zdarzeń. Zdarza się jednak, że mężczyźni – nawet ci, którzy dziarsko brali udział w szkole rodzenia – wewnętrznie wzbraniają się przed wejściem na porodówkę, mnożąc obiekcje. „Czy spełnię oczekiwania żony?”, „czy będę potrafił jej pomóc?”, „czy zniosę widok jej cierpienia”? Jeśli się boisz, to dobrze. Przed nami walka. Warto się do niej przygotować.

 

Zadanie do wykonania

Jestem mężczyzną, więc lubię w granicach możliwości kontrolować sytuację. To zawsze dodaje pewności siebie. Choć cel porodu jest powszechnie znany, warto poznać w szczegółach zadania, które staną przed nami w „godzinie W”. Jednak po pierwszym i na kilka chwil przed drugim porodem wiem, że nawet najlepsza szkoła rodzenia, przeczytane poradniki czy złote rady nie zastąpią jednego – wsłuchiwania się w potrzeby rodzącej żony.

Wiem, że mimo ogromnej pokusy zrobienia wszystkiego najlepiej jak potrafię (lepiej od żony, czy – nie daj Boże – położnej), podczas porodu trzeba schować do kieszeni własne ambicje. Czekać i słuchać, będąc gotowym nawet na odrzucenie. Modlić się o łaskę wspięcia się na wyżyny (w moim przypadku Himalaje) empatii.

Przed narodzinami pierworodnego usłyszałem od położnej, że jedyne o czym mam pamiętać na sali porodowej, to żeby być – dosłownie i w przenośni – „przy głowie” żony. Wspierać ją dobrym słowem, zachęcać do prawidłowych oddechów czy parcia, motywować do walki, rozładować napięcie żartem, a przede wszystkim słuchać. Najważniejsze, by wiedziała, że nie jest osamotniona i może na mnie liczyć.

 

Umrzeć, by mogło się narodzić

„Kobieta, gdy rodzi, doznaje smutku, bo przyszła jej godzina. Gdy jednak urodzi dziecię, już nie pamięta o bólu – z powodu radości, że się człowiek na świat narodził” (J 16,21).

Pamiętam, że w chwili kiedy dowiedziałem się, że zostałem ojcem, momentalnie stało się to moim najważniejszym życiowym zadaniem. I tak pomiędzy pracą, by zarobić na wyprawkę, szkołą rodzenia i czasem na „tatusiową” literaturę próbowałem przemyśleć własne przygotowanie i Boży pomysł na ojcostwo.

W ciągu tych 9 miesięcy oczekiwania analizowałem też jakość naszej relacji małżeńskiej i starałem się rozwijać więź z maleństwem – „rozmawialiśmy”, często głaskałem brzuszek, czytałem bajki, a nawet śpiewałem i grałem na gitarze.

Jednak dopiero w dniu porodu po raz pierwszy w życiu doświadczyłem prawdziwego ojcostwa. Przekonałem się, że są w życiu chwile, w których tak naprawdę niewiele mogę. Zachować zimną krew. Być wsparciem. Być. Umrzeć. Umrzeć z żoną, gdy rodzi nowe życie. Zmartwychwstać jako ojciec.

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail