Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail
Aleteia

Kim są dla mnie inni rodzice?

RODZINA NAD WODĄ
Adam Sherez/Unsplash | CC0
Udostępnij
Komentuj

Przyznam, że nie nigdzie wcześniej nie doświadczyłam aż tak trudnych do przetworzenia emocji, jak w przypadku „styków” z innymi rodzicami (aktualnymi, wielodzietnymi i jednodzietnymi, samotnymi bądź wspólnie zajmującymi się dziećmi, a także post – czyli tych, którzy dzieci już odchowali, etc.).

Każdy z nas ma inny start. Jednym zależy na odwróceniu bolesnej rodzinnej historii i zbudowaniu domu na nowo. Dla innych, początek miłości rozpoczął się już w domu rodzinnym, takim z otwartymi drzwiami i ramionami. W momencie, kiedy zostajemy rodzicami, zdajemy sobie sprawę, że nie jesteśmy czystą kartką. Że ciągniemy za sobą mechanizmy działań i projekcji, nawet bardziej, niż jesteśmy w stanie to sobie uświadomić.

Może właśnie ta presja – presja budowania nowego plemienia sprawia, że jesteśmy wobec siebie tak nieufni i oceniający. Że darzymy się nawzajem całą amplitudą emocji, od pogardy do szalonego entuzjazmu, najczęściej jednak tym wszystkim, co znajduje się pomiędzy. Przyznam, że nie nigdzie wcześniej nie doświadczyłam aż tak trudnych do przetworzenia emocji, jak w przypadku „styków” z innymi rodzicami (aktualnymi, wielodzietnymi i jednodzietnymi, samotnymi bądź wspólnie zajmującymi się dziećmi, a także post – czyli tych, którzy dzieci już odchowali, etc.).

Chodzi mi o te sytuacje, w których ktoś czuje się urażony, choć wcale nie chciał. Ktoś w geście Rejtana staje za swoją sprawą. Ktoś przeinacza intencje. Ktoś rzuca oceną, jedną, drugą, trzecią. Schemat działa w obie strony. Wszyscy przegrywamy, oczywiście w dobrej sprawie.

Nie, nie przesadzam

 

Rodzic rodzicowi wilkiem

Zaznaczam to, mimo iż cały ten felieton może brzmieć lekko irracjonalnie. Rodzic rodzicowi potrafi być wilkiem. A nawet, jeśli nie jest tak dramatycznie, to na pewno małpą albo dumnym pawiem. Takim, który wskazującym palcem swojego doświadczenia pokaże, że w moim rozumowaniu jest coś nie tak. Takim, który odbierze mnie śmiertelnie poważnie i na wyrost. Dla którego sytuacja, w której mnie nakryje (np. w realu lub wirtualnie), stanie się głównym wskaźnikiem i determinantem wszystkich moich rodzicielskich wysiłków i działań.

Zastanawia mnie ten absolutaryzm, jakim darzymy się nawzajem. Dlaczego tak ciężko nam się zdystansować, aby przyjąć opinię drugiego jako jego własną opowieść o tym, jak przeżywa swoje rodzicielstwo? Czy rozliczając go z jego podejścia, tak naprawdę rozliczamy siebie samych? Usprawiedliwiamy. Bronimy się. Szukamy twardych dowodów. „Zobaczysz, jak będziesz miała więcej dzieci!” – mówili. „Przed tobą jeszcze daleka droga!” – pisali.„To śmieszne! Przy dwójce dopiero będziesz zmęczona!” – rzucali na odchodnym.

Podczas pisania niniejszych felietonów nasłuchałam się wielu uwag. Pomyślałam, że to nawet jakaś nasza rodzicielska dyscyplina – ten pęd ku krytykowaniu, ku naprowadzaniu, ku nabożnej uszczypliwości. Potem, dzięki rozmowie w zaprzyjaźnionym kręku mam, zaczęłam szukać głębiej. Chciałam dotknąć przyczyny naszej mniej lub bardziej zakorzenionwej międzyrodzicielskiej nieżyczliwości.

Po pierwsze, budujmy na faktach

Jeśli irytuje mnie emocjonalna rozmowa kilku dziewczyn na temat okoliczności zaręczyn którejś z nich, znaczy, że do reszty skapciałam i że nie zaspokajam właściwie swoich potrzeb w małżeństwie. Długie zdanie, zatem czas na oddech!

Najczęściej zapominamy o podstawach.

 

Jeśli już się porównujesz to…

Jeśli już chcemy porównywać swoje rodzicielstwo do innego, niech to będzie rodzicielstwo najbardziej nam bliskie. Rodzicielstwo bliskości do rodzicielstwa bliskości. Wielodzietność do wielodzietności. Podobny do podobnego.

Dlaczego? Ciężko jest zrozumieć kogoś, kto doświadcza macierzyństwa lub ojcostwa na etapie zupełnie innym niż mój. Ja na przykład jestem mamą jednego chłopca, mamą posiadającą konkretną historię życia, wrażliwość, możliwości. Jednym z faktów o mnie, faktów, których nigdy nie ukrywałam przed światem jest to, że rodziłam stosunkowo niedawno i każda rzecz, której doświadczam przy moim dziecku, z reguły jest „tą pierwszą”. Pierwsza gorączka. Pierwsze kroki. Pierwsze alergie, piski, wywrotki, emocje.

I tak, każdy rodzic „po fachu” mógłby opuścić sobie ciśnienie i napisać pod tym lub innym felietonem, że moje teksty świadczą o braku doświadczenia i pójść afirmować swoją o wiele bardziej złożoną codzienność. Można jednak zrobić coś więcej – zbudować swoją ocenę na faktach o osobie, która do mnie mówi. Nie zyskam miana wybitnego bystrzaka, jeśli zauważę, że wynurzenia kobiety posiadającej jedno dziecko diametralnie różnią się od refleksji dziewczyny, która ma już kilka pociech.

 

Nie każdy rodzicielski przekaz jest dla ciebie!

Być może to jest clou wielu naszych irytacji – nie każdy rodzicielski przekaz jest dla mnie! Być może potrzebujesz innego napełnienia. Zamiast trudzić się w znoszeniu nieaktualnych dla siebie treści, wybierz adekwatną opcję. Albo sam/sama zacznij pisać, dzielić się doświadczeniem. Cokolwiek byśmy nie zrobili, nie nakładajmy na siebie maski wiekowego zgreda. Nie narzucajmy innym rodzicom na siłę własnej skóry.

Po drugie, pozwólmy sobie wzrastać

Możemy wytykać sobie brak wiedzy lub pozwolić sobie wzrastać. Prawda jest taka, że żadna kąśliwa uwaga nie sprawi, że ktoś przeskoczy z jednego lewelu gry na kolejny. Do takich cudów mogłoby doprowadzić jedynie słowo wypowiedziane w najszczerszym akcie miłości, a i tak nikt nie da nam gwarantu, że coś w nas dojrzeje szybciej.

Jedyne, co możemy robić, to dzielić się doświadczeniami z obezwładniającą świadomością tego, że nie mamy wglądu w cudze życie. Możemy przystosować naszą poradę do parametrów konkretnych rodziców. Możemy pozwolić na ich indywidualny proces dojrzewania.

Znam mamy i ojców, którzy naprawdę świetnie potrafią to robić. Ich słowa nie gaszą we mnie ducha, przeciwnie, rozniecają ogień na nowo. Nigdy nie mówią: „Zobaczysz, jak to będzie kiedy coś tam”. Najczęściej pytają o przyczyny moich wątpliwości lub przypominają sobie podobne sytuacje z ich własnej rodzicielskiej drogi. Jeśli dzielą się jakimś doświadczeniem robią to, biorąc pod uwagę moje umiejscowienie. Nie wymądrzają się. Nie ulegają tej pokusie.

Prawdopodobnie tego nie wiedzą, ale stają się dla mnie kimś w rodzaju ożywionego drogowskazu, którego nie znajdę w żadnej książce czy artykule. Są widocznym obrazem rodzicielstwa, czymś znacznie cenniejszym. Dzięki nim nauczyłam się na przykład tego, że każdy moment, w którym jestem ma jakiś cykl. Że w rodzicielstwie najważniejsze jest zaufanie procesom – tym w sobie i tym w dziecku.

 

Znamy tylko nasze dzieci

Nie ma między nami specjalistów od dzieci. Jesteśmy znawcami tylko tych naszych, i to też w ograniczonym wydaniu. Rodzicielstwo to samotna wędrówka. Idziemy wyznaczoną trasą, pokonujemy uniwersalne etapy, jednak wszystko wydarza się nam w sposób jednorazowy i unikatowy.

Nawet gdybyśmy stanęli na głowie, w szpagacie lub innej gimnastycznej pozie, nie zrozumiemy w pełni historii rodziny, która żyje obok nas. Pewnie dlatego że mimo wielu pokrywających się rozwiązań, każdy z nas gdzie indziej kładzie nacisk. Mamy inne zasoby, inne potrzeby i inną drogę. O ile nie cierpią na tym nasze dzieci (chodzi mi o przemoc fizyczną i psychiczną), nie mamy logicznych powodów do tego, aby oceniać czyjeś życie.

Wiele międzyrodzicielskich lęków żywi się właśnie jakimś absurdalnym przekonaniem o tym, że moje rodzicielstwo jest tym najwłaściwszym, najlepszym, najbardziej trafionym. No właśnie nie jest. Codziennie się tego uczę. Moje „uchylanie nieba” innym rodzicom kompletnie nie działa. Jeśli coś ma nas połączyć, to tylko wybór powzięty w wolności. To, co możemy sobie wzajemnie zaoferować, zupełnie za darmo i pełnymi garściami, to szacunek dla naszych starań i wsparcie.

Możemy też dać sobie więcej luzu w kwestii inności. Jesteśmy rodzicami. Jednymi z wielu wariantów na ten sam temat. Kim są więc dla mnie inni rodzice? Kompanami w drodze. Mam możliwość ich poznać.

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail