Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail
Aleteia

Maryla Rodowicz: Nigdy nie zawiodłam się na Duchu Świętym

MARYLA RODOWICZ
EAST NEWS
Udostępnij

Duch Święty jest ważny dla Maryli Rodowicz. „On zawsze działa, w każdej sytuacji kryzysowej. Nigdy się na Nim nie zawiodłam” – podkreśla piosenkarka.

Maryla Rodowicz urodziła się w grudniu, ale ochrzczono ją wiosną, kiedy zakwitły magnolie. Jako kilkuletnia dziewczynka równolegle uczęszczała na balet, recytowała wiersze i grała w dziecięcym teatrzyku. Gdy w jednym ze szkolnych przedstawień przypadła jej rola „kominiarczyka”, babcia uszyła jej odpowiedni kostium, do którego przyczepiona była drabinka, a całość dopełniał stylowy cylinder.

„Mama (dekoratorka w pracowni Państwowej Spółdzielni Spożywców – przyp. K.Sz.) postawiła mnie potem w tym stroju w witrynie sklepowej. Stałam nieruchomo, tylko jak ktoś przechodził, wykonywałam jakiś szybki ruch. Ludzie byli zszokowani” – opowiada w książce „Wariatka tańczy”.

 

Mała Marylka o Bożym Ciele: Prawdziwe misterium!

Babcia, która była bardzo religijną osobą, często zabierała wnuczkę do kościoła: „Wtedy jeszcze msza była po łacinie i bardzo mnie fascynowała ta ceremonia, kadzidła, przebranie”. W uroczystość Bożego Ciała Marylka, ubrana w strojny krakowski kostium, sypała kwiatki i trzymała szarfę od obrazu. Bardzo to lubiła: „Brzęczały dzwoneczki, kobiety śpiewały, róże pachniały. Prawdziwe misterium”.

Muzyka w jej domu obecna była od zawsze. Babcia należała do chóru przy jednym z kościołów, mama śpiewała w chórze działającym przy PSS-ie. Artystka do dziś pamięta atmosferę tamtych lat, wspólnie spędzone wieczory i śpiew: „Miałam ze cztery lata, może pięć. Śpiewałyśmy na głosy kolędy i takie pieśni jak Hej, sokoły czy Przybyli ułani pod okienko.

Będąc w podstawówce, sama zapisała się do szkoły muzycznej. To była tzw. szkoła popołudniowa. Zapragnęła grać na skrzypcach, ale w programie nauczania, oprócz skrzypiec, przewidziana była również nauka gry na fortepianie. Dziewczynka nie miała na czym ćwiczyć, bo w jej domu fortepianu po prostu nie było. Czasem tylko gościnnie korzystała z fortepianu koleżanki mamy. Niedługo potem w jej życiu pojawiła się gitara. To było tuż po tym, jak zobaczyła w telewizji Karin Stanek, wykonującą na festiwalu w Sopocie utwór „Malowana lala”.

 

Przed „Małgośką” i „Kolorowymi jarmarkami” była… inwentaryzacja w sklepach

Gdy Lucjan Kydryński prowadził audycję „Rewia piosenek”, to – jak mówi – z uchem przy radiu zapisywała tytuły i nazwiska wykonawców. Co prawda przez moment myślała nawet, by studiować malarstwo, ale miłość do muzyki okazała się silniejsza: „Chciałam studiować na ASP, ale głównie z powodu image’u. Wyobrażałam sobie, jak po ulicach spacerują piękne dziewczyny z tubami, w których trzymają rysunki. Tak naprawdę chodziło mi jednak o kluby studenckie. Wiedziałam, że tam prężnie działają i że można pośpiewać”. Dostała się na AWF. Przy klubie studenckim działał zespół, do którego dołączyła jako wokalistka.

Jej przeboje: „Małgośkę”, „Niech żyje bal”, „Kolorowe jarmarki” czy „Damą  być” zna i nuci cała Polska. Ma setki tysięcy fanów. Ale gdy zaczynała muzyczną przygodę w domu kultury, eksperymentując z muzyką nowoorleańską, na próby przychodził tylko jeden fan. „Wystawiał mi noty za urodę, za wygląd, za talent, zapisując je sobie w zeszycie” – wraca pamięcią do dawnych czasów.

Gdy ojczym postanowił nauczyć ją „szacunku do pieniędzy”, zmuszona była podjąć pracę w PSS-ie. Ta zaczynała się dość wcześnie, bo o siódmej rano i polegała na przeprowadzaniu inwentaryzacji w sklepach. Dla Maryli był to dziwny, inny świat, więc aby go nieco pokolorować, jak na artystkę przystało, nie tylko worki z mąką liczyła, ale też po nich, z innymi współpracownikami, towarzyszami niedoli, skakała. A nauka szacunku do pieniędzy? No cóż, wyglądało to tak, że po otrzymaniu pensji natychmiast ją wydawała 🙂

 

Osiecka: Z Marylą w jeden dzień wydarzy się tyle, że…!

Była i jest sentymentalna. Kiedyś, będąc w Wilnie, weszła do apteki, którą – zanim stała się państwową – prowadził jej wuj, brat dziadka. Nie była to już tamta apteka, bo wszystko było inne – i wnętrze, i zapach, i ludzie – ale na wystawie stał porcelanowy łabędź – ten sam, który pamiętała z czasów, gdy aptekę prowadzili jej krewni. Zapytała, czy mogłaby go kupić. Niestety, spotkała się z nieuprzejmością i odmową. Gdy parę lat później opowiedziała o tym wydarzeniu w polskim radiu na Litwie, jeden z radiosłuchaczy zadzwonił i powiedział, że łabędź znajduje się na sąsiedniej ulicy – porcelanowe cudo miało być rzekomo u optyka. Piosenkarka natychmiast tam pojechała. Jak się okazało, łabędź był, ale inny. Ten, którym była zainteresowana, został podobno sprzedany na aukcji w Niemczech.

Uważa, że w życiu „nie można nie wierzyć w siebie, ale też nie można uwierzyć w siebie za bardzo”. Ważna jest równowaga: psychiczna, emocjonalna, duchowa.

Rodowicz to kobieta-orkiestra, ale też kobieta-wulkan. Agnieszka Osiecka zapewniała, że z Marylą w ciągu jednego dnia wydarzy się więcej niż z innym człowiekiem przez pół roku. Piosenkarka kocha swój zawód. Podpisuje się pod stwierdzeniem, że „gdzie słychać śpiew, tam warto iść, tam ludzie dobre serca mają”. O kolegach i koleżankach po fachu mówi: „muzycy to są zwykle fajni ludzie”.

 

Rodowicz: Duch Święty zawsze działa

Artystka bardzo ceni kontakt z fanami. Codziennie dostaje od nich dziesiątki listów i maili. Lubi, gdy ludzie podchodzą do niej, mówią o tym, że jej piosenki są dla nich ważne. Nie ma też nic przeciwko, gdy proponują wspólne selfie. „Niedawno miałam na scenie spódniczkę z piórek i po koncercie fani robili sobie ze mną zdjęcia. Nagle czuję, że mnie ktoś z tyłu skubie, że wyrywają mi te piórka” – przytoczyła zabawną sytuację.

W trudnych sytuacjach z prośbą o pomoc zwraca się do Ducha Świętego. Gdy jej syn, Janek, zdawał na studia, przed ogłoszeniem wyników, w jednej z restauracji natknęła się na znajomą. „Powiedziałam jej, że się martwię, bo syn zdaje na uniwersytet i nie wiem, czy się dostanie” – mówi. Znajoma poradziła jej, by pomodliła się do Ducha Świętego. Tak zrobiła.

Na odpowiedź Świętego Pomocnika długo nie czekała. Uczelnia wywiesiła listę osób przyjętych na studia, Janek oczywiście się na tej liście znalazł. Duch Święty jest piosenkarce bardzo bliski. „On zawsze działa, w każdej sytuacji kryzysowej. Nigdy się na Nim nie zawiodłam” – podkreśla.

*Wypowiedzi Maryli Rodowicz pochodzą z książki „Wariatka tańczy” (Maryla Rodowicz, Jarek Szubrycht, wyd. G+J Gruner + Jahr Polska). Tytuł książki jest tytułem jednej z piosenek artystki

Jeśli nie widzisz wideo, kliknij TUTAJ

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail