Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail
Aleteia

„Same dziewczynki? Ale macie pecha…” – też zdarzyło się Wam słyszeć takie komentarze?

DZIEWCZYNKI
Jelleke Vanooteghem/Unsplash | CC0
Udostępnij
Komentuj

Zawsze uczono mnie, że starszym należy się szacunek. Tak jakby godność człowieka rosła proporcjonalnie do jego wieku. Tym najmniejszym również się należy, nie mniejszy niż starszym. 

Płeć dziecka – czy ma aż tak duże znaczenie?

Czy są na sali mamy dwójki i więcej dzieci tej samej płci? W pierwszej ciąży powtarzano mi: „Byle było zdrowe!”. Z rezolutną, niespełna dwulatką u boku i okrągłym brzuszkiem z przodu, nasłuchałam się: „Teraz to musi być chłopak!”. Z dwiema córeczkami i w kolejnej ciąży: „Do trzech razy sztuka, może tym razem się uda”. A jak już się ta trzecia dziewczyna urodziła, to: „Teraz musicie się starać o chłopaka, facet musi mieć syna”. Albo takie westchnienia, zaglądających w wózek z niemowlakiem: „Trzecia też dziewczynka? No trudno, może jeszcze się pani uda”.

 

Czy wolałabym syna? Jak można w ogóle o to pytać…

Co to za dziwne zjawisko? Gdy ktoś mnie pytał, czy wolałabym mieć syna, zastanawiałam się, jak można w ogóle zadać takie pytanie. Kocham moje córki ogromnie i nie zamieniłabym ich za nic w świecie. Myślę też, że gdybyśmy z mężem rozważali powiększenie rodziny, to bez względu na ewentualną płeć, którąkolwiek tych którzy przespali lekcje biologii, i tak nie da się przecież zaplanować. Tak, tak, można próbować zwiększać szansę, ale… czy to jest jakaś hodowla?

Czy obowiązującą normą, co najmniej jak ptaków egzotycznych, jest posiadanie „parki”? Czy płeć dziecka ma aż takie znaczenie? Ojciec, który nie spłodził syna nie jest „prawdziwym” ojcem? A mama dopiero jak ma córkę, to jest „prawdziwą” mamą? A ja się pytam… Że co? Czy to znaczy, że mając syna, była bardziej tatą niż mamą? Te wszystkie komentarze wprawiają mnie w osłupienie.

Niby polityki płci nie mamy, niby do Chin nam daleko, a jednak mentalność nie jest wcale tak odległa. Wiem, nie ma co brać sobie tych tekstów do serca, trzeba puszczać mimo uszu. Dają mi jednak do myślenia. Mam wrażenie, że to symptom głębszej choroby. Szczególnie, gdy są wyrażane przy moich dzieciach – zastanawiam się, jaki obraz w głowach tych małych dziewczynek w ten sposób kształtujemy? „Dziewczynka? Jaka szkoda”, „Tatuś pewnie chciałby syna”.

 

Dzieci to nie przedmioty

Podobne komentarze w stosunku do dorosłego byłyby obraźliwe i kompletnie nie na miejscu. Dziecko jednak wciąż można traktować jak przedmiot. Taki najpewniej zakupiony na jakiejś internetowej aukcji, na której rodzice nie mogli co prawda do końca sprawdzić towaru, ale sami decydowali i wybierali co lepsze modele. Po porodzie więc należy wystawić im notę, wedle wybranych przez siebie kryteriów. Płeć, zdrowie, może wzrost, przesypianie nocy, wygląd lub temperament – wszystko można głośno ocenić, niczym konia na wystawie. Ale nie mówimy tu o koniach, mówimy o człowieku! Odrębnej istocie, która choć nie wszystko pojmuje, bardzo szybko się od nas uczy. Również oceniania. Poniżania. Poczucia własnej wartości. Jak ma ono wzrastać, gdy już od kołyski dostaje od społeczeństwa takie sygnały?

To jasne, że ludzie zawsze będą swoje gadać. Czego jednak z tych nieprzyjemnych spotkań mogłam się nauczyć? Zastanowiłam się nad moim sposobem komunikacji. Zaczęłam zwracać uwagę, w jaki sposób i co mówię o dzieciach, gdy o nich komuś opowiadam. Jak wyrażam się o nich przy nich, a jak osobno? Jak zwracam się do ciężarnych? Zawsze uczono mnie, że starszym należy się szacunek. Tak jakby godność człowieka rosła proporcjonalnie do jego wieku. Tym najmniejszym również się należy, nie mniejszy niż starszym.

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail