Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail
Aleteia

Bycie superżoną nie przychodzi naturalnie. Przynajmniej nie u mnie

JOLA SZYMAŃSKA
fot. Anna Nycz
Udostępnij
Komentuj

Coraz bardziej uświadamiam sobie, że nie potrafię być superżoną. I nawet się cieszę. Widzę, jak wiele jeszcze przed nami.

Przez 8 lat mieszkałam sama. Nauczyłam się być sama ze sobą. Nauczyłam się sama cieszyć, sama sprzątać, sama robić zakupy, sama smucić. Liczyć tylko na siebie. Mieć ostatnie zdanie i dbać o swoje interesy.

Jednocześnie miałam świadomość, że być żoną to być dla kogoś obok. Uznawać kompromis za sukces. Nie tylko wymagać, ale też wspierać. Nie tylko brać, ale też dawać.

Wiedziałam to w teorii. I byłam przekonana, że to nie może być trudne. Że to czysta przyjemność. Ale w praktyce średnio mi ta przyjemność wychodzi.

 

Prozaiczna strona rzeczywistości

Pierwsza rzecz, która stosunkowo szybko rzuciła mi się w oczy to fakt, że nie potrafię pomagać. Nie, że „nie chcę” pomóc. Ja po prostu nie zauważam momentu, w którym pomoc się przydaje.

Zaczęło się od tego, że dziwił mnie fakt, że mój mąż zawsze chce mnie odwieźć czy zawieźć samochodem, choć jest na drugim końcu miasta. Sam z siebie robi mi kanapki. I ciągle dopytuje, czego potrzebuję.

Na początku miałam wrażenie, że robi mi to na złość. Że chce pokazać, że sama sobie nie radzę. No, bo po co pomagać, skoro ktoś radzi sobie sam?

Rozumiałam pomaganie jako rozwiązywanie konkretnych problemów i przeskakiwanie przeszkód, ale zwyczajne ułatwianie komuś życia? Tak po prostu?

 

Inicjatywa ogarniająca

Po drugie, zawsze byłam minimalistką. Mieszkałam w małych pokojach, miałam w nich niewiele przedmiotów, a takie czynności jak sprzątanie czy pranie wynosiły jakieś 10% obecnej skali sprzątania i prania.

Niestety, mój mózg nie złapał tej zmiany i nadal często nie zauważa potrzeby działania. Myślenie o świecie wokół, a właściwie o człowieku obok, wcale nie jest proste. I nie spada samo z nieba. Przynajmniej w moim przypadku.

Mamy różne języki miłości, różne priorytety, różne upodobania. Kamil kocha porządek, dla mnie bardzo ważne jest światło i wystrój wnętrza. On odpoczywa aktywnie, ja muszę wyłączyć świadomość i leżeć. On jest mistrzem cierpliwości, mnie irytuje źle położona koszulka. I cały czas łapię się na myśleniu o sobie, a nie o nas.

 

Uniwersytet życia razem

Małżeństwo pokazuje mi, że jestem bardzo przeciętnym człowiekiem. O bardzo przeciętnych zdolnościach do kochania drugiego. Ale cieszę się z tego.

Cieszę się, że mogę dawać. Że jestem potrzebna. Że mogę nauczyć się uważności na drugą osobę. Że nie jest to wiedza tajemna, ale bardzo konkretne skille, nad którymi mogę pracować. Że nie jestem prymuską. Że zamiast gadania i idealizowania, mogę skonfrontować się z realną, codzienną miłością.

A w niej zawsze zdarzają się potknięcia.

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail